Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
XI
I tak służył Jakub za Rachelę przez siedem lat,
a wydały mu się one jak dni kilka,
bo bardzo miłował Rachelę.
Zmywając naczynia, zabawiałem się niekiedy obliczaniem, jak wysoki ich stos zdążyłem umyć, odkąd rozpocząłem pracę u naszego „patróna”, Don Jaimego. Potrzeba było dwudziestu talerzy używanych zwykle w kawiarni „Pancho Villa”, aby utworzyć stos o wysokości jednej stopy. Zdecydowałem arbitralnie, że filiżanka, spodek i dwie szklanki stanowią równoważnik jednego talerza, ponieważ te naczynia trudno jest ustawić w stos. I tak dalej.
Wielka latarnia morska w Mazatlanie ma pięćset piętnaście stóp wysokości, tylko o czterdzieści mniej niż Obelisk Waszyngtona. Pamiętam dzień, w którym ukończyłem swą pierwszą „latarnię morską”. Powiedziałem Margrethe parę dni wcześniej, że zbliżam się do celu i spodziewam się osiągnąć go w czwartek lub w piątek rano.
Zrobiwszy to, w czwartek po południu, wyłoniłem się z zaplecza, stanąłem w drzwiach pomiędzy kuchnią i salą gości i widząc Margrethe, uniosłem ręce nad głowę, ściskając sobie dłonie jak pięściarz.
Margrethe przerwała swą pracę — przyjmowała właśnie zamówienie od całej rodziny klientów — i zaczęła bić mi brawo. Z tego powodu musiała wyjaśnić gościom całą sprawę, co doprowadziło do tego, że po kilku minutach wdepnęła na zaplecze, wręczając mi dziesięciopesowy banknot w dowód uznania od ojca rodziny. Poprosiłem ją, żeby podziękowała mu ode mnie i przekazała, że rozpocząłem właśnie drugą „latarnię morską”, którą zadedykuję jemu i jego rodzinie.
To z kolei doprowadziło do tego, że seniora Valera przysłała swojego męża Don Jaimego, aby sprawdził, dlaczego Margrethe marnuje czas na wygłupy, zamiast zająć się robotą… co z kolei spowodowało, iż Don Jaime spytał mnie, jak wysoki napiwek dostałem i wręczył mi taką samą kwotę od siebie.
Seniora nie miała powodów, żeby się skarżyć. Margrethe nie tylko była jej najlepszą kelnerką, lecz również jedyną, która znała dwa języki. Tego samego dnia, gdy rozpoczęliśmy pracę u państwa Valera, wezwano malarza szyldów, który wykonał rzucający się w oczy napis: „ENGLIS SPOKE HERE”. Od tej pory, oprócz tego, że musiała być na wezwanie wszystkich klientów mówiących po angielsku, Margrethe pisała również jadłospisy w tym języku (na których ceny były o około czterdzieści procent wyższe niż na jadłospisach pisanych wyłącznie po hiszpańsku).
Don Jaime nie był złym szefem. Wesoły i — w sumie — dobry dla swych pracowników, gdy przepracowaliśmy już u niego prawie miesiąc, wyznał mi, że nie zakupiłby mojego kontraktu, gdyby nie fakt, że sędzia nie pozwolił na rozdzielenie mnie od Margrethe, jako że byliśmy małżeństwem. (W przeciwnym razie zostałbym parobkiem pracującym na polu i mógłbym się widywać ze swoją żoną tylko przy rzadkich okazjach — jak powiedział nam Don Ambrosio, Don Clemente był wyrozumiałym sędzią).
Powiedziałem mu, że cieszę się, iż transakcja wiązana obejmowała również mnie, fakt jednak, że pragnął wynająć Margrethe, dowodził, że znał się na rzeczy.
Przyznał mi rację. Chodził na środowe aukcje pracowników od kilku tygodni w poszukiwaniu dwujęzycznej kobiety lub dziewczyny, którą można by wyszkolić na kelnerkę. Nabył również mój kontrakt po to, aby móc zatrudnić Margrethe, chciał mi jednak powiedzieć, iż nie żałuje tego, ponieważ nigdy nie widział zaplecza tak czystego, talerzy tak niepokalanych, a srebrnej zastawy tak lśniącej.
Zapewniłem go, że to dla mnie zaszczyt móc podtrzymać honor i prestiż „Restaurante Pancho Villa” i jej sławnego „patróna” — el Don Jaime.
W rzeczy samej na zapleczu panował taki brud, że gdy przejąłem nad nim opiekę, sądziłem, iż podłoga jest pokryta ziemią. Tak też było — można tam było sadzić ziemniaki! Lecz pod blisko półcalową warstwą brudu znajdował się lity beton. Wyczyściłem podłogę i utrzymywałem ją w czystości — nogi wciąż miałem bose. Zażądałem też, aby dano mi proszek na karaluchy. Każdego dnia zabijałem te owady i szorowałem podłogę. Każdego wieczora, na chwilę przed zakończeniem pracy, rozsypywałem proszek przeciwko karaluchom. Nie można (jak sądzę) odnieść nad nimi zwycięstwa, można jednak stoczyć z nimi bitwę, zmusić do odwrotu i następnie utrzymać tak uzyskaną równowagę sił.
Jeśli chodzi o jakość mojego zmywania, nie mogła ona być niska, gdyż moja matka obawiała się panicznie brudu i, jako członek licznej rodziny, zmywałem i wycierałem naczynia pod jej nadzorem pomiędzy siódmym a trzynastym rokiem życia, kiedy to zostałem oddelegowany do roznoszenia gazet, co nie zostawiało mi czasu na zmywanie.
Fakt, że potrafiłem dobrze zmywać, nie oznaczał, że uwielbiałem to robić. Zmywanie statków nudziło mnie w dzieciństwie i nudziło jako dorosłego.
Dlaczego więc robiłem to, zamiast po prostu uciec?
Czy to nie oczywiste? Zmywanie naczyń trzymało mnie przy Margrethe. Ucieczka mogła być dobrym rozwiązaniem dla niektórych dłużników — nie sądzę, aby poświęcano wiele wysiłków na tropienie tych spośród nich, którzy zniknęli pewnej ciemnej nocy — nie była ona jednak możliwa dla pary małżeńskiej składającej się z wpadającej w oko blondynki, w kraju, gdzie każda blondynka wpada w oko, oraz mężczyzny nieumiejącego mówić po hiszpańsku.
Choć oboje pracowaliśmy ciężko — od jedenastej do jedenastej każdego dnia, oprócz wtorku, minus teoretycznie dwie godziny wolne na sjestę i po pół na obiad i kolację, pozostałe dwanaście godzin doby oraz całe wtorki mieliśmy wyłącznie dla siebie.
Nawet w Niagara Falls nie moglibyśmy spędzić piękniejszego miesiąca miodowego. Mieliśmy mały pokój na poddaszu z tyłu budynku restauracyjnego. Było tam gorąco, lecz nie spędzaliśmy tam wiele czasu w ciągu dnia. O jedenastej w nocy można tam było wytrzymać, niezależnie od tego, jak gorąco było w dzień. W Mazatlanie mieszkania osób o naszym statusie społecznym (równym zeru!) nie miały kanalizacji. My jednak mieszkaliśmy i pracowaliśmy w budynku restauracji, gdzie znajdowało się WC, które dzieliliśmy z pozostałymi pracownikami w godzinach pracy I z nikim innym przez pozostałych dwanaście godzin. (Była też sławojka w podwórzu, z której korzystałem niekiedy w godzinach pracy. Nie sądzę, żeby Margrethe kiedykolwiek to robiła.) Mogliśmy też używać prysznica znajdującego się na parterze, tuż obok toalety dla pracowników. Zmywanie naczyń pochłaniało tak wiele wody, że restauracja musiała posiadać olbrzymi bojler. Seniora Valera czyniła nam regularnie wymówki za to, że zużywamy zbyt wiele gorącej wody (gaz kosztuje!) Wysłuchiwaliśmy tego w milczeniu i nadal zużywaliśmy jej tyle, ile nam było potrzeba.
Nasz „patrón” zobowiązał się wobec państwa zapewnić nam wyżywienie i dach nad głową (jak również ubranie, o czym jednak dowiedziałem się zbyt późno). Dlatego też spaliśmy i jedliśmy na miejscu — może nie to, co szef kuchni polecał, ale wystarczająco dobrze.
„Lepsze jest trochę jarzyn z miłością, niż tłusty wół z nienawiścią”. Mieliśmy tylko siebie i to nam wystarczało.
Margrethe, która czasami dostawała napiwki, zwłaszcza od gringów, zaoszczędziła trochę gotówki. Wydawaliśmy z tego tak mało, jak to tylko możliwe. Margrethe kupiła dla nas tylko po parze butów, gdyż odkładała pieniądze z myślą o dniu, gdy zostaniemy zwolnieni z naszej służby I będziemy mogli udać się na północ. Nie miałem złudzeń, że państwo leżące w tamtym kierunku będzie tym samym, w którym się urodziłem… był to jednak jego najbliższy odpowiednik w tym świecie. Mówiono tam po angielsku i byłem pewien, że tamtejsza kultura będzie bardziej zbliżona do tej, którą znałem. Napiwki dla Margrethe doprowadziły już pierwszego tygodnia do spięć z seniorą Valera. Mimo że zgodnie z prawem Don Jaime był naszym „patrónem”, to ona była właścicielką restauracji. Tak powiedziała nam kucharka, Amanda. Jaime Valera był tu kiedyś głównym kelnerem i ożenił się z córką właściciela. Dzięki temu na stałe został „maitre d’hotel”. Gdy jego teść umarł, w oczach sąsiadów stał się właścicielem zakładu. Ale to jego żona trzymała w ręku klucz od kasy. (Powinienem, być może, dodać, że tytułowaliśmy go „Don Jaime”, gdyż był naszym „patrónem”. W oczach pospólstwa nie był „donem”. Ten tytuł nie daje się przetłumaczyć na angielski, lecz właściciel restauracji nie jest „donem”, podczas gdy na przykład sędzia ma prawo do tego tytułu.) Gdy seniora odkryła, że Margrethe dostaje napiwki, kazała je sobie oddawać, twierdząc, że pod koniec tygodnia otrzyma swoją działkę.
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
- 6
- 7
- 8
- 9
- 10