Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
— Powiedz mu, że odwzajemniam wszystkie jego uczucia i, proszę cię, zrób to w sposób równie kwiecisty jak on.
— Zrobię to. Roberto chciałby, żeby jego też uwzględnić.
— Sierżanta też. Dowiedz się jednak, gdzie i jak można znaleźć amerykańskiego konsula. Mamy kłopoty.
Porucznikowi Anibalowi Sanzowi nakazano, aby przypilnował, byśmy stawili się w sądzie punktualnie o czwartej. Następnie pozwolono nam odejść. Sanz przekazał sierżantowi Roberto zadanie odprowadzenia nas do konsula i z powrotem, wyraził żal, że jego obowiązki nie pozwalają mu odprowadzić nas osobiście, po czym trzasnął obcasami, nachylił się ponad ręką Margrethe i pocałował ją. Widać było, że tym prostym gestem zyskał u niej bardzo wiele. Była wyraźnie zadowolona. Niestety w Kansas nie uczą takich grzeczności. Moja strata!
Mazatlan leży na półwyspie. Stacja Straży Przybrzeżnej znajduje się niedaleko jego południowego brzegu. Tuż obok wznosi się latarnia morska. (Najwyższa na świecie — imponująca!) Konsulat amerykański ma siedzibę w odległości mili — po drugiej stronie miasta, na północnym brzegu. Należy przejść całą długość „Avenida Miguel Aleman”. Bardzo przyjemna trasa, w połowie drogi ozdobiona śliczną fontanną.
Lecz Margrethe i ja chodziliśmy na bosaka.
Sierżant Dominguez nie zaproponował jazdy taksówką, ja zaś nie mogłem sobie na to pozwolić.
Z początku bose nogi nie wydawały się nam przeszkadzać. Na bulwarze widać było wiele bosych stóp i przecież nie wszystkie z nich należały do dzieci. (Nie byłem też jedynym mężczyzną z nagą piersią.) W dzieciństwie traktowałem chodzenie boso jako luksus i przywilej. Chodziłem bez butów przez całe lato i zakładałem je z najwyższą niechęcią, gdy zaczynała się szkoła. Już po przejściu pierwszej przecznicy zacząłem się zastanawiać, z jakiego powodu w dzieciństwie tak się zawsze cieszyłem na chodzenie boso. W chwilę później powiedziałem Margrethe, żeby poprosiła sierżanta Roberto, aby zwolnił kroku i pozwolił mi iść w jak najgłębszym cieniu, gdyż ten skubany chodnik parzy mi stopy. (Margrethe, która do tej pory nie skarżyła się w ogóle, nie zrobiła tego. Do tej pory czułem się nieco podenerwowany, lecz teraz anielski hart jej ducha posłużył mi za wzór, któremu trudno jednak było sprostać.)
Od tej chwili poświęciłem się całkowicie użalaniu nad moimi biednymi, nieszczęsnymi, delikatnymi, różowymi stopami. Litowałem się nad sobą, zadając sobie pytanie, po co w ogóle opuszczałem kraj Pana Boga.
„Płakałem, że nie mam butów, zanim nie ujrzałem człowieka, który nie miał nóg”. Nie wiem, kto powiedział to po raz pierwszy, ale słusznie uważa się ten wiersz za część naszego dziedzictwa kulturowego.
To właśnie przytrafiło się mnie.
Na krótko przed miejscem, gdzie „Miguel Aleman” krzyżuje się z „Calle Aquiles Serdan”, przy fontannie; napotkaliśmy ulicznego żebraka. Spojrzał na nas w górę i uśmiechnął się, trzymając w ręku kilka ołówków. Mówię, że spojrzał w górę, ponieważ jechał na małym wózku. Nie miał nóg.
Sierżant Roberto zawołał go po imieniu i rzucił — mu monetę. Żebrak chwycił ją zębami, schował do kieszeni, zawołał: „Gracias” i skierował swą uwagę na mnie.
— Margrethe, powiedz mu, proszę, że nie mam ani grosza — powiedziałem szybko.
— Tak, Alec.
Przykucnęła, aby porozmawiać z nim oko w oko. Po chwili wstała.
— Pepe kazał ci powtórzyć, że nic nie szkodzi. Złapie cię któregoś dnia, gdy będziesz bogaty.
— Powiedz mu, że na pewno go wtedy znajdę, daję słowo.
Zrobiła to. Pepe uśmiechnął się do mnie, przekazał całusa Margrethe i zasalutował sierżantowi i mnie. Ruszyliśmy w dalszą drogę.
Przestałem rozczulać się już nad swoimi stopami. Pepe zmusił mnie do spojrzenia na moją sytuację w innym świetle. Odkąd się dowiedziałem, że rząd meksykański nie uważa faktu, że pozwoliłem mu się uratować, za przywilej, lecz każe sobie za to zapłacić, nie przestawałem litować się nad sobą. Czułem się wykorzystany i oszukany. Cały czas mamrotałem pod nosem, że moi rodacy, którzy twierdzili, że wszyscy Meksykanie to pijawki żyjące z naciągania jankeskich turystów, mieli całkowitą rację. Rzecz jasna nie dotyczyło to Roberta i porucznika, ale cała reszta! Leniwe pasożyty wszyscy co do jednego, wyciągający swe łapska po każdy jankeski dolar! Tak jak Pepe.
Przywołałem w myśli wszystkich Meksykanów, których napotkałem tego dnia, każdego, którego mogłem sobie przypomnieć i poprosiłem ich o wybaczenie za uczucie pogardy. Meksykanie byli po prostu naszymi towarzyszami w tej długiej podróży z ciemności w wieczną noc. Niektórzy dźwigali swe brzemię z godnością, inni nie. Byli też tacy, którzy dźwigali bardzo ciężkie brzemię z odwagą godną pozazdroszczenia.
Jak Pepe!
Wczoraj żyłem w luksusie, dziś byłem zadłużonym bankrutem. Zachowałem jednak zdrowie. Miałem rozum i dwie ręce — i miałem Margrethe. Moje brzemię było lekkie i powinienem dźwigać je z radością.
Dzięki ci, Pepe!
Ponad drzwiami konsulatu powiewała amerykańska flaga. Na drzwiach znajdowało się godło wykonane z brązu. Pociągnąłem za sznur dzwonka.
Po dłuższej chwili drzwi uchyliły się lekko i kobiecy głos nakazał nam zjeżdżać stąd. (Nie potrzebowałem tłumaczenia. Było oczywiste, co chciała powiedzieć.) Drzwi zaczęły się zamykać. Sierżant Roberto gwizdnął głośno i zawołał coś. Szpara poszerzyła się. Zaczęła się rozmowa. Margrethe oznajmiła: — Powiedział jej, żeby przekazała Don Ambrosio, że przyszło dwoje amerykańskich obywateli, którzy muszą spotkać się z nim natychmiast, ponieważ o czwartej mają stawić się w sądzie.
Zmuszono nas znów do oczekiwania. Po około dwudziestu minutach służąca wpuściła nas i zaprowadziła do mrocznego biura. Przyszedł konsul, który spiorunował mnie wzrokiem i zapytał, jakim prawem odważyłem się przerwać mu sjestę.
W tej samej chwili ujrzał Margrethe i natychmiast zmienił nutę. Do niej zwrócił się słowami: „Czym mogę pani służyć? Czy zaszczyci pani mój skromny dom, przyjmując w charakterze poczęstunku szklaneczkę wina lub filiżankę kawy?”
Z bosymi stopami i ubrana w krzykliwy kostium Margrethe wciąż wyglądała na damę. Ja natomiast byłem lumpem. Nie pytajcie dlaczego.
Tak to było i już. Mężczyźni łatwiej upodabniają się do włóczęgów, ale zdarza się, że kobieta wygląda jak nędzarka. Spróbujcie to wytłumaczyć, a stwierdzicie, że przychodzą wam do głowy takie słowa jak: „królewski”, „szlachetny”, „arystokratyczny” czy „dobre maniery wyssane z mlekiem matki”, które wyklęto w opanowanej przez demokratyczne ideały Ameryce. Pytanie czy to mówi coś o Margrethe, czy też o demokratycznych ideałach, pozostawiam nierozstrzygnięte, polecając nauczycielom jako ćwiczenie dla uczniów.