Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
W środku znajdowały się cztery fotele, dwa na przedzie, gdzie siedzieli szoferzy, i dwa z tyłu, przeznaczone dla nas.
Szofer siedzący po mojej stronie rozejrzał się dokoła i powiedział coś, gapiąc się — widziałem to! — na Margrethe. To prawda, że była naga, ale to nie była jej wina i dżentelmen nie powinien się na nią gapić.
— Mówi — wyjaśniła Margrethe — że musimy zapiąć pasy. Chyba chodzi mu o to… — Mocowała się ze sprzączką umieszczoną na końcu pasa, którego drugi koniec był przytwierdzony do kadłuba.
Stwierdziłem, że siedzę na takiej samej sprzączce, która wbija się w mój poparzony grzbiet. Nie spostrzegłem jej dotąd. Zbyt wiele rzeczy zwracało moją uwagę. (Dlaczego nie trzymał gał przy sobie! Byłem gotów wrzasnąć na niego. To, że przed chwilą uratował jej życie — i moje — narażając swe własne, nie miało znaczenia w tym momencie. Byłem po prostu coraz bardziej wściekły, że wykorzystywał bezbronną kobietę.)
Zająłem się tym skubanym pasem, starając się nie patrzeć na tego typa. Tamten powiedział coś do swego towarzysza, który zgodził się z nim entuzjastycznie. Margrethe przerwała dyskusję.
— Co oni gadają? — zapytałem.
— Ten biedak chce mi odstąpić własną koszulę. Sprzeciwiłam się… ale nie na tyle mocno, żeby temu zapobiec. To bardzo szlachetne z ich strony i, choć nie jestem przeczulona w tej sprawie, czuję się lepiej, gdy — przebywając w towarzystwie nieznajomych — mam coś na grzbiecie.
Posłuchała jeszcze przez chwilę i dodała:
— Spierają się, któremu z nich przypadnie ten zaszczyt.
Zamknąłem gębę na kłódkę. Przeprosiłem ich w myśli. Założę się, że nawet rzymski papież rzucił w swym życiu ukradkowe spojrzenie, jeden czy dwa razy.
Najwyraźniej mężczyzna siedzący po prawej stronie odniósł zwycięstwo w tym sporze. Zaczął wiercić się w swym fotelu — nie mógł wstać — aż wreszcie ściągnął koszulę i podał ją Margrethe.
— Senorita. Por favor.
Dodał coś jeszcze, co wykraczało poza moją znajomość języka. Margrethe odpowiedziała mu z godnością i wdziękiem, a potem wciąż rozmawiając z nim, wcisnęła się w koszulę, która okryła w znacznej części jej nagość. Zwróciła się w moją stronę:
— Kochanie, dowódca to Teniente Anibal Sanz Garcia, a jego pomocnik to Sargento Roberto Dominguez Jones, obaj z Królewskiej Meksykańskiej Straży Przybrzeżnej. Zarówno porucznik, jak i sierżant chcieli mi odstąpić koszulę, ale sierżant wygrał grę w palce, dostałam więc ją od niego.
— To bardzo szlachetnie z jego strony. Spytaj ich, czy mają w tej maszynie coś, co ja mógłbym założyć!
— Spróbuję.
Wypowiedziała kilka zdań. Usłyszałem własne nazwisko. Następnie przeszła z powrotem na angielski.
— Panowie, mam zaszczyt przedstawić mojego męża. Oto senior Alexandro Graham Hergensheimer.
Przeszła z powrotem na hiszpański. Po chwili uzyskała odpowiedź.
— Porucznik jest zrozpaczony, lecz musi przyznać, że nie mogą ci nic zaoferować. Przysięga jednak na cześć swojej matki, że coś się dla ciebie znajdzie, gdy tylko dotrzemy do kwatery głównej Straży Przybrzeżnej w Mazatlanie. Teraz nalega, żebyśmy zapięli mocno pasy, gdyż za chwilę wzbijemy się w powietrze. Alec, boję się!
— Nie trzeba. Będę cię trzymał za rękę.
Sierżant Dominguez odwrócił się ponownie w naszą stronę, trzymając w ręku manierkę.
— Agua?
— Na Boga, tak! — krzyknęła Margrethe. — Si, si, si!
Nigdy woda nie smakowała mi tak bardzo.
Gdy zwróciliśmy manierkę, porucznik rozejrzał się dokoła, uśmiechnął się szeroko, skierował swój kciuk w górę w geście starym jak Koloseum i zrobił coś, co przyśpieszyło pracę silników maszyny. Dotąd pracowały wolniutko, ale teraz przyśpieszyły ze wściekłym hałasem. Maszyna skręciła, pilot skierował ją pod wiatr.
Od rana wiała bryza, lecz teraz na szczytach fal zaczęła się pokazywać biała piana. Porucznik jeszcze bardziej zwiększył obroty silników, które pracowały z niewiarygodną gwałtownością i ruszyliśmy naprzód, obijając się o powierzchnię wody, a potem wszystko w środku dygotało.
Nagle zaczęliśmy uderzać w mniej więcej co dziesiątą falę z niewiarygodną siłą, chyba próbując wzlecieć. Nie rozumiem, dlaczego maszyna się nie rozbiła. Wtem znaleźliśmy się dwadzieścia stóp nad powierzchnią wody. Wstrząsy ustały, lecz wibracja i hałas trwały nadal. Wzbiliśmy się ostro w górę, a potem zawróciliśmy i ponownie zaczęliśmy opadać.
O mały włos nie zwymiotowałem całej, tak cennej, wody. Tuż pod nami rozpościerała się lita ściana oceanu. Porucznik odwrócił głowę i krzyknął coś do nas.
Chciałem mu powiedzieć, żeby patrzył, gdzie leci, ale ugryzłem się w język.
— Co on powiedział?
— Mówi, żebyśmy spojrzeli tam, gdzie wskaże palcem. „El tiburón blanco grande” — wielki biały rekin, który o mało nas nie pożarł.
(Mógłbym sobie darować ten widok.) W rzeczy samej, w samym środku ściany wody widać było szare widmo zaopatrzone w płetwę przecinającą fale. Gdy już byłem pewien, że uderzymy prosto w szczyt tej płetwy, ściana odchyliła się w bok, jakaś siła wtłoczyła moje pośladki w siedzenie, w uszach mi zaszumiało i po raz drugi udało mi się nie zwymiotować na naszego gospodarza, tylko wyłącznie dzięki żelaznej sile woli. Maszyna wyrównała lot i nagle podróż stała się niemal wygodna, pomijając łoskot silników i wibrację.
Latanie sterowcem jest jednak znacznie przyjemniejsze.
Gdy tylko znaleźliśmy się w powietrzu, natychmiast dostrzegliśmy pofałdowane wzgórza rozciągające się poza linią brzegu, tak trudne do zauważenia z naszej tratwy. Ujrzeliśmy także cały wachlarz pięknych plaż oraz miasto, w którego stronę się kierowaliśmy. Sierżant spojrzał w tamtym kierunku, wskazał na miasto i wymamrotał coś.
— Co on mówi?
— Sierżant Roberto powiedział, że przylecimy akurat na obiad. Użył słowa „almuerzo”, ale dodał, że dla nas będzie to śniadanie — „desayuno”.
Mój żołądek postanowił nagle uspokoić się na chwilę.
— Powiedz mu, że nie musi gotować tego konia. Zjem go na surowo.
Margrethe przetłumaczyła. Obaj mężczyźni roześmiali się. Po chwili porucznik obniżył lot i przystąpił do lądowania na powierzchni wody, cały czas oglądając się przez ramię i rozmawiając z Margrethe, która nie przestawała się uśmiechać, wbijając jednocześnie paznokcie w moją prawą dłoń.
Wylądowaliśmy. Nikt nie stracił życia. Sądzę jednak, że sterowce są znacznie bezpieczniejsze.
Obiad! Wszystko szło ku lepszemu.
X
W pocie oblicza twego będziesz musiał tedy zdobywać pożywienie
póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty.