Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
Don Ambrosio był pompatycznym zerem, lecz przyjemnie było go spotkać, gdyż mówił językiem amerykańskim — nie angielskim, lecz prawdziwym amerykańskim. Urodził się w Bronsville, w stanie Teksas. Byłem pewien, że jego rodzice przybyli z Meksyku. Dzięki poparciu swych rodaków zdołał zamienić swój talent polityczny na wygodną synekurę polegającą na tłumaczeniu gringom zabłąkanym w kraju Montezumy, że nie mogą otrzymać tego, czego rozpaczliwie potrzebowali.
To właśnie, po dłuższym czasie, oznajmił nam.
Pozwoliłem Margrethe prowadzić rozmowę, ponieważ radziła sobie znacznie lepiej ode mnie. Mówiła o nas jako o panu i pani Graham. Po drodze tutaj zgodziliśmy się, że będziemy używać tego nazwiska. Gdy zostaliśmy uratowani, użyła formy „Graham Hergensheimer”. Wytłumaczyła mi później, że zrobiła to, aby umożliwić mi wybór. Mogłem wybrać nazwisko Hergensheimer, twierdząc po prostu, że słuchaczowi coś się pomyliło, i że podane nazwisko brzmiało „Hergensheimer Graham”. Nie? W takim razie ja musiałem się pomylić. Przepraszam.
Zdecydowałem się pozostać przy formie „Graham Hergensheimer” i w związku z tym używałem nazwiska Graham, aby ułatwić tok spraw. Dla Margrethe zawsze byłem Grahamem, sam również przez prawie dwa tygodnie używałem tego nazwiska. Zanim wyszliśmy z konsulatu, wypowiedziałem jeszcze tuzin kłamstw w celu uwiarygodnienia mojej opowieści. Nie chciałem niepotrzebnych komplikacji. „Pan i pani Graham” to było najprostsze rozwiązanie. (Drobna uwaga teologiczna: Wiele osób sądzi, że Dziesięcioro Przykazań zakazuje kłamstwa. Nic podobnego! Zakaz dotyczy mówienia fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu twemu — specyficzna, ściśle określona i godna pogardy forma kłamstwa. Żadne zdanie w Biblii nie zakazuje zwykłego mówienia nieprawdy. Wielu teologów sądzi, że żadna ze stworzonych przez ludzi form organizacji społeczeństwa nie mogłaby wytrzymać ciśnienia absolutnej szczerości. Jeśli sądzicie, że ich obawy są bezpodstawne, spróbujcie powiedzieć swym znajomym całą prawdę na temat tego, co sądzicie o ich potomstwie — o ile się odważycie.)
Po niezliczonych powtórzeniach (w trakcie których „Konge Knut” skurczył się i stał się naszym prywatnym jachtem), Don Ambrosio powiedział mi:
— To nic nie da, panie Graham. Nie mogę wydać panu nawet tymczasowego dokumentu w miejsce utraconego paszportu, skoro nie przedstawił pan nawet cienia dowodu, że jest pan obywatelem amerykańskim.
— Don Ambrosio, zdumiewa mnie pan — odparłem. — Wiem, że pani Graham ma lekki akcent. Mówiliśmy panu, że urodziła się w Danii. Czy jednak naprawdę pan sądzi, że ktoś urodzony z dala od Midwestu mógłby mieć taki akcent jak ja?
Wzruszył ramionami w typowo latynoski sposób:
— Nie jestem specjalistą od akcentów. Na moje uszy mógł pan mówić w dzieciństwie i jednym z twardych akcentów brytyjskich, a potem poświęcić się karierze scenicznej. Wszyscy wiedzą, że dobry aktor potrafi naśladować każdy akcent, którego wymaga jego rola. Angielska Republika Ludowa ucieka się w dzisiejszych czasach do najbardziej wymyślnych metod, aby przemycić swych agentów do Stanów. Może pan równie dobrze pochodzić z Lincoln w Anglii, a nie z okolic Lincoln w stanie Nebraska.
— Czy naprawdę pan w to wierzy?
— W co ja wierzę, to nie należy do sprawy. Faktem jest, że nie mogę podpisać dokumentu stwierdzającego, że jest pan obywatelem amerykańskim, gdyż nie mogę tego stwierdzić z całą pewnością. Przykro mi. Czy jest coś więcej, co mógłbym dla pana zrobić?
(Jak możesz zrobić „więcej”, skoro do tej pory nie zrobiłeś nic?)
— Być może. Nie jestem prawnikiem.
Pokazałem mu naszą kopię rachunku, wyjaśniając mu, w czym rzecz.
— Czy to jest zgodne z prawem i czy nie żądają zbyt wiele?
Obejrzał rachunek.
— Z pewnością jest to zgodne zarówno z ich prawem, jak i z naszym. Zbyt wiele? Czy nie powiedział pan, że uratowali wam życie?
— Nie ma wątpliwości. Istniała oczywiście niewielka szansa, że odnalazłaby nas łódź rybacka, jednakże to Straż Przybrzeżna znalazła nas i uratowała.
— Czy pańskie życie — życie was obojga — jest warte mniej niż osiem tysięcy peso? Zapewniam pana, że moje jest warte znacznie więcej.
— Nie o to chodzi, sir. Nie mamy pieniędzy, ani centa. Straciliśmy wszystko, gdy łódź zatonęła.
— Więc wyślijcie po pieniądze. Pójdę wam na rękę i zgodzę się, aby przysłano je na adres konsulatu.
— Dziękuję panu. To jednak wymaga czasu. Co mamy tymczasem zrobić? Powiedziano nam, że ten sędzia zażąda zapłaty gotówką, i to natychmiast.
— Och, nie jest tak źle. To prawda, że tutejsze prawa nie pozwalają na ogłoszenie bankructwa, jak u nas, a poza tym mają tu dość staroświeckie regulacje dotyczące więzienia za długi. Nie korzystają jednak z tego prawa, lecz tylko nimi grożą. Zamiast tego sąd przypilnuje, żebyście dostali pracę, która pozwoli wam uregulować wasze długi. Don Clemente jest wyrozumiałym sędzią. Nie zrobi wam krzywdy.
To było wszystko, co powiedział, nie licząc kwiecistych nonsensów kierowanych pod adresem Margrethe. Odnaleźliśmy sierżanta Roberto, który przebywał w towarzystwie służącej i kucharza, po czym skierowaliśmy się w stronę sądu.
Don Clemente (sędzia Ibanez) był tak sympatyczny, jak zapowiedział to Don Ambrosio. A skoro przed samą wyprawą poinformowaliśmy kancelarię, że uznajemy nasz dług, ale nie mamy pieniędzy, aby go zapłacić, procesu nie było. Posadzono nas po prostu w niemal pustej sali sądowej i kazano zaczekać, zanim sędzia nie załatwi wszystkich spraw w rejestrze. Z niektórymi uporał się bardzo szybko. Były to drobne wykroczenia karane grzywną, inne sprawy o długi lub przesłuchania przed mającym się dopiero odbyć procesem. Nie rozumiałem wiele z tego, co się dzieje, gdyż na szepty w sali sądowej reagowano z niechęcią i Margrethe nie mogła mi nic wytłumaczyć. Don Clemente z pewnością jednak nie wyglądał na sędziego ferującego drakońskie wyroki.
Gdy rozstrzygnięto już wszystkie sprawy, kancelista wezwał nas wraz z innymi „przestępcami” — głównie wieśniakami zalegającymi ze spłatą długów lub grzywien — do opuszczenia sali. Ustawiono nas w rzędzie na niskiej platformie naprzeciw grupy ludzi. Margrethe zapytała, co to takiego i odpowiedziano jej: „La subasta”.
— Co to znaczy? — zapytałem.
— Nie jestem pewna, Alec. Nie znam tego słowa.
Szybko poczyniono ustalenia co do pozostałych. Odniosłem wrażenie, że większość z nich była już tu przedtem. Po chwili z grupy stojącej przed platformą pozostał tylko jeden człowiek, a na platformie wyłącznie my. Mężczyzna ten sprawiał wrażenie zamożnego. Uśmiechnął się i powiedział coś do mnie.
— Co on mówi? — zapytałem.
— Spytał się, czy potrafisz myć naczynia. Odpowiedziałam mu, że nie mówisz po hiszpańsku.
— Powiedz mu, że oczywiście potrafię myć naczynia, choć nie jest to praca, o której marzę.
W pięć minut później nasz dług został spłacony gotówką, wręczoną kanceliście, my zaś pozyskaliśmy „patróna”. Był nim senior Jaime Valera Guzman. Płacił on Margrethe sześćdziesiąt peso dziennie, a mnie trzydzieści. Koszty sądowe wyniosły dwa i pół tysiąca peso. Do tego doszedł koszt dwóch pozwoleń na pracę dla przyjezdnych, plus znaczki z tytułu podatku wojennego. Kancelista obliczył całkowitą sumę naszego zadłużenia, po czym podzielił ją przez naszą dzienną płacę. Po zaledwie stu dwudziestu jeden dniach — czterech miesiącach — nasz dług u „patróna” zostanie spłacony. Oczywiście pod warunkiem, że przez cały ten czas nie wydamy ani grosza. Kancelista wskazał nam też kierunek do zakładu będącego własnością naszego „patróna” — Restaurante Pancho Villa”. „Patron” zdążył już odjechać swoim samochodem. „Patrónes” jeżdżą samochodami, „peónes” chodzą na piechotę.