Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]

Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:

„Hiob” nawiązuje do „Boskiej Komedii” Dantego.
1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 96
Перейти на страницу:

Do miejsca, gdzie przycumowała maszyna latająca, podpłynęła mała łódź. Musiałem przejść przez nabrzeże, przy którym wylądowaliśmy, do budynku kwatery głównej, i zaczekać, aż znajdą się dla mnie jakieś spodnie. Cały czas gapili się na mnie jacyś ludzie, a wśród nich kobiety. Wiem teraz, jak się czuje człowiek w dybach. Okropnie! Nie czułem się tak zawstydzony od czasu pewnego niefortunnego incydentu w szkółce niedzielnej, gdy miałem pięć lat.

Miałem to już jednak za sobą. Przed nami stało jedzenie i picie. Czułem się nadzwyczaj uszczęśliwiony — przynajmniej w tej chwili. Jedzenie nie było takie, do jakiego przywykłem, lecz niezależnie od tego, kim był ten, kto powiedział, że głód jest najlepszą przyprawą, miał on rację. Obiad smakował wyśmienicie. Cienkie placki z mąki kukurydzianej maczane w sosie, smażona fasola, gorący, przypalony gulasz, waza pełna małych, żółtych pomidorów i kawa — mocna, czarna i gorzka — czegóż więcej może pragnąć człowiek, który jeszcze niedawno głodował pośrodku oceanu? Żaden smakosz nie napawał się nigdy swoim posiłkiem tak jak ja wtedy. (Z początku czułem się nieco dotknięty tym, że jedliśmy w kantynie dla żołnierzy, zamiast udać się z porucznikiem Sanzem tam, gdzie jedli oficerowie. Znacznie później ktoś wytłumaczył mi, że cierpiałem na złudzenie typowe dla cywilów. Cywil, który nie ma żadnego doświadczenia wojskowego, uważa się nieświadomie za równego pod względem statusu społecznego oficerom, nigdy szeregowym żołnierzom. Po zastanowieniu okazuje się, że ta opinia jest absurdalna, jest ona jednak niemal powszechna… może nie wszędzie, ale z pewnością w Ameryce, gdzie każdy uważa się za „równie dobrego co wszyscy, a lepszego niż większość.)

Sierżant Dominguez odzyskał teraz swą koszulę. Podczas gdy szukano dla mnie spodni, kobieta — chyba posługaczka, gdyż w Meksykańskiej Straży Przybrzeżnej kobiety nie służyły — została wysłana na poszukiwanie stroju dla Margrethe. Wkrótce przyniesiono jaskrawą bluzkę i spódnicę z bawełny. Był to prosty i niewątpliwie tani kostium, lecz Margrethe wyglądała w nim pięknie.

Jak dotąd, nie mieliśmy butów. To nieważne — było ciepło i sucho, więc buty mogły zaczekać. Byliśmy syci, ubrani i bezpieczni. Ta gorąca gościnność sprawiła, iż w przypływie wdzięczności uznałem, że Meksykanie to najlepsi ludzie na Ziemi. Wypijając drugi kubeczek zupy, powiedziałem:

— Kochanie, w jaki sposób możemy przeprosić ich i wyjść tak, by nie poczytano nam tego za nieuprzejmość? Myślę, że powinniśmy jak najszybciej odnaleźć amerykańskiego konsula.

— Musimy wrócić do kwatery głównej.

— Dalsze biurokratyczne formalności?

— Myślę, że można to tak określić. Chyba chcą się od nas dowiedzieć, w jaki sposób znaleźliśmy się w miejscu, gdzie nas uratowano. Trzeba przyznać, że nasza opowieść brzmi dziwnie.

— Chyba masz rację.

Nasza pierwsza rozmowa z komendantem nie przyniosła zadowalających rezultatów. Gdybym był sam, nazwałby mnie chyba kłamcą, trudno jednak było prawdziwemu samcowi, przepełnionemu męską dumą, przemówić w ten sposób do Margrethe.

Kłopot tkwił w naszym statku „Konge Knut”, który ani nie zatonął, ani nie przybił do portu, lecz po prostu nigdy nie istniał. Zdziwiłem się tylko troszeczkę. Gdyby zamienił się w żaglowiec z pełnym takielunkiem albo kwinkweremę, nie zdziwiłbym się w ogóle. Spodziewałem się jednak, że jakiś statek o tej samej nazwie istnieje i w tym świecie. Sądziłem, iż wymagają tego zasady gry. Okazało się jednak, iż nie pojąłem tych reguł, o ile w ogóle istniały jakiekolwiek zasady.

Margrethe wskazała mi jeszcze jeden fakt — Mazatlan nie był tym samym miastem, w którym przebywała uprzednio. Miejscowość była znacznie mniejsza i w ogóle nie była ośrodkiem turystycznym. Nie istniało w porcie długie nabrzeże, do którego mógłby przybić „Konge Knut”.

Mam wrażenie, że to właśnie na równi z latającymi maszynami przekonało ją, że moja „paranoja” stanowiła w gruncie rzeczy trafną hipotezę. Przebywała już w Mazatlan. Nabrzeże portowe było długie i murowane. Teraz zniknęło. To nią wstrząsnęło.

Nie wywarliśmy na komendancie korzystnego wrażenia. Spędził więcej czasu na rozmowie z porucznikiem Sanzem niż z nami. Wydawał się być z niego niezadowolony.

Wchodził tu w grę jeszcze jeden czynnik, którego wówczas nie rozumiałem i do dzisiaj nie rozumiem w stu procentach. Zwierzchnik Sanza był „kapitanem” („capitan”) i komendant również był „kapitanem”. Nie byli jednak sobie równi stopniem[1].

Straż Przybrzeżna używała stopni wojskowych marynarki wojennej. Lecz ci, którzy używali maszyn latających, stosowali stopnie armii lądowej. Sądzę, że ta drobna różnica miała przyczyny historyczne. Tak czy inaczej istniało między nimi napięcie i morski kapitan z czterema belkami nie był skłonny wierzyć święcie we wszystko, co mówił mu oficer służący na maszynach latających.

Porucznik Sanz sprowadził dwoje nagich rozbitków, którzy opowiedzieli absurdalną historię. Czterobelkowiec był skłonny winić samego Sanza z powodu jej niewiarygodności.

Sanz nie dał się zastraszyć. Myślę, że nie odczuwał żadnego respektu dla oficera, który nigdy nie znalazł się wyżej nad powierzchnią wody niż bocianie gniazdo. (Odbywszy podróż w jego piekielnej maszynie, rozumiałem, dlaczego nie był skłonny zginać karku przed byle marynarzem. Nawet wśród pilotów sterowców, których znałem, istniała podobna tendencja do podziału wszystkich ludzi na dwie kategorie — latających i nielatających.)

Po chwili, niezdolny zachwiać Sanzem ani Margrethe i nieumiejący porozumieć się ze mną bez pośrednictwa tej ostatniej, komendant wzruszył ramionami i wydał rozkaz, który pozwolił nam spożyć obiad. Sądziłem, że na tym koniec. Teraz jednak wracaliśmy znów na przesłuchanie.

Nasza druga rozmowa z komendantem trwała krótko. Powiedział nam, że o czwartej po południu przyjmie nas sędzia zajmujący się sprawami imigracyjnymi. Nie było tu osobnego urzędu do spraw imigrantów.

Tymczasem możemy zaznajomić się z listą należności. Sposób, w jaki pokryjemy dług, będzie można uzgodnić z sędzią. Margrethe przyjęła od niego kartkę papieru ze zdziwioną miną. Zapytałem, co powiedział komendant. Przetłumaczyła mi to. Spojrzałem na rachunek.

Ponad osiem tysięcy peso!

Nie potrzeba było głębokiej znajomości hiszpańskiego, aby odczytać rachunek. Niemal wszystkie słowa brzmiały podobnie do angielskich. „Tres horas” to trzy godziny. Mieliśmy zapłacić za trzy godziny korzystania z „aeroplano” — to słowo słyszałem już wcześniej od Margrethe. Oznaczało ono ich latającą maszynę. Obciążono nas również opłatą za trzy godziny pracy porucznika Sanza i sierżanta Domingueza. Ta pozycja była pomnożona przez współczynnik, który, jak uznałem, musiał oznaczać „pracę w powietrzu” lub coś w tym rodzaju. Dodano też cenę paliwa dla „aeroplano” oraz koszty jego obsługi. Spodnie to „pantalones”. Uwzględniono także opłatę za parę, którą miałem na sobie. „Fałda” to spódniczka, a „camisa” to bluza. Strój Margrethe zdecydowanie nie był tani. Jeden punkt zaskoczył mnie, nie ze względu na cenę, lecz na to, że w ogóle się tam znalazł, sądziłem bowiem, że byliśmy gośćmi — dwa obiady w cenie po dwadzieścia peso każdy. Była tam nawet oddzielna opłata za czas, jaki zajęliśmy komendantowi.

Zacząłem pytać, ile to jest osiem tysięcy peso w przeliczeniu na dolary, lecz przerwałem, zdając sobie sprawę, że nie mam najmniejszego pojęcia, jaką siłę nabywczą ma dolar w tym nowym świecie, w który zostaliśmy rzuceni.

Margrethe zapytała o ten rachunek porucznika Sanza, który wyglądał na zawstydzonego. Było sporo wymówek i wymachiwania rękami. Wysłuchawszy go, powiedziała mi: — Alec, to nie jest pomysł Anibala ani nawet komendanta. Taryfy opłat za te usługi — ratunek na pełnym morzu, korzystanie z „aeroplano” i tak dalej zostały ustalone przez „el Distrito Real” — Dystrykt Królewski. To chyba to samo co Mexico City. Porucznik Sanz powiedział mi, że władze centralne wywierają obecnie silny nacisk, aby wszystkie służby publiczne były samofinansujące. Powiedział, że gdyby komendant nie obciążył nas opłatą za uratowanie i Inspektor Królewski dowiedziałby się o tym, cała suma zostałaby potrącona z pensji komendanta wraz z karą w takiej wysokości, jaką królewska komisja uznałaby za stosowną. Anibal pragnie, byś wiedział, że jest zrozpaczony tą pożałowania godną sytuacją. Gdyby to on był właścicielem „aeroplano”, potraktowałby nas jako gości. Zawsze będzie odnosił się do ciebie jak do brata, a mnie traktował jak siostrę.

вернуться

1

Przypis tłumacza: w marynarce amerykańskiej — w przeciwieństwie do armii lądowej — stopień „kapitan” odpowiada naszemu stopniowi „komandor porucznik” i jest odpowiednikiem podpułkownika.

1 ... 21 22 23 24 25 26 27 28 29 ... 96
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)