Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa LunetaI tak mijał czas.
W ciągu dnia Will drzemał na pokładzie, wypoczywał, nabierał sił, ponieważ był wyczerpany do cna. Patrzył, jak krajobraz zaczyna się zmieniać, jak falujący step ustępuje miejsca niskim trawiastym wzgórzom, a potem teren wznosi się coraz wyżej, pojawiają się wąwozy i katarakty; lecz parostatek wciąż płynął na południe.
Will rozmawiał z kapitanem i załogą, przez grzeczność, ale ponieważ brakowało mu swobody Lyry w nawiązywaniu kontaktów z obcymi, niewiele miał do powiedzenia; zresztą oni i tak niezbyt się nim interesowali. Wykonywali tylko swoją robotę, a kiedy skończą, odejdą, nie oglądając się za siebie. Poza tym nie przepadali za niedźwiedziami, pomimo ich złota. Will był cudzoziemcem i dopóki płacił za jedzenie, mało ich obchodziło, co robił. W dodatku miał dziwną dajmonę, która przypominała dajmony czarownic: czasami była, a czasami jakby znikała. Przesądni jak większość marynarzy, woleli zostawiać go samemu sobie.
Balthamos ze swojej strony również zachowywał milczenie. Czasami, kiedy żal przekraczał jego wytrzymałość, anioł porzucał statek i wzlatywał wysoko pomiędzy chmury, szukając jakiegoś promyka światła lub smaku powietrza, jakiejś spadającej gwiazdy lub frontu ciśnienia, które przypominały mu chwile spędzone z Baruchem. Odzywał się tylko w nocy, w mroku ciasnej kabiny Willa, żeby zdać raport z postępów podróży i ocenić odległość dzielącą ich jeszcze od doliny z jaskinią. Może sądził, że Willowi brakuje współczucia, chociaż gdyby poszukał, znalazłby go pod dostatkiem. Robił się coraz bardziej milczący i formalny, chociaż nigdy zgryźliwy; przynajmniej tej obietnicy dotrzymał.
Co do Iorka, badał nóż wręcz obsesyjnie. Oglądał go godzinami, sprawdzał oba ostrza, wyginał go, trzymał pod światło, dotykał językiem, obwąchiwał, a nawet słuchał dźwięku, jaki wydawało powietrze opływające klingę. Will nie obawiał się o nóż, ponieważ Iorek był rzemieślnikiem o najwyższych kwalifikacjach, ani o samego Iorka, bo jego potężne łapy poruszały się delikatnie.
Wreszcie Iorek przyszedł do Willa i powiedział:
– To drugie ostrze. Robi coś, o czym mi nie powiedziałeś. Co to jest i jak działa?
– Tutaj nie mogę ci pokazać – odparł Will – ponieważ statek się porusza. Pokażę ci, jak tylko się zatrzymamy.
– Myślałem o tym – wyznał niedźwiedź – ale sam nie rozumiem, co myślę. To najdziwniejsza rzecz, jaką widziałem w życiu.
Oddał nóż Willowi, mierząc go niepokojąco długim, nieodgadnionym spojrzeniem czarnych oczu.
Tymczasem rzeka zmieniła barwę, ponieważ dotarli do resztek pierwszej fali roztopów, która spłynęła z Arktyki. Trzęsienia ziemi wywołały różne skutki w rozmaitych miejscach. Will widział całe wioski stojące po dachy w wodzie i setki bezdomnych ludzi usiłujących ratować resztki dobytku w kajakach i łodziach. Widocznie ziemia trochę się tutaj zapadła, ponieważ rzeka zwolniła, rozlewając się szeroko, a szyper z trudem odnajdywał właściwy kurs wśród mętnych prądów. Powietrze było tutaj cieplejsze, słońce stało wyżej na niebie i niedźwiedzie daremnie szukały ochłody; niektóre płynęły obok statku, odnajdując smak ojczystej wody w tym obcym kraju.
W końcu jednak rzeka znowu się zwęziła i pogłębiła, a w oddali zamajaczyły zbocza wielkiego płaskowyżu Azji Środkowej. Pewnego dnia Will zobaczył na horyzoncie pasmo bieli, które rosło coraz bardziej, rozpadało się na pojedyncze szczyty, granie i przełęcze między nimi, tak wysokie, że wydawały się bliskie na wyciągnięcie ręki – zaledwie parę kilometrów – ale wciąż były odległe; im bliżej wznosiły się potężne góry, tym bardziej wydawały się niezdobyte.
Większość niedźwiedzi nigdy nie widziała gór, oprócz klifów na ich własnej wyspie Svalbard, więc w milczeniu patrzyły na niebotyczne stoki, wciąż tak odległe.
– Co będziemy tam łowić, Iorku Byrnisonie? – zapytał jeden. – Czy w górach są foki? Z czego będziemy żyli?
– Tam jest lód i śnieg – brzmiała królewska odpowiedź. – Będzie nam wygodnie. I jest tam wiele dzikich stworzeń. Na jakiś czas nasze życie się zmieni. Ale przetrwamy i kiedy wszystko wróci do normy, kiedy Arktyka znowu zamarznie, wrócimy i odzyskamy naszą ziemię. Gdybyśmy tam zostali, zginęlibyśmy z głodu. Przygotujcie się na nowe i nieznane, moje niedźwiedzie.
W końcu parowiec nie mógł dalej płynąć, ponieważ koryto rzeki zwęziło się i zrobiło płytkie. Szyper zatrzymał statek na dnie doliny, którą powinna porastać trawa i górskie kwiaty, gdzie rzeka meandrowała wśród ławic żwiru; teraz jednak dolina zmieniła się w jezioro i kapitan oświadczył, że nie odważy się płynąć dalej, ponieważ nie wystarczy wody pod kilem, nawet przy potężnej powodzi z północy.
Więc przybili do brzegu doliny, gdzie formacja skalna tworzyła coś w rodzaju przystani, i zeszli z pokładu.
– Gdzie teraz jesteśmy? – zapytał Will kapitana, który słabo znał angielski.
Kapitan wydobył postrzępioną starą mapę i stuknął w nią fajką, mówiąc:
– W ta dolina my teraz. Ty bierz, idź dalej.
– Dziękuję bardzo – powiedział Will, zastanawiając się, czy powinien zaproponować zapłatę; ale kapitan już się odwrócił, żeby nadzorować rozładunek.
Wkrótce cała trzydziestka niedźwiedzi razem z pancerzami znalazła się na wąskim brzegu. Kapitan wykrzyknął rozkaz i statek zaczął obracać się ociężale pod prąd, manewrując, żeby wypłynąć na główny nurt. Gwizdek syreny długo rozbrzmiewał echem w dolinie.
Will usiadł na kamieniu i spojrzał na mapę. Jeśli się nie mylił, dolina, gdzie według anioła więziono Lyrę, leżała nieco na wschód i południe, a najlepsza droga prowadziła tam przez przełęcz zwaną Sungchen.
– Niedźwiedzie, zapamiętajcie to miejsce – przemówił Iorek Byrnison do swoich poddanych. – Kiedy nadejdzie czas powrotu do Arktyki, zgromadzimy się tutaj. Teraz idźcie swoją drogą, polujcie, jedzcie i żyjcie. Nie prowadźcie wojny. Nie przybyliśmy tutaj walczyć. Jeśli wojna nam zagrozi, wezwę was.
Niedźwiedzie są na ogół samotnikami, zbierają się razem tylko podczas wojny lub w nagłych wypadkach. Tutaj, na granicy krainy lodów, pilno im było odejść, badać i zwiedzać samotnie.
– Chodźmy więc, Willu – powiedział Iorek Byrnison – i znajdźmy Lyrę.
Will podniósł plecak i ruszyli.
Dobrze im się szło na początku. Słońce przygrzewało, ale sosny i rododendrony osłaniały im plecy przed najgorszym skwarem. Powietrze było świeże i czyste. Grunt był skalisty, lecz mech i sosnowe igły grubą warstwą zaścielały kamienie. Zbocza, na które się wspinali, nie były zbyt strome. Will stwierdził, że wysiłek fizyczny sprawia mu przyjemność. Dni spędzone na statku, wymuszony odpoczynek, dodały mu sił. Kiedy spotkał Iorka Byrnisona, był już bardzo wyczerpany. Nie wiedział o tym, ale niedźwiedź to dostrzegł.
Jak tylko znaleźli się sami, Will pokazał Iorkowi, jak działa drugie ostrze noża. Otworzył świat, gdzie tropikalny las parował i ociekał wodą, skąd opary ciężkie od duszących woni przepłynęły w rzadkie górskie powietrze, Iorek patrzył uważnie, obwąchał okno i dotknął łapą krawędzi, przeszedł na drugą stronę w wilgotny upał i rozejrzał się w milczeniu. Wrzaski małp, trele ptaków, brzęczenie owadów, rechotanie żab i nieustające kap, kap skraplającej się wilgoci brzmiały bardzo donośnie w uszach Willa stojącego za oknem.
Potem Iorek wrócił i patrzył, jak Will zamyka okno. Ponownie poprosił o nóż i oglądał srebrne ostrze z tak bliska, że Will myślał, że niedźwiedź skaleczy się w oko. Wpatrywał się w nóż przez długi czas, po czym oddał go Willowi. Powiedział tylko: