Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #1
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187080
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-Południe». Краткое содержание книги:
Velergorf kontynuował:
– Te sukinsyny potrafiły zdobywać umocnione wozy, i to jak...
—— • ——
Atakujące kolumny rozdzieliły się, opasując umocnienia ze wszystkich stron. Jeźdźcy wytrzymali grad oszczepów, przyjęli na siebie kolejną salwę z kusz, nie cofnęli się przed ogniem. Sami nie pozostali dłużni, szyjąc z łuków i miotając z najbliższej odległości krótkie dziryty. Przycisnęli piechotę, skupili na sobie uwagę. A wtedy pojawiła się kolejna grupa napastników.
Ci dosiadali ciężkich, masywnie zbudowanych koni, przypominających wierzchowce pancernej jazdy. Błyskawicznie wyjechali tuż przed wozy i zarzucili na burty zakończone hakami liny. Po trzy, cztery na każdy pojazd. Zawrócili zwierzęta i puścili je w galop. Wszystko stało się tak szybko, że ledwo kilku z jeźdźców zostało trafionych oszczepami czy bełtami. Nagle cała barykada zatrzęsła się potężnie. Koła wozów, mimo iż zakopane po osie w ziemi, poderwały się w powietrze, zakręciły bezwładnie. Trzaskały wyłamywane deski, pękało drewno. Po chwili, gdy zerwała się większość lin albo połamała część burt, wozy ciężko opadły na swoje miejsce. Nie wszystkie. Dwa, zaczepione szczególnie mocno, przechyliły się na zewnątrz i tak pozostały. Pojazdy zawisły w przechyle, wspierając się tylko na zewnętrznych kołach.
Młody goniec patrzył, jak na jednym z wozów trzech żołnierzy rozpaczliwie tnie liny mieczami, aż ten wreszcie powoli, z wahaniem opadł na cztery koła, zajmując miejsce w szyku. Na drugim był tylko jeden piechur. Wóz był przechylony tak mocno, że burta nie osłaniała go już przed pociskami. Odciął najbliższą linę, rzucił się do następnej i wtedy strzała trafiła go w bark, tuż nad zbyt nisko trzymaną tarczą. Przykląkł, potrząsnął głową jak ranione zwierzę i szerokim ciosem odrąbał drugi hak. Dostał następną strzałę, w bok, zachwiał się, zrobił trzy chwiejne kroki naprzód, jednym ruchem odrzucił tarczę i ujmując oburącz miecz, skoczył ku dwóm ostatnim linom. Rąbnął pierwszą, gdy rzucony dziryt zadzwonił mu o hełm, poprawił tak potężnie, że ostrze miecza ugrzęzło w drewnie, tuż obok haka. Puścił rękojeść broni i wyszarpnął sztylet.
Trzy strzały trafiły go w pierś, jedna po drugiej, przebijając kolczugę i skórzany pancerz pod nią. Żołnierz upadł na kolana i zaraz wczepił się zakrwawionymi palcami w drewno burty, podciągnął w górę, ciął sztyletem ostatnią linę. Wydawało się, że ostrze ledwo musnęło sznur, gdy ten pękł z dźwiękiem, który przebił się nawet przez hałas bitwy. Wóz opadł z powrotem na swoje miejsce. Natychmiast wspięli się na niego inni piechurzy, w stronę koczowników poleciały oszczepy, pomknęły bełty, machiny artyleryjskie posłały nad głowami kolejną porcję garnków z mieszanką zapalającą.
Jeszcze przez kilka chwil trwała wymiana pocisków, po czym, na niesłyszalny na górze sygnał, jeźdźcy zawrócili i pogalopowali z powrotem. Linia przed wozami usłana była ciałami ludzi i koni, drzewcami strzał, bełtów i oszczepów, plamami dopalającej się oliwy. Obrońcy też ponieśli straty, co najmniej kilkunastu żołnierzy było martwych lub właśnie dogorywało. Dwa razy tylu zostało rannych. Varhenn patrzył, jak znoszą z feralnego wozu naszpikowane strzałami ciało, a ręce zaciśnięte na trzonku topora bolały go jak nigdy.
Kapitan popatrzył na niego przenikliwie.
– Chciałbyś tam być, co? Chciałbyś już unurzać to swoje żelazo we krwi. Nie martw się, chłopcze, jeszcze będziesz miał okazję. Zapewniam cię. – Skrzywił się lodowato. – Teraz biegnij do pułkownika i powiedz temu cholernemu piechociarzowi, że powinien zrezygnować z obrony pierwszej barykady. To głupie. Ona jest za bardzo rozciągnięta. Jeszcze jedna taka sztuczka z linami, a przewrócą wszystkie wozy.
– Tak jest!
Darwena-lav-Glasderna znalazł przy machinach. Pułkownik przyciszonym głosem spierał się o coś z dowódcą artylerii, lecz na widok gońca przerwał i uniósł pytająco brwi.
– Kapitan prosił, żeby przekazać, że nie sądzi, aby udało się utrzymać dłużej pierwszą linię.
– Rozumiem. A co powiedział naprawdę? – Po wysłuchaniu oficer uśmiechnął się lekko i mruknął – przekaż dowódcy, że jakiś górołaz nie będzie mnie uczył obrony. To oczywiste, że musimy się cofnąć. Lepiej niech zacznie popędzać uchodźców, bo wloką się jak pijane ślimaki. I przy następnym ataku niech się nie krępuje, jeśli starczy mu odwagi, może się przyłączyć.
– Rozkaz!
Czarny Kapitan ciągle tkwił przy powykręcanej sośnie.
– Co powiedział?
– Pan pułkownik dziękuje za sugestię. I tak miał zamiar się wycofać. Prosi o to, aby spróbował pan zwiększyć tempo ewakuacji oraz o wsparcie przy następnym ataku.
– A dosłownie?
Varhenn zacisnął zęby i nie patrząc dowódcy w oczy, powtórzył.
Na przypominającej lodowiec twarzy kapitana, pojawiła się szeroka szczelina.
– Ma jaja. Na lodowe cycki Anday’yi, ma jaja. Ewakuacją dowodzi Dewen Kawacr, a jemu ufam jak sobie. Jeśli trzeba będzie poganiać ludzi bykowcami, zrobi to. Daj znać reszcie, że wszyscy z kuszami mają się znaleźć na górze. Zrobimy naszym gościom niespodziankę.
—— • ——
Dziesiętnik przerwał, zapatrzył się gdzieś w przestrzeń, potarł siwy zarost przebijający się spod wytatuowanych policzków.
– Przy drugim poważnym ataku pozwolili nam strzelać. Wszystkiego mieliśmy trochę ponad dwieście kusz i każda znalazła się na górze. Było jasne, że kolejnego natarcia barykada nie przetrzyma, tej sztuczki z linami musieli się nauczyć u demonów z samego dna Mroku. Ale i tak widziałem, jak żołnierze szykują się do odparcia następnego szturmu. Pospiesznie naprawiali zerwane połączenia między wozami, przybijali deski do połamanych burt. Inni przynosili i ustawiali na wozach pierwszej linii jakieś dzbany i bukłaki. Za nimi lądowały wiązki drewna i faszyna.
Uśmiechnął się do własnych wspomnień.
– Ależ byłem wtedy młody i głupi. Do końca nie wiedziałem, o co w tym chodzi...
—— • ——
Drugi atak nastąpił godzinę po pierwszym. Co nie znaczy, że Se-kohlandczycy dali obrońcom całą godzinę wytchnienia. Niewielkie, liczące od kilkunastu do kilkudziesięciu koczowników oddziały szalały po przedpolu, szyjąc strzałami i co chwila pozorując ataki. Najodważniejsi jeźdźcy podjeżdżali nawet na odległość rzutu dzirytem, choć rzadko uchodziło im to płazem. Kusze imperialnej piechoty nie próżnowały.
W głównej armii trwały przetasowania. Oddziały dzieliły się, rozjeżdżały w różne strony, manewrowały. Dwie olbrzymie, liczące po kilkadziesiąt tysięcy zwierząt grupy luzaków odprowadzono na tyły, znacznie uszczuplając siły główne. Ale i tak to, co zostało, mogło budzić grozę. Varhenn prawie zazdrościł piechocie, że obsadzając barykadę, nie ma pełnego widoku na nieprzyjacielską armię. To było zdecydowanie więcej niż trzydzieści tysięcy jeźdźców. Trzydzieści pięć, może nawet czterdzieści, jak oceniał kapitan. Tylko że tak naprawdę nie miało znaczenia, czy jest ich trzydzieści, czy trzysta tysięcy. Następny atak na pewno przełamie obronę.
– Nie będę wam kazał strzelać salwami ani celować – powiedział im Czarny Kapitan tuż przed szturmem. – Po prostu ładujcie broń tak szybko, jak to możliwe i mierzcie w dół. Macie tylko trafić w całą cholerną armię.
Cała cholerna armia właśnie ruszała do ataku.
Tym razem były tylko trzy kolumny. Dwie z boków i jedna w centrum, za to licząca na oko sześć, siedem tysięcy koni i jadąca w trzech głębokich szeregach. W pierwszym lekka jazda, na czele drugiego znajdowało się kilkuset wyposażonych w haki i liny jeźdźców, dosiadających masywnych koni, trzeci powiewał lasem lanc, błyszczał kolczugami i stalowymi hełmami.