Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
- Znasz mnie przecież - mruknąłem wreszcie niewyraźnie. - Nie ma takiej rzeczy, z którą bym sobie nie poradził. No, a ty już lepiej ruszaj, czas ucieka, a masz jeszcze kawał drogi przed sobą. I do tego pogoń za plecami.
Zrobiła krok w tył, spojrzała mi prosto w oczy.
- Bardzo cię kocham, wiesz? - rzekła cicho.
Była jedyną osobą na całym świecie, która mogła to powiedzieć. W milczeniu próbowałem zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół, każdą zmarszczkę, każdy włos, sposób, w jaki mówiła.
- Weź to. - Podała mi niewielki mieszek zaciągnięty mocnym rzemieniem. Zawiesiłem go sobie u pasa.
- Uważaj na siebie - powiedziałem tylko.
Zamiast odpowiedzi dostałem całusa w policzek, musnął mnie niesforny kosmyk włosów. Wskoczyła na siodło i zaczęła się oddalać kupiecką ścieżką. Spoglądałem za nią, za moją martwą córką, dopóki nie zniknęła mi z oczu. Martwą, bo przecież to tylko kwestia czasu, kiedy wpadnie w ręce tajnych służb cesarskich, łowców czarodziejów czy też kogokolwiek innego pracującego na zlecenie Imperium Crambijskiego. Zuzanna ruszała prosto w jamę lwów, węży, skorpionów, rekinów i krokodyli. A przy tym zadania, którymi obarczał ją książę Dask, były wciąż coraz trudniejsze, coraz niebezpieczniejsze. Nie wierzyłem, że jeszcze ją kiedyś zobaczę. A mimo to miałem nadzieję. Skłamałem, kiedy powiedziałem, że umiem sobie poradzić ze wszystkim. Z brakiem nadziei nie potrafiłem. Wiele bezsennych nocy spędziłem na rozważaniach, jak jej mogę pomóc. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to zabijać. Zabijać żołnierzy, agentów, szpiegów, dosłownie każdego, kogo tylko cesarstwo miało do dyspozycji. Wiedziałem oczywiście, że na mnie jednego było ich wszystkich zbyt wielu, że krwawa bruzda, jaką za sobą pozostawiałem, była jedynie mizernym śladem, jaki na morzu pozostawia łódź. Jednak co innego mi zostało? Robiłem tyle, ile było w mojej mocy.
Obróciłem się i ciągnąc konia za uzdę, ruszyłem w dół, ku miasteczku.
Egever wiedział, że była to szansa jego życia. Znalazł się we właściwym miejscu, we właściwym momencie, do tego nie opuszczało go szczęście. Po raz pierwszy uśmiechnęło się do niego, gdy udało mu się wymknąć ludziom hrabiego, którego wizyta nieproszonych gości we własnej posiadłości ostro rozwścieczyła, i po raz drugi, kiedy bezbłędnie ocenił, iż go ten tłuścioch nie dostrzegł. Tylko dzięki swym umiejętnościom zdołał się w ostatniej chwili ukryć.
Kiedy zdobędzie ten przedmiot, a to przecież pewne, że go zdobędzie - był przecież najlepszym, najzdolniejszym złodziejem, o jakim świat słyszał - więc kiedy już zdobędzie ten przedmiot, do końca swoich dni pławić się będzie w przepychu i bogactwie. Oferty paserów były wręcz niebotyczne. Egever dobrze znał większość z nich, wiedział, komu i na ile mógł zaufać. Ci, na których mógł polegać najwięcej, również wydawali się oferować najlepsze ceny. Kto za nimi stał? To go nie obchodziło. Chciał tylko swojej zapłaty, chciał pieniędzy, które ziszczą jego marzenia. Od bogactwa dzielił go już jeden mały krok. Kobieta odjechała na wschód, zostawiając pustynię za sobą, podczas kiedy tłuścioch zjechał w dół po drugiej stronie. To znaczyło, iż ona przedmiotu ze sobą nie zabrała. Egever odczekał jeszcze chwilę, po czym ruszył za swą zdobyczą.
- Spóźnia się - powiedział jeden z mężczyzn przy stole, odkładając niechętnie karty.
Koharow nie odpowiedział. Mogli tu siedzieć spokojnie nawet i kilka dni, jego ludzi denerwowało jedynie to, że musieli czekać na kogoś, kogo nie znali. Spojrzał na Sierżanta. Jak się tamten nazywał naprawdę, Koharow nie miał pojęcia, po prostu zwracał się do niego tak, jak i inni, podług stopnia, który tamten otrzymał w wojsku.
- Wolałbym, żebyś się stąd nie ruszał. Nikt z nas go nie zna, jeszcze się okaże, że odjedzie bez nas.
Sierżant, lekko przygarbiony mężczyzna o byczym karku i szerokich barach, które sprawiały, iż wyglądał na mniejszego, niż był w istocie, tylko się uśmiechnął. A właściwie tak się wydawało. Kiedy otworzył usta, podłużna blizna biegnąca od kącików ust nadawała jego twarzy wygląd, jakby się uśmiechał.
- Nie bój się, rozpoznacie go.
- Podobno widuje się z samym księciem - zagadnął Koharow.
- O tym nic mi nie wiadomo - odparł Sierżant kategorycznym tonem, po czym wstał i ruszył ku szynkwasowi po następne piwo.
- A ty skąd go znasz? - dopytywał dalej Koharow, kiedy jego towarzysz wrócił z dwoma kolejnymi dzbanami.
- Trochęśmy pobojowali.
- Przeciw komu?
Piwo okazało się ciepłe, drugi dzban smakował dużo gorzej niż ten pierwszy. Koharow wiedział, że zawsze tak się dzieje. Czwartego po prostu nie dawało się już wypić.
- Przeciw sobie. To długa historia.
Sierżant nie był w nastroju, ale Koharow czuł, że kiedy tylko nadejdzie dogodniejszy moment, dowie się więcej. Pracowali razem już całe trzy miesiące i od czasu do czasu raczyli się wzajemnie historiami z przeszłości.
- Idę się przejść - powiedział i wychylił swoje piwo duszkiem. Na dworze było gorąco jak diabli, a on przez ostatnie dwa dni nie wypił tyle, ile potrzebował. Wciąż się jednak porządnie nie odlał i nie wypłukał z siebie trującego szlamu, który odkładał się w nim od paru dni. - Rzucę okiem na tę drugą gospodę.
- Wojsko tam siedzi - rzucił zwięźle Sierżant, obserwując grę, która rozpoczęła się na nowo przy sąsiednim stole.
- No i właśnie im się chcę trochę poprzyglądać.
Koharow został w płaszczu, połę na wszelki wypadek odrzucił z pochwy miecza, aby w razie potrzeby móc po niego sięgnąć. Wojskowi musieli być częścią planu, co do tego nie miał wątpliwości. Jego ludzie, o ile mógł ich tak nazwać, widać okazali się niewystarczający. Co tylko wzbudzało w nim jeszcze większą ciekawość.
Odetchnął rozgrzanym powietrzem, z przyzwyczajenia sprawdził konie w stajni. Już ponad trzy lata wałęsał się po południowych krańcach Pustyni Gutawskiej, od czasu do czasu eskortując karawany kupieckie, niekiedy też przyłączając się do wypraw badawczych, z którymi nanosił na mapy osady, oazy i studnie artezyjskie. Dwukrotnie dostał rozkaz, który znaczył tyle, co znaleźć i zabić. Ostatnim razem ruszył za Ferdynandem Faranetim, bandytą, który ni stąd, ni zowąd zaczął coraz częściej napadać na karawany idące na północ, do hrabstwa daskijskiego. Koharow zastanawiał się czasami, jak to jest, że hrabstwem władał książę, ale jakoś nikt mu tego do tej pory nie potrafił wyjaśnić. Jednak w wykonywaniu rozkazów księcia Daska nijak to nie przeszkadzało. Koharow pracował dla niego na takich samych zasadach, jak i cała armia nieumundurowanych najemników, obserwatorów, zabójców i im podobnych typków. Oprócz tego działał też na własną rękę i własny rachunek.
Dotarł do drugiej w mieście knajpy. Wszedł do środka, starając się nie zwrócić niczyjej uwagi, i siadł przy stole najbliżej wyjścia. W części sali przylegającej do kamiennej ściany rozłożyło się dwudziestu chłopa. Niektórzy siedzieli na krzesłach, inni leżeli wprost na podłodze. Nawet jak na tak dziki i nieokiełznany zakątek wydawali się uzbrojeni bardziej niż to konieczne. Koharow wiedział, co to za jedni - profesjonalni najemnicy. Wnioskując ze śladów, musiało ich być znacznie więcej. Pewnie nie chcieli siedzieć w ciżbie i część pozostała w stajni albo jeszcze gdzie indziej, zgadywał. Nikt nie zauważył jego przybycia. Do gospody zaglądali również inni goście, zazwyczaj na krótko, ale ruch był wystarczający, żeby Koharow mógł zostać, nie wzbudzając podejrzeń.