Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
Zaskrzypiały zewnętrzne schody. A właściwie nie tyle zaskrzypiały, co jęknęły, i Koharow zastanawiał się przez chwilę, czy wytrzymają ciężar. Wytrzymały, więc szybko przesunął się przy stole tak, aby móc spoglądać na drzwi bez oglądania się przez ramię. Do środka wszedł niewielki tłuścioch w kapeluszu z szerokim rondem i w skórzanym, ciężkim płaszczu, długim po kolana. Kiedy przemaszerował przed Koharowem, ten zorientował się, iż przybyły wcale nie jest mały, a nienaturalnie rozłożysty, co zakłamywało proporcje jego ciała. Podobnie jak u Sierżanta, tylko znacznie bardziej. Przybysz zdjął kapelusz. Jakiś czas temu musiał ogolić głowę na łyso, teraz widać już było siwą krótką szczecinę. W dodatku z całą pewnością nie był gruby, w każdym razie nie na twarzy, która wyglądała jak wyciosana z granitu, i to bardzo prymitywnymi narzędziami. Zaś oczy… Koharow aż przygryzł wargi. Zazwyczaj potrafił z oczu dowiedzieć się o człowieku prawie wszystkiego, czytał w nich jak w otwartej księdze, jednak ten tutaj stanowił zagadkę. Jakby w ogóle nie był człowiekiem.
Przybyły zlustrował pobieżnym spojrzeniem całą salę, po czym ruszył w kierunku szczupłego mężczyzny w białej koszuli ze złotymi mankietami. Elegant był w wyraźny sposób odziany znacznie lepiej niż pozostali, i reszta kompanii na grubiański, żołnierski sposób, ale szczerze odnosiła się do niego z wyraźnym szacunkiem.
- Craig? - przybysz rzucił takim tonem, jakby zamierzał splunąć na podłogę.
- We własnej osobie, panie.
Słowo „panie” zostało wysyczane tak jadowicie, że zabrzmiało wręcz jak wyzwanie.
- A z kim ja mam przyjemność?
- Z tym, od kogo wziąłeś dwieście złotych za stawienie się na tym spotkaniu.
Przybysz nadal mówił tak samo pogardliwie, jednak Koharow miał pewność, iż nie była to pogarda zamierzona. Prędzej oznaka braku zainteresowania, jakby cała ta sprawa wielkiego mężczyzny nie dotyczyła. Jeden z najemników, z którym Craig wcześniej o czymś rozprawiał, szurnął krzesłem i jakby od niechcenia wstał.
- Tych parę groszy wystarczyło jedynie na tyle, abyśmy się tu w ogóle zdołali dotłuc - powiedział Craig ze słyszalną szyderczą nutą w głosie. - A i to ledwo ledwo.
- Nie w drobniakach rzecz - przytaknął mu przybyły.
Wydawał się zupełnie nieświadom tego, że z krzesła uniósł się kolejny mężczyzna, a za plecami miał jeszcze dwóch innych. Do tego wyglądał na nieuzbrojonego, o ile nie skrywał czegoś pod płaszczem. Tylko że przecież najemnicy ani nie dadzą mu wystarczająco dużo czasu, by po nią sięgnął, ani też nie na wiele mu się zda przeciw takiej przewadze, ocenił Koharow.
- Mam dla was ofertę - ciągnął jak gdyby nigdy nic przybysz. - Po sto złotych na głowę dla każdego za trzy tygodnie pracy, dowódca dostanie trzysta.
Koharow szybko przeliczył: przynajmniej dwudziestu chłopa po stówce plus trzysta dla dowódcy, to razem wychodziło od cholery pieniędzy.
- To brzmi obiecująco - uśmiechnął się Craig. - Jest tylko jeden problem. Takiej kwoty, panie, nie nosilibyście przecież ze sobą. Czy może jednak się mylę?
- Ależ oczywiście, że noszę przy sobie. - Mężczyzna spojrzał na swego rozmówcę, jakby miał do czynienia z idiotą. - Jeszcze nie spotkałem najemników, którzy przyjmują czeki. - Mam je w sakwach, przy siodle. W imperialnych dziesięciozłotówkach.
- Jak to tak? Z taką fortuną podróżujecie sami? Nieuzbrojeni? - Craig aż się poderwał na równe nogi. Koharow w pełni rozumiał jego ekscytację. Sam nie mógł uwierzyć własnym uszom.
- A dlaczego miałbym chadzać z bronią? Przyszedłem przecież dobić interesu, a nie walczyć. Rozsądni ludzie zawsze się dogadają.
Gdyby jego głos nie brzmiał tak płasko, Koharow byłby skłonny się założyć, że przybysz się z najemników naśmiewa.
Znaku, jaki Craig dał swoim ludziom, Koharow nawet nie dostrzegł. Musiał przyznać, że zgrani byli nieźle. W ręku gościa po lewej nagle pojawił się sztylet, na co przybysz zareagował odruchowo, jakby właśnie tego oczekiwał. Zwarł w swej pięści rękę ze sztyletem, pochylił się do przodu i drugą rękę oparł tamtemu na piersi na wysokości mostka. Koharow nie widział, aby się poruszył, a mimo to napastnik poszybował w tył ku ścianie, jakby go koń kopnął. Chrupnięcie potylicy musiał usłyszeć wyraźnie każdy z obecnych. Drugi z najemników, którzy otrzymali sekretny znak, ruszył także. Przybysz nawet się nie obrócił w jego stronę, a jedynie skłonił się jeszcze niżej i z zaskakującą zwinnością kopnął w tył, trafiając atakującego w podbrzusze. Zanim tamten padł na ziemię, przybysz już trzymał go za głowę. Czas stanął w miejscu, Koharow widział wyraźnie, jak mężczyzna wpił się spojrzeniem w oczy Craiga. Potem nastąpił drobny, ledwie zauważalny ruch i kręgosłup najemnika pękł.
- Widać wpadli w szał z tego gorąca. Słyszałem o takich przypadkach - powiedział spokojnie przybysz i rzucił przed siebie ciało ruchem tak obojętnym, jakby pozbywał się odpadków. Zupełnie jakby to była dla niego czynność, którą powtarzał setki, może nawet tysiące razy.
Najemnicy poderwali się ze swych miejsc, gotowi w każdej chwili ruszyć pomścić swych towarzyszy, spoglądali w napięciu na swojego dowódcę.
- Ilu masz ludzi? - spytał siłacz, jakby nic się nie stało.
- Trzydziestu dwóch. Miałem trzydziestu dwóch, teraz już trzydziestu - odpowiedział Craig z kamienną twarzą. Panował nad sobą po mistrzowsku.
- Czyli to wyjdzie jakieś trzy i pół tysiąca, tak? Nigdy nie miałem głowy do liczb.
- Zgadza się, trzy i pół tysiąca. - Craig kiwnął głową. - Jednak zanim przyjmę pieniądze, mam w zwyczaju wiedzieć, od kogo. Jak was zowią, panie?
Tym razem pytanie brzmiało autentycznie uprzejmie, bez żadnych podtekstów. Koharow wymruczał pod nosem to imię ciut wcześniej, zanim wypowiedział je przybyły. Był to w istocie ten sam człowiek, który i ich tutaj zawezwał. Bakly.
Koharow bez zwłoki wrócił do swoich ludzi w drugiej gospodzie. Znów go suszyło, mimo iż wiedział doskonale, że trzecie piwo będzie smakować prawie dokładnie, jak to drugie.
- Trzydziestu. Wyćwiczeni, doświadczeni i ostrzy jak brzytwy. Za cholerę im nie ufam. Bakly już z nimi rozmawiał - zaraportował pozostałym.
Sierżant zachichotał.
- No… Potrafi być przekonywający, to fakt.
Koharow zmilczał. Na zaciekawione spojrzenia dobiegające od pobliskich stołów odpowiedział tylko lekkim skinięciem głowy. Ten gest ich uspokoił, jednak on sam nie był do końca przekonany, czy za kilka dni pozostaną nadal tak spokojni.
- Tego piwa nie da się pić! - awanturował się przy barze jeden z gości. Miał na sobie przepoconą koszulę, ciasne spodnie opinające łydki i buty z krótką cholewą. Wnioskując z wyglądu, musiał należeć do czwórki, która siedziała przy stole blisko wejścia. Koharow przypomniał sobie, że na zewnątrz, w cieniu gospody, dostrzegł wóz. Musieli to być kupcy, którzy zatrzymali się na krótki odpoczynek, naprawy i uzupełnienie zapasów.
- To najlepsze piwo w całej okolicy, na pięćdziesiąt kilometrów stąd nie znajdziecie lepszego - bronił się ze stoickim spokojem karczmarz.
- A jak daleko stąd do najbliższej innej gospody? - dociekał niezadowolony klient.
- Niedaleko, tyle co na drugim krańcu miasteczka. Z tym że piwo dla nich warzę ja - odpowiedział gospodarz, nalewając kolejne kufle. Gospoda była spora i w większości zapełniona gośćmi. Wielu ludzi, którzy tędy tylko przejeżdżali, zatrzymywało się na popas.