Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]

Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:

Trafiamy oto na Ziemię dalekiej przyszłości. Nie wiemy dokładnie, który to rok, lecz „czytając między wierszami” przypuszczam, że akcja rozgrywa się w okolicach przełomu trzeciego i czwartego tysiąclecia. Ludzie osiągnęli technologiczne szczyty. Na Ziemi kontrolują pogodę, w kosmosie, dzięki silnikom wykorzystującym tzw. efekt Taniewa, poruszają się z prędkością wielokrotnie przewyższającą szybkość światła. Krótkodystansowa komunikacja odbywa się za pośrednictwem fal mózgowych, a na obiekty fizyczne wpływać można dzięki swobodnie generowanym polom siłowym. Uporano się ze wszystkimi wielkimi plagami ludzkości, takimi jak katastrofy naturalne, głód, choroby… I nie, nie ma żadnego „ale”. Homo sapiens osiągnął ostateczną formę dobrobytu oraz szczęścia na Ziemi i zajął się zaawansowaną eksploracją Wszechświata. Nawiązano kontakt z wieloma inteligentnymi rasami, ale żadna z nich nie dorównuje poziomem zaawansowania technicznego człowiekowi. Wygląda więc na to, że ludziom przypadła rola przodowników kosmosu. Do czasu… Na arenie międzygwiezdnych zdarzeń pojawiają się potężni i zagadkowi Galaktowie oraz złowrodzy Niszczyciele. Bohaterowie wyruszają na sztuczną planetę Orę, gdzie odbyć ma się wielka konferencja z udziałem wszystkich zjednoczonych pod przewodnictwem człowieka inteligentnych gatunków. Jej uczestnicy zadecydują, jakie kroki należy podjąć w związku z odkryciem nowych ras i na jakich zasadach spróbować nawiązać z nimi kontakt.
1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 43
Перейти на страницу:

Trzeba im przyznać, że szybko opanowały pierwszy szok i biły się odważnie i skutecznie: na grunt posypały się pegazy i smoki, nie mówiąc już o Aniołach. Rozwścieczone Anioły zbyt szybko pozbyły się ładunku granatów i za bardzo zaufały swoim skrzydłom. W powietrzu wirowały teraz całe chmury czarnych i białych anielich piór. Zostali ranni Trub i Lusin, Petri i Romero, lekko draśnięci Osima i Kamagin, a tylko Andre walczący w największym ścisku cudem nie odniósł szwanku.

Wdrapałem się na ołowianą skałę wznoszącą się nad złotą równiną i spojrzałem na pole walki. Coś mnie niepokoiło. Nie mogłem zrozumieć, czemu tak łatwo zwyciężamy. Przecież dokoła musiało być pełno niewidzialnych, a żaden z nich dotychczas nie wtrącił się do starcia ani po naszej stronie, ani przeciwko nam. Dlaczego?

Nagle usłyszałem znajomy głos, dźwięczący tym razem nie wewnątrz mnie, lecz na zewnątrz, ten sam głos, który wielokroć rozmawiał ze mną w snach. „Eli, na pomoc! Na pomoc — krzyczał głos. — Na pomoc, Eli!” Rzuciłem się w jego kierunku, wiedząc, że wzywa mnie przyjaciel.

Głos nagle się urwał, ale w tej samej chwili dostrzegłem tego, który mnie wołał. Trub wraz z dwoma rozwścieczonymi Aniołami atakował Orlana i jego adiutantów. Adiutanci już padli, Orlan jeszcze się bronił. To on wołał!

W tej samej chwili Niszczyciel zwalił się pod ciosem ciężkiego skrzydła Truba. Rzuciłem się do przodu, upadłem i osłoniłem go własnym ciałem. Ku nam z laserami w rękach biegli Romero i Petri.

— Eli, wstań, zabiję tego złoczyńcę! — wrzeszczał Trub i tak popchnął mnie skrzydłem, że potoczyłem się wraz z Orlanem po ziemi.

Romero chwycił Truba za skrzydła, Petri stanął pomiędzy nami.

— Uspokój się, szaleńcze! — krzyknął Romero. O mało nie zabiłeś sprzymierzeńca!

Nie wiem, co Trub by zrobił, gdyby nagle obok nas nie spadł na ziemię niewidzialny pozbawiony niespodziewanie swego ekranu. To był taki sam przerażający szkielet, jaki widzieliśmy na Sigmie, ale jeszcze żywy, choć bardzo poraniony. Nawet zapalczywy Anioł zrozumiał, że rozpoczęta przez nas walka jest jedynie częścią wielkiego starcia, toczącego się również w przestrzeni niewidzialnej. Machnął więc skrzydłem w kierunku grupki broniących się głowooków i krzyknął do swych pobratymców:

— Za mną! Wykończymy tych drani!

Pomogłem Orlanowi stanąć na nogi. Niszczyciel chwiał się i mówił z wielkim trudem. Anioły nieźle go poturbowały.

Romero przełożył laser do lewej ręki i ceremonialnym gestem wyciągnął ku niemu prawicę.

— Witamy pana w naszym obozie, drogi, choć niespodziewany sojuszniku.

— Sądzę, że moja przyjaźń dla was nie powinna być taką znów niespodzianką — odparł Orlan. — Znamy się przecież z Elim od dawna.

— To byłeś ty, Orlanie? — wykrzyknąłem zdumiony.

— Tak, to byłem ja. Tak bardzo mnie nienawidziłeś, że nieustannie o mnie myślałeś. To ułatwiło zestrojenie naszego promieniowania mózgowego. Ale największym waszym przyjacielem był on — dorzucił z goryczą, wskazując na ciało jednego ze swych adiutantów.

— Zginął w walce — powiedział Petri. — Ale nie wiedzieliśmy, kto z was jest przyjacielem, a kto wrogiem.

— Nie mam do was pretensji — rzekł Orlan swym dawnym, beznamiętnym głosem. — Sami jesteśmy temu winni. Dobrze przygotowaliśmy wybuch powstania, lecz nie zatroszczyliśmy się o swoje bezpieczeństwo. Myśleliśmy jedynie o zwycięskiej walce.

— Dobrze przygotowaliście powstanie? — powtórzył Romero. — Tak, oczywiście… Ale i my coś niecoś zrobiliśmy!

— Niewątpliwie. Ale dość się nadenerwowaliśmy, zanim przyjęliście zasugerowany wam plan. Wasze myślowe rozmowy, z których tak byliście dumni, nie stanowiły dla mnie sekretu. Przekazywałem je Gigowi. Jemu przypadło najtrudniejsze zadanie, gdyż nie wszystkich niewidzialnych udało się przeciągnąć na naszą stronę. Za to Gig nie pozwolił tym, którzy pozostali wiernymi sługami imperium Wielkiego Niszczyciela, pospieszyć z pomocą głowookim i to zdecydowało o sukcesie.

Romero z powątpiewaniem rozejrzał się wokoło. W powietrzu miotały się tylko Anioły. Pegazy i smoki rozpoczęły powietrzną bitwę, lecz nie mogły długo latać przy wysokiej grawitacji.

— Jaka szkoda, szanowny sprzymierzeńcze, że nie możemy oglądać powietrznego… pola walki bohaterskiego Giga.

— Dlaczego? Zaraz się z nim połączę i zobaczycie, co się tam dzieje — odparł Orlan.

Wkrótce widok całkowicie się przeobraził. Bitwa w trzecim wymiarze była znacznie okrutniejsza i bardziej imponująca niż ta, która toczyła się na płaszczyźnie. Niewidzialny zwierał się z Niewidzialnym. Pierwszy już rzut oka wystarczył, aby stwierdzić, że jedna, liczniejsza grupa niewidzialnych żołnierzy, brała górę nad drugą. Wśród zwyciężających dostrzegłem olbrzymiego Giga.

— Wielu jednak przeszło na naszą stronę — powiedziałem do Orlana.

— Wielu. Macie zwolenników już na wszystkich planetach Perseusza. Wielki popełnił brzemienny w skutkach błąd, kiedy pozwolił na transmisję swojej dyskusji z tobą. Poddani Wielkiego wiedzą teraz od was samych, czego po ludziach można się spodziewać.

Pokazałem na głowooki.

— Ale ci nawet nie myślą zdradzić swego władcy. — To są strażnicy wychowani z dala od polityki. Ale ich pobratymcy też się z czasem do nas przyłączą. Zresztą potęga Wielkiego nie na nich się opiera.

Walka dobiegała końca.

Pojedyncze grupki Zływrogów ginęły pod wspólnymi ciosami ludzi, Aniołów i niewidzialnych. Kilku niewidzialnych Anioły konwojowały do centrum obozu, gdzie Osima kazał umieścić jeńców. Tam również odprowadzono głowooki, które zaprzestały sporu.

W pobliżu nas opadł na grunt zmęczony, lecz zadowolony z siebie Gig.

— Grawitatory gonią resztkami, szefie — powiedział, zwracając się do Orlana. — Na tej diabelskiej planecie zużycie energii dziesięciokrotnie przewyższa normę… — Dopiero później obrócił się ku mnie: — Zdaje się, że wśród ludzi przyjęty jest uścisk dłoni, daj więc rękę, admirale.

— Co zrobić z jeńcami? — zapytałem swych nowych przyjaciół, patrząc na ostatnią grupkę głowooków prowadzonych do centrum obozu.

— Unicestwić! — Gig był zwolennikiem radykalnych rozwiązań.

— Jeńcy się przydadzą — powiedział Orlan. — Nie wiemy, co nas czeka na Stacji. Jeżeli trzeba będzie walczyć, głowooki pomnożą nasze siły.

— Oddajcie ich pod moją komendę, a ja już potrafię dać sobie z nimi radę! — zapalił się Gig.

W naszym kierunku szedł Osima z Kamaginem, do których po drodze przyłączyli się Petri i Romero, Lusin, Andre i Trub. Trubowi towarzyszyły jego skrzydlate zastępy. Żaden Anioł nie pominie takiej okazji, jak raport ze zwycięskiej bitwy.

Osima patrzył ze zdumieniem na Orlana i Giga. Romero jeszcze nie zdążył mu o nich opowiedzieć. Przedstawiłem zebranym nowych towarzyszy.

— Jednego z nich widzieliście codziennie i myśleliście, że dobrze go znacie. Istnienia drugiego mogliście się jedynie domyślać. A oni troszczyli się o nasze bezpieczeństwo i pomyślność. Oto Orlan i Gig, nasi przyjaciele, a nawet więcej — zbawcy.

1 ... 23 24 25 26 27 28 29 30 31 ... 43
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)