Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #2
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-082-5
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:
— Sytuacja się skomplikowała — zagaił naradę Orlan. — Musimy podjąć ważne decyzje.
— Powiedz nam, co wiesz — powiedział olbrzym. — Bez dokładnej informacji nie możemy podjąć skutecznych kroków.
— Jedynym wyjściem jest unicestwienie wszystkich jeńców — rzucił ostro drugi adiutant Orlana, który zachowywał się teraz raczej jak zwierzchnik niż milczący strażnik, jakim go dotychczas znałem. Uświadomiłem sobie nagle, że nigdy mu się dokładnie nie przyglądałem. Teraz ze względu na ciemności też nie mogłem rozróżnić jego twarzy.
— Rozumiem cię, Gigu — zwrócił się Orlan do olbrzymiego niewidzialnego — ale chyba nie będę mógł zaspokoić-twej ciekawości, bo łączności ze Stacją nadal nie ma. Poruszamy się i działamy na oślep.
— Mamy program uświęconych idei Wielkiego Niszczyciela, a ten program rozjaśnia każdy mrok — jeszcze ostrzejszym tonem powiedział drugi adiutant.
— Masz rację, idee Wielkiego rozjaśniają wszelki mrok — zgodził się Orlan. — Może więc dobrze będzie, jeżeli powtórzę krótko, co wiemy i czego nie wiemy.
Zaczął od wiadomości o flocie ludzkiej atakującej Perseusza. Ludzie zanihilowali drugie ciało kosmiczne. Wielki Niszczyciel przeniósł swoją rezydencję na Planetę Sodową, odległą od teatru wojny. Obecna siedziba Wielkiego też nie jest zupełnie bezpieczna, gdyż wokół Sodowej znajduje się wiele osiedli Galaktów i jeżeli odwieczni wrogowie zdecydują się wyjść ze swych twierdz, sytuacja stanie się groźna…
— Nie strasz nas! — przerwał drugi adiutant. Nie kłopocz się o bezpieczeństwo Wielkiego. Bezczelnych ludzi czeka zguba, jeżeli zdołają się przedostać za nasze kosmiczne zapory, bo Galaktowie nie przyjdą im z pomocą. Tak rzekł Wielki. Mam nadzieję, że nie podajesz w wątpliwość prognoz Wielkiego?
— W żadnym wypadku! — wykrzyknął pospiesznie Orlan.
— Mówmy więc o naszej sytuacji, bo Wielki sam się o siebie potrafi zatroszczyć.
— Trzecia Planeta — kontynuował Orlan zachowuje się niezrozumiale. Poprzednio żaden statek nie mógł się do niej zbliżyć, a teraz sama ściągnęła „Cielca” na swą powierzchnię. Lądujący gwiazdolot nie został zniszczony w polach ochronnych, jeńcy i Niszczyciele też na razie żyją — z takim dobrym przyjęciem jeszcze nikt tu się nie spotkał. Przy tymi mechanizmy Stacji działają, grawitacja zmienia się w sposób prawidłowy. Wylądowaliśmy w niebezpiecznej strefie, część jej przeszliśmy, ale do spokojniejszych okolic jest jeszcze daleko. W Stacji znów nastąpiła awaria, to jedyne wytłumaczenie. Kiedy automaty biologiczne Stacji naprawią uszkodzenie, zostaniemy wszyscy unicestwieni, jeśli do tego czasu nie zdołamy opuścić niebezpiecznej strefy. W paśmie żywej straży zdołamy wytłumaczyć żołnierzom Stacji naszą obecność. Naszym zadaniem jest dotrzeć do Stacji, aby zachować swoje życie.
— I życie jeńców — dorzucił olbrzymi niewidzialny.
— To nie jest konieczne — odparował drugi adiutant. — Dyrektywa Wielkiego zezwala rozprawić się z jeńcami, gdy tylko zajdzie potrzeba. Uważam, że taki moment nadszedł. Zwłaszcza że nie możemy pozwolić jeńcom zbliżyć się do mechanizmów Stacji.
— Nam również zakazano zjawiać się w rejonie Stacji — zauważył Orlan. — I gdybyśmy znaleźli się tu z własnej woli, kara byłaby tylko jedna — śmierć…
— Dobrze to ująłeś, Onanie, nie znaleźliśmy się tu z własnej woli. Ale jesteśmy przyjaciółmi, a oni wrogami. Nie widzę powodów, aby nadal niańczyć się z jeńcami.
— Może rozdzielić się na dwie grupy? — zaproponował Gig. — Jeden oddział pójdzie z jeńcami, a drugi pospieszy w kierunku Stacji zawiadomić strażników o naszej obecności i dogadać się z Nadzorcą, aby. zapewnił wszystkim bezpieczeństwo. Powiem szczerze: niewidzialni nie lubią zabijać bezbronnych. Wyznaczono mnie do konwoju, a nie do plutonu egzekucyjnego!…
— Cóż ja słyszę! — powiedział z oburzeniem adiutant Orlana. — Zdaje się, że zapomniałeś, co mówi Wielki: zniszczenie jest najwyższym celem rozwoju, a wobec tego powszechna wojna i unicestwienie wszystkiego, co żyje, stanowi idealne wcielenie życia.
— Jestem żołnierzem, a nie filozofem. Co innego zniszczyć wroga w walce…
— Rozumiem. Czy wszyscy niewidzialni podzielają wątpliwości swego dowódcy?
Obaj niewidzialni drgnęli i powiedzieli chórem jednakowymi głosami:
— Wykonamy każdy rozkaz. Niech Orlan decyduje.
— Co powiedzą dowódcy głowooków?
Jeden z głowooków pospiesznie zaświecił peryskopem.
— Ze świętym oburzeniem odrzucamy wszelkie wątpliwości. Kiedy Orlan rozkaże, jeńcy zginą natychmiast!
Do rozmowy znów wtrącił się zdenerwowany Gig: — Źle mnie zrozumiano. Unicestwiłbym sam siebie, gdybym podejrzewał się o jakiekolwiek wątpliwości. Moje oddanie Wielkiemu zaprawdę nie ma granic.
— Tak przypuszczałem, Gigu. Prawem starszeństwa decyzja należy do Orlana. Mamy nadzieję, Onanie, że twój rozkaz będzie zgodny z natchnioną, postępową myślą destrukcyjną Wielkiego Niszczyciela.
— Możecie w to nie wątpić. Zdecydowałem, co następuje: przejdziemy jeszcze dwa odcinki drogi według dotychczasowego porządku, aby zachować dusze jeńców jako glebę, w której posiejemy ziarno zwątpienia, i wytrzebimy z niej wszystko co ludzkie — zgodnie z ideą Wielkiego. Jeśli jednak warunki się nie zmienią, jeńców trzeba będzie zabić. Jak to zrealizować? Chciałbym wysłuchać zdania specjalistów wojskowych.
— Należy oddzielić ludzi od skrzydlatych — zaświecił jeden z głowooków. — Bez ludzi skrzydlaci nie są groźni. Nie zapominajcie, że od góry jesteśmy gorzej chronieni, a grawitacja stopniowo słabnie i wkrótce te stwory będą mogły latać.
— Oddzielimy ludzi od skrzydlatych — zadecydował Orlan. — Pozwolimy ludziom usnąć i w czasie snu unicestwimy ich. Po śmierci ludzi pozostali nie będą się bronić.
Poderwałem się gwałtownie. Wokół znów rozpościerała się metalowa równina oświetlona już promieniami czerwonawej gwiazdy. Obok mnie siedział Romero.
— Co się stało, drogi przyjacielu? Czyżby jakiś sen?
— Tak, informacyjny!
— Wolę nazwać go starym słowem — proroczy. Ale przejdźmy na bezpośrednią wymianę myśli. Opowiedziałem mu o wszystkim, czego dowiedziałem się we śnie. Romero zamyślił się.
— Wygląda na to — powiedział po chwili — że wśród wrogów zapanowała niezgoda… Pozwoli pan, admirale, że pomówię o tym z kapitanami statków. Lepiej, abym to zrobił ja, bo nie jestem tak pilnie śledzony.
— Zgoda.
Paweł odszedł, a ja zająłem się Astrem.
— Ani razu nie odzyskał przytomności — powiedziała Mary.
Nic na to nie odparłem. Każde moje słowo mogło tylko pogłębić jej rozpacz. Wkrótce nadszedł Lusin i dopiero wtedy się odezwałem:
— Porozmawiaj z Romerem, ma ci coś do powiedzenia.
— Już — odparł Lusin. — Przygotowujemy się. Wszystko tak się pomiesza, że nikt nie zdoła oddzielić ludzi od Aniołów i skrzydlatych zwierzaków. Resztę powie ci Paweł.
W oddali pokazał się Orlan. Wstałem. Lusin zawołał smoka, ale siedzący w pobliżu Trub krzyknął, że on poniesie chłopca.
— Sam będę niósł syna — uciąłem.
8
Aster nie otworzył oczu, kiedy brałem go na ręce, ale po twarzy przemknęło mu jakieś nieuchwytne drżenie. Oddychał szybko i płytko, serce biło tak silnie, że wyczuwałem rękami jego uderzenia. Stanąłem na czele kolumny i ruszyłem. Za mną szli Mary i Andre.