Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #2
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-082-5
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:
Z tyłu podszedł do mnie Romero i powiedział szeptem:
— Proszę się nie odwracać, admirale. Zorientuję pana w naszych planach. Kamagin nalega, abyśmy zorganizowali powstanie. Zgadzamy się z nim. Kiedy Orlan rozkaże ludziom oddzielić się od reszty jeńców, rzucimy się na strażników i wybijemy wszystkich, którzy nie przejdą na naszą stronę.
— Jak to sobie wyobrażacie? Bezbronni ludzie nie zdołają pokonać nawet jednego głowooka!
— Myli się pan sądząc, że jesteśmy bezbronni. Kamaginowi udało się załadować na awionetki trochę broni ręcznej: laserów, granatów, iskierników elektrycznych…
— Nasza broń jest bezradna wobec przeklętych niewidzialnych. Oni są najgorsi…
— Najgorsza jest bezczynność. Osima twierdzi zresztą, ie w samobieżnych skrzyniach Zływrogów znajduje się broń. Nie jest wykluczone, że tej broni po zdobyciu skrzyń zdołamy użyć przeciwko Niszczycielom.
— Zbyt wiele tu niewiadomych, Pawle…
— Odmawia pan zgody na rozpoczęcie powstania? — Nic podobnego, zgadzam się! Kto nas poprowadzi?
— Proponujemy Osimę, a na zastępców Petriego i Kamagina. Skrzydlatymi będą dowodzić Lusin i Trub. Atak rozpoczniemy z powietrza, aby zaskoczyć przeciwnika z jego najsłabszej strony.
Romero odszedł. Potknąłem się o bryłę ołowiu i omal nie upuściłem Astra. Mary chwyciła mnie pod rękę.
— Pobladłeś, Eli — powiedziała z niepokojem. Zawołam Lusina.
— Nie trzeba — wymamrotałem. — Dam sobie radę.
Poczułem na ręce czyjeś dotknięcie. To był Andre. Spojrzałem nań i. zrozumiałem, że rozum mu powraca. Oczy miał pełne smutku, lecz przytomne.
— Daj… mnie… — powiedział z trudnością, pokazując na Astra. — Daj… ja…
— Później, Andre — odparłem. — Jeszcze mogę nieść swojego syna, zresztą wkrótce będzie postój.
Tym razem odpoczynek trwał bardzo długo. Orlan gdzieś zniknął i nie wracał. Obok mnie przysiedli kapitanowie statków i Romero. Osima z właściwą mu energią i precyzją przygotowywał akcję zbrojną. Ręczne lasery rozdzielono w czasie posiłku, ja także otrzymałem tę zabawkę. Mówię „zabawkę”, gdyż niewidzialnym nie mogliśmy tą bronią zaszkodzić, a głowooki miały tylko jeden czuły na jej promieniowanie punkt — peryskopy.
— A więc mamy dwie możliwości: albo w nocy, albo jutro rano — powiedział Osima. — Wszystko gotowe, admirale.
— Dobrze — odparłem. — Rozejdźcie się teraz. Pomarańczowa utonęła za horyzontem. Złote niebo poczerniało. Wokół obozu znieruchomiały ognie pełniących wartę Zływrogów. Zostawiłem Astra pod opieką Mary i przeszedłem się po obozie. Ludzie byli przemieszani z pegazami i smokami, tak aby na pierwszy sygnał wskoczyć na ich grzbiety i ruszyć do ataku. Osima i Petri wraz z innymi jeńcami przytwierdzili na bokach smoków skrzynki wypełnione jakimiś nie znanymi mi metalowymi przedmiotami.
— Starożytne granaty ręczne — wyjaśnił Osima. Na pokładzie „Mendelejewa” było ich mnóstwo. Edward część ich zabrał na „Woźnicę”, a później na „Cielca”. Większość granatów wysłano do ziemskich muzeów, ale pozostałe przydadzą się teraz nam. Są bardzo łatwe w użyciu, Kamagin nam pokazał.
Samego Kamagina zastałem u Aniołów. Rozmawiał z Trubem. Przed nimi leżała skrzynka z takimi samymi granatami.
— Laserów Aniołom nie daliśmy — oświadczył Kamagin. — Ten sprzęt im nie odpowiadał, ale za to granaty i iskierniki zostały jakby dla nich stworzone. Trub, spróbuj trafić w tę plamkę.
Trub podniósł coś z gruntu i rzucił w złoty samorodek majaczący w ołowianej skale. Przeraziłem się, że teraz nastąpi wybuch, który zaalarmuje wroga. Anioł jednak użył do ćwiczenia kawałka złota leżącego pod nogami. Miał zadziwiająco celne oko: dwa kawałki metalu zwarły się ze sobą jak zespawane. Rozejrzałem się wokoło i spostrzegłem, iż żaden Anioł nie śpi, wszyscy ćwiczyli się w rzutach. Skrzydlaci zachowywali całkowite milczenie i tylko głuche uderzenia ciskanego metalu zakłócały ciszę.
— Ludzie szyją woreczki na granaty — powiedział Kamagin. — Anioły zawieszą je sobie pod skrzydłami, gdzie będą zupełnie niewidoczne.
W czasie swej wędrówki po obozie natknąłem się niespodziewanie na Orlana. Szedł bez asysty. Pospiesznie cofnąłem się w ciemność nie nawiązując rozmowy. Orlan najwidoczniej również sprawdzał porządek w obozie.
Wróciłem do Mary. Żona spała objąwszy rękami Astra. Syn oddychał, ale bardzo słabo.
„Jutro — pomyślałem zasypiając. — Rano, kiedy grawitacja osłabnie…”
9
Rano Aster umarł.
Obudził mnie krzyk Mary. Poderwałem się i chwyciłem syna na ręce. Już zesztywniał.
Na krzyk Mary zbiegli się ludzie, obok ciężko wylądował Trub. Nadal trzymałem Astra na rękach, ale patrzyłem na żonę. Leżała na ziemi i dławiła się łzami…
— Eli! Eli! — dobiegł mnie szept Andre. — On umarł?
— Tak, umarł — odparłem. — Był o trzy lata młodszy od twojego Olega, Andre.
— Był o trzy lata młodszy od mego Olega — powtórzył cicho Andre wsłuchując się w swoje słowa. Potem wyciągnął ku mnie ręce błagalnym gestem: — Daj mi go, Eli.
Podałem mu ciało syna i klęknąłem obok żony, objąłem ją i zacząłem gładzić po głowie. Nie mogłem jednak wykrztusić żadnego słowa pociechy, gdyż każde zabrzmiałoby fałszywie. Dokoła nas stali w milczeniu ludzie. Mary wreszcie przestała płakać, otarła twarz i wstała.
— Co z nim zrobimy? — spytała zmęczonym głosem. — Tu nie ma nawet gdzie go pochować.
— Będziemy nieść — odparłem. — Będziemy nieść do miejsca, gdzie będzie można wykopać grób, albo dopóty, dopóki sami nie umrzemy.
Dopiero teraz Romero i Lusin zauważyli, że Andre odzyskał zmysły. Ich radość mieszała się ze smutkiem, widziałem uśmiechy szczęścia i łzy rozpaczy, tylko ja nie potrafiłem cieszyć się ani płakać. Chciałem zabrać od Andre ciało Astra, ale Trub mi nie pozwolił. Kiedy Orlan dał rozkaz wymarszu, Anioł z Astrem na skrzyżowanych czarnych skrzydłach zajął wolne miejsce na czele kolumny. Trub niósł ciało syna do postoju, a potem położył obok Mary. Zbliżał się wieczór.
— Proszę oddzielić ludzi od skrzydlatych — powiedział Orlan. — Zmianę szyku rozkazuję przeprowadzić przed nastaniem ciemności.
— Zaraz wydam polecenia! — odparłem spokojnie i poszedłem do swoich.
Tysiące oczu śledziły mnie w napięciu. Wszelki ruch ustał. Nad planetą zapadła cisza. Osima i Kamagin stali wśród pegazów, Trub wznosił się o głowę nad swymi mniej rosłymi pobratymcami, Lusin siedział już na grzbiecie smoka. Wszystko było gotowe do powstania.
— Kazano nam rozdzielić się od skrzydlatych! Pewnie dla naszego dobra — dorzuciłem ironicznie. — Postępujcie zgodnie z planem!
— Za mną! — krzyknął Osima wskakując na pegaza, który natychmiast rozwinął skrzydła.
— Za mną! — krzyknął jak echo Kamagin wzlatując w ślad za nim.
Już w powietrzu rzucił granatem w kierunku Niszczycieli. Rozległ się pierwszy wybuch.
10
Wspominając teraz naszą walkę na Trzeciej Planecie widzę wyraźnie, że jeśli ktokolwiek spodziewał się naszego powstania, to jedynie nasi tajni przyjaciele, wrogowie zaś byli całkowicie zaskoczeni.
Pegazy z ludźmi na grzbietach i Anioły dowodzone przez Truba potężną falą runęły z góry na zdezorientowane głowooki. Dymna ściana wybuchów przesłoniła obóz, a promienie laserów wznieciły słupy ognia. A kiedy do walki włączyły się smoki i błyskawice miotane przez Gromowładnego rozświetliły martwym blaskiem szybko zapadającą ciemność, walka stała się powszechna. Uderzenie oddziału pieszych z Petrim i Romerem na czele, oczyszczającego sobie drogę granatami i laserem, natychmiast przerwało tyralierę głowooków, które zbite w niewielkie grupki walczyły teraz w okrążeniu.