Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #2
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-082-5
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:
— Trzeba uruchomić urządzenia napędowe statku, admirale! — rozkazał Orlan. — Chodzi o życie twoje i twoich przyjaciół!
— O wasze chyba też — dorzuciłem ironicznie. Mówiłem już, że komputer sterujący napędem jest uszkodzony.
— Musicie go natychmiast naprawić!
— Nie znam się na takich skomplikowanych aparatach.
— A kto się zna?
— Nikt. Maszyny sterujące remontuje się jedynie w bazie kosmicznej.
— Macie chyba sterowanie ręczne?
— Tak, ale można go używać tylko w przestrzeni einsteinowskiej, a nie w obszarze nadświetlnym. Powiedz zresztą, co się stało, abym mógł zdecydować, czy warto wam pomagać.
Orlan milczał przez chwilę i zdawał się czegoś nasłuchiwać. „Pewnie mają łączność telepatyczną” — pomyślałem.
— Powiem — odezwał się wreszcie. — Mechanizmy, kształtujące metrykę, zainstalowane na gwieździe, obok której przelatywaliśmy, rozregulowały się. Kurs flotylli został zmieniony, a statki rozproszone. Znaleźliśmy się wewnątrz ślimaka przestrzennego, a krążowniki konwoju na zewnątrz.
— Nie widzę w tym żadnej tragedii, chyba że coś przede mną ukrywasz.
Orlan wahał się kilka sekund.
— Wielki zabronił tracić „Cielca” z oczu. Kiedy zaczniemy znikać, okręty nas zaatakują. Musimy się trzymać w pobliżu eskorty lub odeprzeć ich salwę grawitacyjną, bo inaczej koniec z nami. Uruchom mechanizmy obronne, admirale!
— Czy mamy za cenę życia sprzedać najważniejsze tajemnice ludzkości? Nasze życie nie jest tyle warte!
— Za późno! — krzyknął strasznym głosem Orlan. — Jesteśmy ostrzeliwani!
Obok Pomarańczowej pałającej złowieszczym światłem na wygasłym niebie pozostały jeszcze trzy zielone punkciki, trzy niknące w innym świecie gwiazdoloty. Wiedziałem już, co to znaczy atak grawitacyjny. Bez pól ochronnych nie sposób go przeżyć. Zamknąłem oczy.
— Nie! — wykrzyknął triumfalnie Orlan. Nie!…
Otworzyłem oczy. Na czarnym niebie płonęła tylko Pomarańczowa. Krążowniki zostały wyrzucone z naszej przestrzeni wraz z wystrzelonymi przez siebie falami grawitacyjnymi. Nie wiedziałem, co nas czeka w przyszłości, ale Orlan również byt najwidoczniej kompletnie zdezorientowany.
— No i obeszło się bez zdrady ludzkich tajemnic! — zakpiłem z niego. — Czy nie wydaje ci się przypadkiem, iż po naszej stronie wystąpiły siły znacznie potężniejsze od całej floty waszych krążowników?
— Po waszej stronie, mówisz? — Wskazał ręką na Pomarańczową. — Gdybyś wiedział, dokąd pędzimy, wolałbyś zginąć od salwy dział grawitacyjnych. W imperium Wielkiego Niszczyciela nie ma miejsca groźniejszego niż Trzecia Planeta!
Odwrócił się do mnie plecami.
Niewidzialne, giętkie ręce chwyciły mnie za ramiona, odwróciły i popchnęły ku wyjściu. Wściekłym szarpnięciem spróbowałem się uwolnić, ale nie miałem teraz pola osobistego, którym niegdyś poraziłem atakującego mnie niewidzialnego. Pogroziłem więc tylko pięścią Orlanowi i spokojnie wyszedłem na korytarz.
4
Na wklęsłych ekranach złociło się niebo. Powiedziałem „niebo” i poczułem, jak słowo to kłóci się z widokiem rozpościerającym się przed nami. Niebo to przestrzeń z gwiazdami, planetami i satelitami. Tu zaś była tylko wypełniająca wszystko Pomarańczowa i krążąca wokół niej samotna planeta.
Tuż przed lądowaniem na planecie Orlan odnalazł mnie w parku, gdzie przechadzałem się z synkiem, i odwołał na bok.
— Admirale Eli — powiedział. — Statek opada w złym miejscu. Przyciąganie na planecie zależy od szerokości geograficznej, a my lądujemy w strefie wysokiej grawitacji. Należy szybko dotrzeć do Stacji Metryki Przestrzennej, tam będzie lżej. Na Planecie nie ma środków komunikacji, gdyż nie wolno jej odwiedzać. Stacja nie odpowiada na wezwania. Musisz zatroszczyć się o to, aby jeńcy szli możliwie szybko.
— Jakie ciśnienie i temperatura panują na planecie? Czy potrzebne są skafandry? Jak z wodą i żywnością? — Skafandry zostawcie na statku. Ciśnienie i temperatura są znośne. Żywność i wodę załadujcie na swoje awionetki. Masz jeszcze jakieś pytania?
— Tak. Co to za planeta? Czemu na niej lądujemy? Jaki los nas czeka?
— Na te pytania nie odpowiem — rzucił zimno i pośpiesznie się oddalił.
5
To była metalowa planeta, naga metalowa pustynia nigdzie nie zakamuflowana nawet pseudoroślinami podobnymi do „rosnących” na Niklowej. Nad oślepiająco błyszczącą złotem i ołowiem równiną rozpościerało się połyskliwe, złotawe niebo z pałającą na nim czerwonawą gwiazdą, której pozorna średnica była około pięciu razy mniejsza od naszego ziemskiego Słońca.
Schodząc po trapie upadłem. Potężna siła pochwyciła mnie i rzuciła w dół. Na mnie zwalił się Petri, a na niego Osima. Spróbowałem się unieść na rękach, ale nie zdołałem. Petri pomógł mi wstać. Pomagając sobie laską przykuśtykał do nas Romero. Zawsze był z natury blady, ale teraz jego bladość nabrała niebieskawego odcienia.
— Co najmniej trzykrotne przeciążenie-wykrztusił próbując się uśmiechnąć, co nie bardzo mu sil udało. — Obawiam się, drogi przyjacielu, że tego nie wytrzymamy.
Stosunkowo najlepiej czuł się Kamagin. W jego czasach kosmonautów trenowano na wielkie przeciążenia, gdyż nie było wówczas grawitatorów stwarzających normalne warunki przyciągania ziemskiego w kosmosie.
Anioły i całe gospodarstwo Lusina wyładowano przed ludźmi. Skrzydlate istoty również nie czuły się najlepiej.
Zobaczyłem w oddali Orlana i poprosiłem Petriego, aby pomógł mi do niego dotrzeć. Wyładunek trwał nadal, a ja z przerażeniem myślałem, co będzie z Mary i Astrem. Orlanowi ciążenie także dawało się we znaki. Poprosiłem go:
— Czy nie można zostawić najsłabszych? Na statku działają grawitatory…
— Wszyscy wysiadają! — uciął. Powróciłem do towarzyszy. W tej samej chwili na trapie pokazał się Aster z plecakiem na ramionach. Za nim szła Mary. Malec nieostrożnie postawił nogę na stopniu, potknął się i potoczył na ziemię. Gdyby Petri nie podtrzymał go w ostatniej chwili, synek skręciłby sobie kark. Pospieszyłem ku niemu i zabrałem plecak, w którym, jak się później okazało, leżały pojemniki z kulturami bakterii żywiących się złotem i ołowiem.
Kiedy ostatni człowiek zszedł na grunt, automaty zaczęły wyładowywać awionetki z zapasami wody i jadła oraz jakieś długie skrzynie z rzeczami Niszczycieli. Petri wrzucił do jednej z awionetek plecak Astra.
Awionetki nie mogły unieść się w powietrze i tylko niezgrabnie pełzły po gruncie, chociaż zabrały zaledwie połowę zwykłego ładunku. Skrzynie Zływrogów poruszały się same ślizgając się nisko nad ziemią na poduszce grawitacyjnej.
Podszedł Osima.
— Co pan zarządzi, admirale?
— Rozkazy wydaje tu Orlan — powiedziałem z goryczą. — A zresztą jakiż to ze mnie teraz admirał. Proszę więcej się tak do mnie nie zwracać!
Mary ścisnęła mnie za łokieć.
— Opanuj się, Eli!
Romero był dla mnie jeszcze surowszy.
— Nie oczekiwałem takiej małoduszności, drogi przyjacielu! Wybraliśmy pana na zwierzchnika i pozostanie pan naszym zwierzchnikiem dopóty, dopóki nie zmienimy decyzji. Tak więc, jakie rozkazy wyda pan, admirale?
— Dobrze, rozkazuję wam i apeluję do was, abyście spełniali i wytrzymali to, co ja sam zdołam spełnić i wytrzymać.
— Kto pójdzie pierwszy w kolumnie? — spytał Orlam który przykuśtykał do nas w towarzystwie swych adiutantów.