Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #2
- Год: 1988
- Язык: польский
- Год: Wsp
- ISBN: 83-7018-082-5
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]l]». Краткое содержание книги:
— Ja — odparłem.
Ruszyliśmy w nieznane. Pierścień głowooków otaczał kolumnę, na czele której szedłem wraz z Mary, Romerem, Osimą, Petrim i Kamaginem. Za nami szli pozostali jeńcy. Skrzydlate smoki i awionetki z zapasami zamykały pochód.
Starałem się nie patrzeć na przygnębiający blask pustyni, na grę świateł załamujących się w ołowianych skałach wyrastających ze złotej równiny. Szedłem czując, że każda noga waży przynajmniej sto kilogramów i że długo tak iść nie zdołam.
Petri odkrył, że nie należy przestawiać nóg, lecz je przesuwać i wkrótce wszyscy ślizgaliśmy się jak na nartach. Ale i w ten sposób nie mogliśmy nadążyć za niezmordowanie pełznącymi głowookami, którym nie przeszkadzała zwiększona grawitacja, i za niezręcznie podskakującym Orlanem.
— Szybciej! — wykrzykiwał co chwila Orlam a każdemu jego okrzykowi towarzyszyły grawitacyjne ciosy strażników bezlitośnie nas popędzających.
Kiedy Orlan zarządził pierwszy odpoczynek, wszyscy zwalili się bez sił, gdzie kto stał. Upadłem obok Mary. Żona chrapliwie oddychała, oczy jej zapadły gdzieś pod czaszkę. Wyszeptała:
— Nic mi nie jest, wytrzymam. Ale Aster…
Aster podszedł do nas razem z Trubem. Potężny Anioł chciał nieść synka, ale ten nie pozwolił mu nawet podtrzymywać się pod rękę.
— Wytrzymam wszystko to, co wytrzymasz ty, ojcze — szeptał Aster w odpowiedzi na moje wyrzuty i upadł na ziemię obok Mary.
— Jesteś nie tylko moim synem, lecz także członkiem załogi „Cielca” i musisz podporządkować się rozkazom. Rozkazuję ci więc, abyś przyjął pomoc Truba.
W połowie drugiego odcinka marszu zaszła Pomarańczowa. Niebo szybko ciemniało, aż wreszcie nad nami rozlała się jednolita czerń, bez jednej gwiazdki, jednego rozbłysku światła.
— Naprawdę wypadliśmy z przestrzeni! — wykrzyknął Romero. — Zwichrowania metryki są widać bardzo szczelne.
W ciemności rozgorzały peryskopy głowooków. Teraz tylko one oświetlały powierzchnię planety.
Orlan zarządził drugi postój. Awionetka z zapasami przepełzła wzdłuż szeregu. Prowadzący ją mechanik rozdał jedzenie. Posililiśmy się.
Zaraz po kolacji znów zabrzmiał rozkaz: — Wstawać! Idziemy! Szybciej! Szybciej!
I znów szliśmy wśród czarnej nocy otoczeni łańcuszkiem niby-pochodni na głowach Zływrogów, popędzani niecierpliwym krzykiem Orlana.
6
Noc ciągnęła się bez końca. Trochę spaliśmy, ale przez większą część tej nocy szliśmy.
Ranek zastał nas na postoju. Niebo najpierw sfioletowiało, później przybrało odcień niebieski, zielonkawy, ai wreszcie stało się jednolicie jaskrawozłote.
Aster leżał między mną a Mary. Potrząsnąłem go za ramię. Syn otworzył z wysiłkiem oczy, spróbował wstać, ale nie zdołał tego zrobić i znów zamknął powieki. Po chwili wyszeptał tak cicho, że ledwie go usłyszałem:
— Mamo, zaraziłaś planetę życiem?
— Tak, kochanie — odparła pospiesznie żona. Kiedy spałeś, zaszczepiłam tu życie. Nie martw się o to. Awionetka z pożywieniem dotarła do nas. Spróbowałem nakarmić Astra, ale nie chciał jeść. Możliwe zresztą, że nie miał już sił żuć i przełykać.
— Wkrótce stracimy syna — powiedziałem do żony.
Słyszałem swój głos jakby z boku — drewniany, beznamiętnie spokojny. Mary spojrzała na mnie, lecz nic nie powiedziała. Przez wszystkie te nocne godziny szła za mną bez słowa skargi, bez jęku, ale teraz przy świetle dnia widziałem, ile ją ta noc kosztowała.
Odwołałem na bok Romera.
— Pawle — powiedziałem. — Zapomnieliśmy co to choroby, lecz pozbawieni opieki maszyn stajemy się słabi i bezbronni. Dawniej ludzie byli odporniejsi, bardziej żywotni, znali masę zabiegów, lekarstw, masaży podtrzymujących życie. Pan jeden może nam pomóc. Może wśród starożytnych recept była i taka, która mogłaby teraz uratować mi syna?
Pokręcił ze smutkiem głową.
— Lekarstwa na przeciążenie nie znali nawet starożytni. Moim zdaniem jest tylko jeden sposób ratunku dla Astra. Musi pan zobaczyć jeszcze jeden wieszczy sen i do wiedzieć się, dokąd Zływrogi nas z takim pośpiechem pędzą…
— Nie martw się, Eli! — wykrzyknął Trub, który z dala przysłuchiwał się naszej rozmowie. — Mam jeszcze dość siły, aby nieść twojego syna.
— Sam chwiejesz się na nogach — zaoponowałem. — Astra musimy położyć w awionetce.
Poprosiłem Orlana o awionetkę dla Mary i Astra. Zgodził się ją dać, ale pod warunkiem, że pojazd będzie posuwał się w tyle kolumny jeńców. Trub i Osima namawiali mnie, abym się na to nie zgodził, bo syn znalazłby się wtedy w całkowitej władzy Niszczycieli. Trub chwycił Astra na ręce, pokazując, że nie jest mu wcale ciężko.
— Dziś mniej przyciska do gruntu, Eli!
— Grawitacja rzeczywiście słabnie — potwierdził Osima.
Przekonali mnie, tym bardziej że i Mary nie chciała znaleźć się sama wśród wrogów. Trub z Astrem stanął między mną a żoną.
Kiedy ruszyliśmy, zbliżył się do mnie Lusin.
— Słusznie, Eli — powiedział. — Będziemy po kolei. Smoki. Pewien pegaz. Bardzo silny. Nie trap się. Doniesiemy.
— Dokąd? — zapytałem z rozpaczą w głosie. Spójrz dokoła, nie ma nawet miejsca, gdzie można by wykopać grób. Wszędzie ołów i złoto, złoto i ołów!…
7
Szedłem nie wiedząc, co się wokół mnie dzieje. Odgrodziłem się od wszystkiego i ze wszystkich sił, z całej duszy. Błagałem nieznanego przyjaciela lub przyjaciół o pomoc. Nie wiedziałem, czy naprawdę istnieją, czy nie są tylko wytworem mojej chorej wyobraźni, ale prosiłem, błagałem, padałem przed nimi na klęczki, modliłem się do nich o pomoc i ratunek dla syna.
— Co z Astrem? — zapytałem Mary, gdy Orlan zarządził kolejny postój. Truba obok niej nie było.
Żona w milczeniu zaprowadziła mnie do smoka pełznącego wśród ludzi. Na grzbiecie zwierzaka leżał nieruchomo Aster. Gładziłem ręce syna, przemawiałem do niego, ale wiedziałem, że się nie odezwie, że odchodzi od nas na zawsze…
— Musisz odpocząć, Eli — powiedziała cicho Mary.
Posłuchałem, a moje miejsce koło Astra zajęli Lusin i Andre. Mary płakała. Pomyślałem, że pewnie byłoby mi lżej, gdybym i ja potrafił się rozpłakać, ale pod powiekami nie było łez.
Noc zastała nas w marszu. Po zachodzie gwiazdy Orlan zarządził nocleg. Aster nadal nie poruszał się i nie odzywał, ale stan jego się nie pogorszył i to uznałem za dobry omen. Jutro grawitacja zmniejszy się, pomyślałem, i nagle poczułem, że tracę przytomność.
Zapadałem w sen jak w głęboką studnię, tak gwałtowny był przeskok z jawy do sennych majaków. Zobaczyłem jakby z boku, że przenoszę się poza łańcuch strzegących nas głowooków do tej części obozu, gdzie wypoczywali Niszczyciele, i sam gwałtownie przemieniam się w Zływroga. Szedłem obok Orlana — teraz byłem jednym z jego dwóch adiutantów, którzy stale mu towarzyszyli i Orlan szepnął do mnie:
— Krad, zapamiętaj każdą wypowiedź, to bardzo ważne…
— Tak jest — odparłem z groźbą w głosie, dokładnie tę groźbę w głosie usłyszałem. Orlan nie wiedział wszak, że nie jestem żadnym Kradem, lecz Elim. — Zapamiętam!
Wkrótce człowiek, który przybrał postać Zływroga, admirał ludzkiej floty, wziął udział w naradzie oficerów i strażników — Niszczycieli.
Niezbyt dobrze widziałem tych, którzy odzywali się w ciemnościach, ale jednego doskonale rozróżniałem. Był to ogromny niewidzialny, który pozbył się swego ekranu, przerastający co najmniej o głowę innych Niszczycieli. Obok niego stało jeszcze dwóch innych niewidzialnych, już normalnego wzrostu.