Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
Wychodząc z domu, skręcił w prawo. A potem jeszcze raz w prawo, w Potsdamer Strasse. Bar u Heiniego był pięćdziesiąt metrów dalej, po lewej stronie. Na szyldzie widniał ubrany w fartuch oberżysta z zakręconymi wąsami i kuflem pieniącego się piwa w ręku. Pod spodem paliły się tylko niektóre litery czerwonego neonu: U He ni o.
W barze było cicho — z wyjątkiem ustawionego w kącie stolika, przy którym rozmawiała głośno po angielsku grupka sześciu osób. Maguire była wśród nich jedyną kobietą. Śmiejąc się mierzwiła właśnie włosy starszemu od siebie mężczyźnie. On również zanosił się śmiechem. A potem zobaczył Marcha. Powiedział coś i śmiech umilkł. Wlepili w niego oczy. March podszedł bliżej, świadom wrażenia, jakie wywiera jego mundur. Podkute oficerskie buty stukały głośno po wyfroterowa-nej drewnianej podłodze.
— Fräulein Maguire, nazywam się Xavier March i jestem pracownikiem berlińskiej Kriminalpolizei — powiedział, wyjmując legitymację. — Chciałbym z panią chwilę porozmawiać.
W jej dużych ciemnych oczach odbijały się światła baru.
— Proszę bardzo.
— Na osobności.
— Nie mam nic więcej do powiedzenia. — Odwróciła się do mężczyzny, którego przed chwilą czochrała, i mruknęła coś, czego March nie zrozumiał. Wszyscy się roześmieli. March nie ruszył się z miejsca. Po jakimś czasie od stolika wstał młodszy mężczyzna w sportowej marynarce i koszuli z przypinanym kołnierzykiem. Wyciągnął z kieszonki na piersi swoją legitymację.
— Nazywam się Henry Nightingale. Jestem drugim sekretarzem ambasady Stanów Zjednoczonych. Przykro mi, Herr March, ale wszystko, co miała do powiedzenia, miss Maguire powiedziała już pańskim kolegom.
March zignorował legitymację.
— Skoro nie ma pan zamiaru odejść — powiedziała Maguire — równie dobrze może się pan do nas przyłączyć. To jest Howard Thompson z „New York Timesa”. — Wskazała starszego mężczyznę, który uniósł w górę kieliszek. — To Bruce Fallon z United Press, Peter Kent z CBS i Arthur Haines z Reutera. Henry’ego już pan poznał. Mnie najwyraźniej zna pan również. Chcieliśmy uczcić kilkoma szklaneczkami wspaniałą wiadomość. Niech pan nie robi takiej nadętej miny. Jesteśmy teraz przyjaciółmi: Amerykanie i esesmani.
— Uważaj, co mówisz, Charlie — odezwał się młody pracownik ambasady.
— Zamknij się, Henry. Chryste, ten facet nie zamierza się tak łatwo odczepić. Porozmawiam z nim z czystej nudy. Niech pan spojrzy… — Na stoliku przed nią leżała zmięta kartka papieru. Cisnęła nią w Marcha. — Oto, czego się przez to wszystko doczekałam. Cofnięto mi wizę za „zawarcie bez zezwolenia znajomości z niemieckim obywatelem”. Miałam wyjechać już dzisiaj, ale przyjaciele wstawili się za mną w Ministerstwie Propagandy i dostałam odroczenie na tydzień. Nie sprawiłoby to najlepszego wrażenia, prawda? Wydalenie dziennikarki tego samego dnia, kiedy ogłoszono wspaniałą wiadomość.
— To ważne — powiedział March.
Zmierzyła go chłodnym spojrzeniem. Facet z ambasady położył jej dłoń na ramieniu.
— Nie musisz z nim wcale iść — powiedział. To pomogło jej chyba podjąć decyzję.
— Może byś się tak zamknął, Henry. — Strząsnęła jego rękę i narzuciła na ramiona płaszcz. — Jak na nazistę wygląda całkiem przyzwoicie. Dziękuję za drinka. — Wychyliła do dna zawartość szklanki — sądząc z wyglądu whisky z wodą sodową — i wstała od stolika. — Chodźmy.
Facet, którego przedstawiła jako Thompsona, powiedział coś po angielsku.
— Dobrze, Howard. Nie musisz się martwić — odparła. — Dokąd mnie pan zabiera? — zapytała Marcha, kiedy wyszli na zewnątrz.
— Do mojego samochodu.
— A kiedy się już w nim znajdziemy?
— Do apartamentu doktora Stuckarta.
— Zapowiada się niezła zabawa.
Amerykanka była rzeczywiście dość niska. Nawet na wysokich obcasach nie sięgała Xavierowi do ramienia. Otworzył przed nią drzwi volkswagena i kiedy pochyliła się, żeby wsiąść do środka, owionął go zapach whisky i papierosów — francuskich, nie niemieckich. A także raczej drogich perfum.
Przekręcił kluczyk w stacyjce i za ich plecami zawarczał tysiąctrzystacentymetrowy silnik. March wrzucił bieg i ruszył na zachód. Ostrożnie prowadząc zjechał z Bülow Strasse, okrążył Dworzec Gotenlandzki i skręcił na północ, w aleję Zwycięstwa. Po jej obu stronach stały zdobyte podczas kampanii wschodniej działa. Armatnie lufy mierzyły prosto w niebo. Ta część stolicy była o tej porze zwykle wyludniona; berlińczycy woleli hałaśliwe kafejki na tyłach Kurfürstendammu i kręte uliczki Kreuzbergu. Ale tego wieczoru wszędzie widać było ludzi — spacerowali, oglądali wystawy i stali w małych grupkach, podziwiając armaty i skąpane w świetle reflektorów budynki.
— Jacy ludzie przyglądają się w nocy armatom? — zapytała, kręcąc ze zdumieniem głową.
— Turyści — odparł March. — Dwudziestego kwietnia będzie ich tu ponad trzy miliony.
Zabieranie Amerykanki z powrotem do mieszkania Stuckarta stanowiło niemałe ryzyko — zwłaszcza teraz, kiedy Globus wiedział, że ktoś z Kripo szuka Luthera. Ale March musiał zobaczyć to mieszkanie; musiał usłyszeć w nim opowieść dziewczyny. Nie miał żadnego konkretnego planu, najmniejszego pojęcia, czego powinien szukać. Przypomniał sobie z uśmiechem słowa Führera: „Idę z pewnością lunatyka drogą, którą wskazuje mi Opatrzność”.
Przed nimi jaśniał w świetle reflektorów umieszczony na szczycie Wielkiego Pałacu orzeł. Mogło się zdawać, że wisi w powietrzu: złota, unosząca się nad stolicą, drapieżna bestia.
Dziennikarka zauważyła jego skrzywione w uśmiechu usta.
— Co pana tak śmieszy?
— Nic.
Skręcił w prawo przy Parlamencie Europejskim. Reflektory oświetlały flagi dwunastu krajów członkowskich. Sztandar ze swastyką był dwa razy większy od innych.
— Niech mi pani opowie o Stuckarcie. Jak dobrze go pani znała?
— Bardzo słabo. Poznałam go poprzez moich rodziców. Mój ojciec pracował przed wojną w tutejszej ambasadzie. Ożenił się z niemiecką aktorką. To moja matka. Nazywa się Monika Koch, może pan o niej słyszał?
— Nie, nie wydaje mi się. — Jej niemiecki był bez zarzutu. Musiała się go nauczyć już w dzieciństwie — bez wątpienia zasługa jej matki.
— Gdyby to usłyszała, na pewno zrobiłoby się jej przykro. Uważa chyba, że była tutaj kimś w rodzaju gwiazdy. Tak czy owak oboje powierzchownie znali Stuckarta. Kiedy w zeszłym roku wyjeżdżałam do Berlina, dali mi listę ludzi, z którymi można porozmawiać. Okazało się, że połowa z nich już nie żyje. Większość pozostałych nie chciała się ze mną w ogóle spotkać. Znajomość z amerykańskim dziennikarzem nie jest tutaj szczególnie dobrze widziana. Rozumie pan chyba, o co mi chodzi. Nie będzie panu przeszkadzało, jeśli zapalę?
— Nie, proszę bardzo. Jak wyglądał Stuckart?
— Paskudny typ. — W ciemności błysnęła zapalniczka; Amerykanka zaciągnęła się głęboko dymem. — Próbował się do mnie dobierać, chociaż w tym samym czasie była w mieszkaniu ta jego kobieta. To było tuż przed Bożym Narodzeniem. Przez kilka miesięcy trzymałam się od niego z daleka. A potem, w zeszłym tygodniu, dostałam cynk z mojej redakcji w Nowym Jorku. Chcieli jakiś kawałek na siedemdziesiąte piąte urodziny Hitlera… jakąś rozmowę z ludźmi, którzy znali go w dawnych czasach.
— I zadzwoniła pani do Stuckarta?
— Tak.
— Umówiła się z nim pani na spotkanie w niedzielę, a kiedy pani tam przyszła, już nie żył?
— Skoro pan to wszystko wie — stwierdziła poirytowana — dlaczego pan mnie wypytuje?