Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
— To nie jest wystrój jego mieszkania… przynajmniej obecnie. Hotel, może burdel. Aparat ukryty był za fałszywym lustrem. Widzisz, jak czasami gapią się prosto w obiektyw? Widziałem takie spojrzenia setki razy. Przyglądają się sobie w lustrze.
March zbadał po raz drugi wszystkie zdjęcia. Były błyszczące i nie pogięte — nowe odbitki starych negatywów. Obrazki, jakie można nabyć od rajfura w bocznej uliczce w Kreuzburgu.
— Gdzie je znalazłeś?
— Obok ciał.
Stuckart najpierw zastrzelił swoją kochankę. Z raportu wynikało, że leżała na brzuchu całkowicie ubrana, na łóżku w apartamencie Stuckarta przy Fritz Todt-Platz. Wpakował jej pocisk w tył głowy ze swego wchodzącego w skład wyposażenia SS lugera (jeśli to wszystko prawda, pomyślał March, stary mól książkowy użył pewnie broni palnej po raz pierwszy w życiu). W ranie znajdowały się strzępy tkaniny, co mogło sugerować, że strzał został oddany przez poduszkę. Potem Stuckart usiadł podobno na skraju łóżka i strzelił sobie w podniebienie. Na fotografiach policyjnych nie sposób było rozpoznać żadnego ciała. W zaciśniętej dłoni samobójcy wciąż tkwił pistolet.
— Na stole w jadalni zostawił krótki list — powiedział Fiebes. — „Mam nadzieję, że zaoszczędzę w ten sposób wstydu mojej rodzinie, Rzeszy i Führerowi. Heil Hitler! Niech żyją Niemcy! Wilhelm Stuckart”.
— Szantaż?
— Prawdopodobnie.
— Kto znalazł ciała?
— Tu dopiero się zdziwisz. Amerykańska dziennikarka. — Fiebes wypluł te dwa słowa niczym truciznę.
W aktach znajdowało się jej zeznanie: Charlotte Maguire, wiek 25 lat, berlińska korespondentka amerykańskiej agencji prasowej, World European Features.
— Prawdziwa mała dziwka. Od razu, jak ją tu przywieźli, zaczęła coś wrzeszczeć o przysługujących jej prawach. O prawach! — Fiebes pociągnął kolejny łyk sznapsa. — Podejrzewam, że teraz powinniśmy być chyba kurewsko mili dla Amerykanów, prawda?
March zanotował sobie jej adres. Jedynym innym przesłuchiwanym świadkiem był portier, który pracował w bloku Stuckarta. Amerykanka twierdziła, że zaraz po odkryciu ciała widziała na schodach dwóch mężczyzn; portier jednak upierał się, że nie było nikogo.
March podniósł gwałtownie wzrok. Fiebes podskoczył na krześle.
— Co się stało?
— Nic. Wydawało mi się, że widziałem jakiś cień przy drzwiach.
— Mój Boże, co to za miejsce… — Fiebes otworzył na oścież drzwi z matowego szkła i wyjrzał na korytarz. Kiedy był odwrócony plecami, March odpiął przymocowaną do teczki kopertę i wsunął ją do kieszeni.
— Nikogo. — Fiebes zamknął drzwi. — Tracisz nerwy, March.
— Moim przekleństwem była zawsze zbyt aktywna wyobraźnia. March zamknął teczkę i wstał. Fiebes zatoczył się i zamrugał oczyma.
— Nie chcesz jej zabrać? Nie pracujesz nad tą sprawą razem z Gestapo?
— Nie. To oddzielne dochodzenie.
— Tak? — Fiebes usiadł ciężko. — Kiedy powiedziałeś, że chodzi o „sprawę wagi państwowej”, pomyślałem… Ale to i tak nie ma znaczenia. Ja już się tym nie zajmuję. Śledztwo przejęło, dzięki Bogu, Gestapo. Bezpośredni nadzór sprawuje Obergruppenführer Globocnik. Słyszałeś o nim? Prawdziwy rzeźnik, to prawda, ale na pewno sobie z tym poradzi.
W biurze informacyjnym przy Alexander Platz mieli adres Luthera. Według danych policyjnych wciąż mieszkał w Dahlem. March zapalił kolejnego papierosa i wykręcił numer. Czekał dość długo — gdzieś w mieście niosło się ponure nieprzyjemne echo dzwonka. Już miał zrezygnować, kiedy w słuchawce odezwał się głos kobiety.
— Słucham?
— Frau Luther?
— Przy telefonie. — Głos miała młodszy, niż się spodziewał. Lekko ochrypły, jakby przed chwilą płakała.
— Nazywam się Xavier March. Jestem inspektorem berlińskiej Kriminalpolizei. Czy mogę rozmawiać z pani mężem?
— Przykro mi… nie rozumiem. Jeśli jest pan z policji, powinien pan wiedzieć…
— Wiedzieć? Co takiego?
— Mój mąż zaginął. W niedzielę. Zaczęła płakać.
— Bardzo mi przykro. — March balansował papierosem na skraju popielniczki. Wielki Boże, kolejna ofiara.
— Powiedział, że wybiera się w podróż służbową do Monachium i że wróci w poniedziałek. — Wydmuchała nos. — Ale już to wam wyjaśniałam. Z pewnością wie pan, że sprawa załatwiana jest na najwyższym szczeblu. Co…? — Nagle przerwała. March słyszał stłumione odgłosy rozmowy. W tle słychać było nieprzyjemny i nagabujący głos mężczyzny. Kobieta powiedziała coś, czego nie słyszał, a potem zwróciła się z powrotem do niego. — Jest tu przy mnie Obergruppenführer Globocnik. Chciałby z panem rozmawiać. Jak brzmiało pańskie nazwisko? March odłożył słuchawkę.
W drodze powrotnej rozmyślał o porannym telefonie do Buhlera.
Głos starego człowieka: „Buhler? Odezwij się. Kto mówi?”
„Przyjaciel”.
Trzask odkładanej słuchawki.
7
Bülow Strasse ma mniej więcej kilometr długości i biegnie z zachodu na wschód przez jedną z najbardziej ruchliwych dzielnic Berlina, niedaleko Dworca Gotenlandzkiego. Amerykanka mieszkała w bloku w połowie ulicy.
March nie spodziewał się, że zagraniczna korespondentka będzie mieszkała w takiej ruderze: poczerniała od stuletniej sadzy, pięciopiętrowa fasada upstrzona była ptasimi odchodami. Siedzący na chodniku obok wejścia pijak wodził głową za każdym przechodzącym. Drugą stroną ulicy biegł nadziemny odcinek U-Bahnu. Kiedy parkował samochód, ze stacji wytoczyły się czerwone i żółte wagony metra. Z pałąków strzelały jaskrawe niebiesko-białe snopy iskier. Zapadał zmierzch.
Mieszkanie Amerykanki mieściło się na czwartym piętrze. Nie było jej w domu. Do drzwi przypięty był napisany po angielsku liścik: „Henry, jestem w barze przy Potsdamer Strasse. Całusy, Charlie”.
March znał po angielsku tylko kilka słów — dosyć, żeby zrozumieć treść notatki. Znużonym krokiem zszedł z powrotem na dół. Potsdamer Strasse była bardzo długa, mieściło się przy niej wiele barów.
— Szukam Fräulein Maguire — zwrócił się do dozorczyni na parterze. — Wie pani może, gdzie ją można znaleźć? Zareagowała, jakby przekręcił kontakt.
— Wyszła mniej więcej przed godziną, Herr Sturmbannführer. Jest pan drugim mężczyzną, który o nią pyta. Piętnaście minut po jej wyjściu przyszedł młody facet, elegancko ubrany, z krótko przyciętymi włosami. Cudzoziemiec jak ona. Fräulein Maguire nie wróci przed północą, to mogę panu zaręczyć.
March zastanawiał się, o ilu jeszcze lokatorach dozorczyni donosi na Gestapo.
— Czy jest jakiś bar, który regularnie odwiedza?
— U Heiniego, tuż za rogiem. Łażą tam wszyscy ci cholerni cudzoziemcy.
— Pani spostrzegawczość zasługuje na podziw.
Kiedy rozstawał się pięć minut później z wracającą do szydełkowania konsjerżką, głowa pękała mu od wiadomości o „Charlie” Maguire. Wiedział, że ma krótko przycięte, ciemne włosy; że jest nieduża i szczupła; że nosi nieprzemakalny płaszcz z błyszczącego plastiku i buty na wysokich obcasach jak jakaś dziwka; że mieszka tutaj od sześciu miesięcy i często wstaje z łóżka dopiero w południe; że zalega z czynszem; że powinien zobaczyć, ile wyrzuca butelek po alkoholu… Nie, dziękuje, naprawdę nie ma ochoty bliżej im się przyjrzeć, to nie będzie konieczne, okazała się pani nadzwyczaj pomocna.