Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
“Do licha, na razie mam przed sobą tylko jednego przeciwnika, potem zaś zobaczymy, co z tego wyniknie...” — myślał.
Nie poruszając lewą ręką, z której palca ściągano mu pierścień, Tomek nagłym ruchem prawą dłonią chwycił za kaptur osłaniający złodzieja. Ten nie stracił przytomności umysłu. Nim Tomek zdołał się podnieść, przycisnął go do maty całym ciężarem swego ciała, kleszczowym chwytem obezwładnił lewą dłoń i zdarł pierścień z palca. Teraz gwałtownie odskoczył od Tomka, pozostawiając zdarty z głowy kaptur w jego ręku. Tomek poderwał się z posłania. Wtedy właśnie otrzymał cios pięścią w podbródek. Zatoczył się na ścianę.
Złodziej jednym skokiem dopadł do kaganka oliwnego. Silne dmuchnięcie pogrążyło wnętrze mieszkania w kompletnych ciemnościach.
Tomek szybko ochłonął po niespodziewanym uderzeniu. Zaledwie usłyszał szelest kroków, natychmiast odważnie rzucił się w pogoń. Wbiegł do drugiej izby, złodziej właśnie znikał w otworze sufitu. Rozważny i przezorny Tomek nie zaryzykował wyjścia na dach. Tam przecież mógł napastnik czatować na niego i ogłuszyć uderzeniem, a może nawet zabić, gdyby wynurzył głowę z otworu. Tak rozumując cicho otworzył nie zaryglowane drzwi i wybiegł na zewnątrz, kierując się ku platanowi rosnącemu za domem. Tamtędy złodziej musiał zejść z dachu na ziemię.
Odetchnięcie czystym, świeżym powietrzem całkowicie przywróciło Tomkowi sprawność fizyczną. Szybko okrążył dom. Złodziej akurat zeskakiwał z drzewa. Ujrzawszy nadbiegającego Tomka, zaczął umykać w kierunku dżungli. Tomek bez wahania podążył za nim.
Od dżungli dzieliło ich około dwustu metrów. Księżycowa noc była bardzo jasna. Tomek biegł za złoczyńcą, który co chwila oglądał się za siebie.
“Jeżeli nie zdołam go dogonić, zanim skryje się w dżungli, umknie bezkarnie — przemknęło Tomkowi przez myśl. — Gdybym miał przy sobie broń, łatwo bym go zatrzymał.”
Niestety rewolwer spoczywał bezużytecznie w walizie. Tomek był bezbronny, lecz podniecony napadem nie odczuwał strachu przed walką z umykającym złoczyńcą. Jeśli schwytany okazałby się mordercą Abbasa, pomściłby śmierć niewinnego człowieka i jednocześnie mógłby odzyskać ukradziony depozyt oraz pierścień maharani. Rozgniewany i zdecydowany na wszystko przyspieszył biegu.
Ciemna dżungla była już bardzo blisko. Odległość między biegnącymi zmniejszała się z każdą chwilą. Tomek zaprawiony do długich, nużących marszów potrafił zdobywać się na najwyższy wysiłek. Obecnie dzieliło go od umykającego zaledwie kilkanaście kroków. Wkrótce wpadli pomiędzy drzewa. Tomkowi wyrwało się niemal dziękczynne westchnienie — znał tę ścieżkę z rozpoznawczego wypadu do dżungli sprzed trzech dni. Dzięki temu teraz z łatwością orientował się w terenie. Domyślił się również, dokąd złodziej zamierza umknąć, bowiem ścieżka wiodła do małej hinduskiej świątyni ukrytej w dżungli.
Złoczyńca, zaniepokojony zapewne bliskością ścigającego, coraz to spoglądał za siebie. W pełnym pędzie wbiegli na urwistą drożynę, wijącą się nad brzegiem rozległego bagniska. Tomek natychmiast przypomniał sobie setki głodnych krokodyli, które uprzednio widział wylegujące się na kępach moczarów. Przezornie zwolnił tempo pościgu, albowiem stoczenie walki na tak urwistej, wąskiej ścieżynie groziło śmiercią w straszliwych paszczach gadów.
Najbliższe chwile potwierdziły słuszność jego obaw. Niefortunny złoczyńca pragnął zapewne za wszelką cenę umknąć pogoni, albowiem pędził dalej, nie zważając na niebezpieczeństwo. Nagle potknął się, upadł i stoczył się w bagnisko. Tomek wzdrygnął się usłyszawszy plusk wody. Ciche dotąd bagno nagle ożyło. Słychać było wyraźnie, jak krokodyle z trawiastych kęp zsuwają się do wody i płyną pośpiesznie ku brzegowi kłapiąc paszczami. Każda sekunda zwłoki groziła straszliwą katastrofą. Tomek kilkoma susami dobiegł do miejsca, gdzie uciekający wpadł w bagno i teraz bezskutecznie próbował wydostać się na brzeg. Tomek chwycił jego wyciągniętą dłoń. Gwałtownym ruchem dźwignął go w górę. Pomógł mu powstać z ziemi. Przyśpieszony głośny oddech złoczyńcy wymownie świadczył o jego dużym zmęczeniu. Mimo to zaledwie znalazł pewne oparcie pod stopami, zaraz strząsnął ze swego ramienia dłoń Tomka. Odskoczył błyskawicznie, po czym ostrzegł stłumionym, rwącym się głosem.
— Precz stąd, lub zginiesz... sahibie!
Tomek był zaskoczony reakcją złoczyńcy. Przecież najprawdopodobniej uratował mu życie! Nie spodziewał się takiej niewdzięczności. Oburzony, bez namysłu zawołał:
— Zaczynam żałować, że ci pomogłem przed chwilą. Zdejmij natychmiast maskę z twarzy lub wrzucę cię z powrotem do bagniska! Może jesteś nie tylko nocnym złodziejem, lecz i podstępnym mordercą!
— Więc giń, głupcze! — syknął tamten.
Brylant na jego palcu błysnął w świetle księżyca. Nagłym uderzeniem pięści chciał strącić Tomka ze ścieżki w grzęzawisko. Tomek uchylił głowę; zdradziecka pięść zaledwie otarła się o jego ramię. Złoczyńca nie zaryzykował nowego ciosu, zaczął znów szybko uciekać.
Tomek teraz zupełnie zapomniał o ostrożności. Oburzony do głębi duszy rzucił się w szaleńczy pościg. Po kilku minutach dobiegł do rozwidlenia ścieżyny i pognał za uciekającym ku świątyni.
W jasnym świetle księżyca białe mury ostro rysowały się na tle czerni dżungli. Napastnik wbiegł do tajemniczej budowli. Tomek ostrożnie przystanął w progu.
Wnętrze hinduskiej świątyni tonęło w półmroku. W migotliwym świetle płonącej pochodni widać było w głębi żółtą kotarę. Tomkowi zdawało się, iż za nią właśnie zniknął złoczyńca. Stał niezdecydowany. Nieufnym wzrokiem spoglądał na widniejące wzdłuż ścian posągi bożków i bogiń, demonów, przerażających maszkar półludzi i półzwierząt.
Rychło ochłonął z pierwszego przykrego wrażenia. Już się nie wahał dłużej. Ostrożnie zamknął za sobą ciężkie podwoje, aby utrudnić złoczyńcy ewentualną ucieczkę, po czym ruszył w głąb mrocznej świątyni.
Uchylił kotary. Oczom jego ukazał się duży posąg czwororękiej bogini. Kamienne bóstwo w jednej ręce dzierżyło nóż, w drugiej głowę ludzką, a dwoma pozostałymi zdawało się jakby kogoś przyzywać. Jedynym strojem odrażającego bóstwa był zwisający wokół bioder pas kamiennych rąk ludzkich. W refleksach migotliwego, czerwonawego światła posąg sprawiał wrażenie żywej, poruszającej się groźnej istoty.
“Krwiożercza bogini Kali” — szepnął Tomek.
Obszedł posąg dookoła, ostrożnie stąpając między leżącymi na posadzce świeżymi kwiatami. Teraz dostrzegł w ścianie niski, ciemny otwór. Zagłębił się w zatęchły korytarz. Drgnął, gdy obok jego głowy zatrzepotał się jakiś stwór. Tomek pomyślał, że to zapewne nietoperz. Nie ociągając się ruszył dalej wzdłuż ściany. Wkrótce ujrzał pasmo migotliwego światła. Dotarł do końca korytarza. Przylgnął całym ciałem do ściany. Ostrożnie wychylił głowę.
Przed kamiennym posągiem jakiejś bogini siedział z podwiniętymi nogami mężczyzna w masce. Z wyrazem wielkiego zadowolenia na twarzy, uspokojony, spoglądał właśnie na swój łup, leżący na jego otwartej dłoni. Widocznie już nie spodziewał się tutaj pościgu.
Tomek ruszył ku niemu. Miękki dywan zaścielający posadzkę tłumił ostrożne kroki. Przystanął tuż za zamaskowanym mężczyzną, pochylił się nad nim i nagłym ruchem schwycił swój pierścień. Zaskoczony złoczyńca oniemiał w pierwszej chwili, zaraz jednak znalazł się z Tomkiem twarzą w twarz.