Tomek na tropach Yeti
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Приключения Томека Вильмовского #4
- Год: 2011
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-064-6
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tomek na tropach Yeti». Краткое содержание книги:
Nikt nie zwrócił uwagi na okrzyk Tomka, gdyż kobra, błyskawicznie wysunęła łeb do przodu i zatopiła w ptaku swe zęby. Kurczę zatrzepotało w ręku zaklinacza. Atak kobry trwał nie dłużej niż mgnienie oka. Zaklinacz cofał się już od kosza z rozwścieczonym gadem. Teraz puścił wolno ukąszone przez węża kurczę, po czym zaraz podsunął mu drugie.
Podczas gdy uwolnione kurczęta wędrowały po posadzce strosząc piórka, kobra, sycząc głośno, wpijała swój zimny wzrok w ludzkie twarze. Mijała minuta za minutą. Kurczęta trzepotały skrzydełkami, a kobra głośno sykała rozglądając się dokoła.
Hindusi, u których kobra odgrywała ważną rolę w podaniach religijnych, spoglądali na gada z nabożną czcią oraz strachem. Pozostając od wieków pod wpływem braminów, uważali wyczyny zaklinaczy wężów za objawy ich nadprzyrodzonej siły.
W przeciwieństwie do hinduskich krajowców, trzej biali łowcy zwierząt oraz obydwaj Anglicy w inny sposób oceniali intrygujące widowisko.
— Jak pan sądzi, czy ta kobra jest naprawdę jadowita? — półgłosem odezwał się generał Mac Donald do Wilmowskiego.
— Chyba tak! Zresztą wkrótce się o tym przekonamy — odparł Wilmowski. — Kurczaki rozstrzygną nasze wątpliwości.
— Święta prawda, lecz dlaczego nie rzuciła się na tego cwaniaka z fujarką? — szeptem zapytał bosman. — Jeżeli kurczaki zdechną, to uwierzę, iż zaklinacz potrafi kumać się z gadami. To nieczysta moc.
— Głupstwa pleciesz, bosmanie — odpowiedział Wilmowski wzruszając ramionami, — Trudno zaprzeczyć, że zaklinacze poufałym obcowaniem z jadowitymi gadami budzą ogólny podziw dla swych umiejętności. Mimo to nie są oni obdarzeni jakąkolwiek nadprzyrodzoną mocą. Po prostu posiadają umiejętności postępowania z wężami oraz dobrze znają ich naturę. Zaklinacz zbliża się do węża dopiero wtedy, gdy gad się uspokaja. Poza tym, jak słyszałem, wielu zaklinaczy ginie od ukąszeń swych pupilów.
— Patrzcie, panowie! Kurczaki zdychają! — zawołał Tomek.
Jedno z kurcząt przewróciło się na posadzkę. Kilkakrotnie wyprężyło nogi, a następnie znieruchomiało. W parę minut później drugi ptak również legł martwy. Było to widomym dowodem, że kobra mogła w każdej chwili pozbawić życia zaklinacza wężów. Europejczycy ujęci jego odwagą ofiarowali mu w nagrodę kilka rupii.
Niebawem zaklinacz oddalił się wraz ze swoim śmiercionośnym koszykiem. Maharadża znów klasnął w dłonie. Sześciu Hindusów wniosło na żelaznych prętach dużą, płaską, miedzianą tacę, napełnioną żarzącym się węglem drzewnym. Za nimi pojawił się przygarbiony, chudy starzec o twarzy okolonej długim, gęstym, siwym zarostem. Usiadł obok tacy, krzyżując podwinięte nogi. Założył ręce na piersiach i popadł w zamyślenie. Jego oczy przesłonięte nieco kosmykami krzaczastych brwi nie odzwierciedlały ani cienia zainteresowania dla półgłosem żartujących białych gości.
— Sahibowie chcieli ujrzeć prawdziwego indyjskiego fakira. Oto jeden z mistrzów w tym zawodzie. Może zdoła zabawić panów swymi sztuczkami — powiedział maharadża, z trudem tłumiąc szelmowski uśmiech, wyrażający pewność, iż spłata białym gościom doskonałego figla.
— Wygląda na to, że fakir będzie piekł kurczaki zakatrupione przez okularnika — szepnął bosman.
— Co też pan opowiada! — oburzył się Tomek. — Pokpiwał pan również z zaklinacza wężów, lecz gdy kurczaki zdechły, to zrzedła panu mina.
— Słuchaj, brachu, jadowity okularnik to nie micha z czerwonymi węgielkami — odciął się marynarz. — Masz jednak rację, lepiej nie łapać ryb przed niewodem. Może kuglarz połknie płonące węgle?
Obydwaj przyjaciele przerwali cichą wymianę zdań; w tym właśnie momencie fakir drgnął, jakby zbudził się z głębokiego snu. Dopiero teraz zaczął zdradzać zainteresowanie gośćmi zgromadzonymi na sali. Przenikliwym wzrokiem wodził od twarzy do twarzy. Nie pominął nikogo. Służbę indyjską zaledwie musnął spojrzeniem, trochę dłużej spoglądał na maharadżę, po czym kolejno wpatrywał się w białych sahibów. Tomkowi i bosmanowi niewiele poświęcił uwagi, lecz Wilmowskiego mierzył swym wzrokiem bardzo długo. Potem obydwaj Anglicy stali się przedmiotem jego zainteresowania, a w końcu przyglądał się przez chwilę pięknej maharani.
Niezwykłe zachowanie się fakira zmuszało wszystkich do milczenia i skupienia uwagi. Wytworzyła się podniecająca tajemniczością atmosfera. Naraz fakir odezwał się:
— Może któryś ze szlachetnych sahibów zechce sprawdzić, czy węgle wypełniające tacę naprawdę płoną i parzą?
Po doświadczeniu z jadowitą kobrą jakoś nikt nie kwapił się do okazania swoich wątpliwości. Fakir wodził wzrokiem po twarzach białych gości. Po dłuższej chwili wpił wzrok w oczy Tomka i rzekł cichym, sugestywnym głosem:
— Zbliż się do mnie, szlachetny, młody sahibie!
Tomek przez moment jakby się wahał, lecz mimo to poszedł do fakira, przyklęknął i wsunął dłoń ponad tacę. Żar zmusił go do cofnięcia ręki.
— Skoro już przekonałeś się, sahibie, że ten ogień naprawdę parzy, to proszę stań tu obok mnie i przyglądaj się pilnie — powiedział fakir. Po chwili zaczął śpiewać cichym głosem jakąś dziwną pieśń. Słaby początkowo głos stopniowo nabierał coraz większej mocy, aż w końcu wypełnił całą salę drgającą fanatyzmem melodią. Oryginalna pieśń niepokoiła słuchaczy i jednocześnie zmuszała ich do skupiania uwagi na niepozornym fakirze, którego wzrok błądził teraz gdzieś ponad głowami widzów. Na twarzach Hindusów odmalował się wyraz upojenia. Czy to pod wpływem słów pieśni, śpiewanej w nieznanym Tomkowi języku, czy też na jakiś niemy znak fakira, kilku hinduskich służących zgromadzonych na sali, jeden za drugim, poczęło wolno zbliżać się do tacy wypełnionej żarem węglowym. Zasłuchani w dziki, płomienny śpiew fakira, bez pośpiechu przechodzili bosymi stopami przez rozżarzone węgle. Na twarzach ich nie było widać jakichkolwiek oznak bólu, ani poparzeń na stopach.
Tomek również pozostawał w pewnej mierze pod wrażeniem niezwykłej sceny i pieśni, lecz jednocześnie przez cały czas głowił się, na czym polegała sztuczka indyjskiego fakira? W końcu ciekawość, tak właściwa młodemu wiekowi, wzięła w nim górę nad rozsądkiem. Spojrzał na towarzyszy. Nikt nie zwracał na niego uwagi, wszyscy w napięciu obserwowali przechodzących przez ogień Hindusów. Tomek szybko zdjął obuwie i skarpetki. Podszedł do magicznej tacy. Stało się to właśnie w chwili, gdy fakir przerwał swój śpiew. Zaledwie Tomek dotknął stopą węgli, jeszcze szybciej odskoczył, głośno sykając z bólu.
Maharadża poruszył się zaniepokojony i zawołał pospiesznie:
— Nie powinieneś tego czynić, sahibie, ogień nie parzy jedynie podczas śpiewu fakira. Może mam polecić służbie, aby zaraz sprowadziła lekarza?
— Och, nie, nie! To drobiazg — zaprotestował Tomek, zawstydzony swym nieprzemyślanym czynem.
— A to ciekawa sztuczka! Jeszcze dotąd nie widziałem czegoś podobnego, chociaż przypatrywałem się różnym wyczynom fakirów — odezwał się pułkownik Burton.
— Doskonała robota. Zapewne ulegliśmy zbiorowej hipnozie [75] — stwierdził Wilmowski.
— Więc ty, Andrzeju, przypuszczasz, że ten fakir nas uśpił? — zdziwił się bosman. — To przecież niemożliwe! Raz już jeden taki magik próbował mnie uśpić, ale nic z tego nie wyszło. O mało sam się nie kimnął. Przed chwilą uszczypnąłem się, za przeproszeniem, w pośladek i stwierdziłem, że nie śpię.
— Zbytnia ciekawość czasem nie popłaca. Przecież zdarzają się na świecie rzeczy, o których nie śniło się nawet filozofom — powiedział maharadża.
75
Hipnoza to stan odrętwienia podobny do snu. Osoba zahipnotyzowana wykonuje bezwzględnie wszystko, co nakazuje jej hipnotyzer.