Czas żyć czas zabijać
- Автор: Жамбох Мирослав
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Fabryka Słów
- ISBN: 9788375748017
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Czas żyć czas zabijać». Краткое содержание книги:
Wszedł czarodziej. Coverfly wiedział, że prawie wszyscy czarodzieje służący arcyksięciu Varatchiemu są młodzi, jednak widok dwudziestoletniego chłopca go zaskoczył.
Przybyły w żadnym wypadku nie sprawiał wrażenia zahartowanego ciężkim życiem, pracą czy bojem. Wyglądał raczej jak młody, uzdolniony i rozmiłowany w nauce paniczyk, który spędza czas, oddając się przyjemnościom i swoim zamiłowaniom. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. To wrażenie zdawały się potwierdzać kolejne szczegóły - świetnej jakości odzienie podróżne, szyte na miarę buty wykańczane srebrną koronką oraz fakt, że nie nosił przy sobie żadnej broni. Za cały ekwipunek służyła mu jedynie mała sakiewka wisząca u pasa. Jednak spojrzenie z pozoru normalnych, niebieskich oczu czarodzieja w istocie mroziło krew w żyłach. Coverfly, w dalszym ciągu rozparty nonszalancko z nogami na stole, nagle poczuł się nieswojo. Może to przez te zmarszczki na tak młodej twarzy? - próbował odgadnąć przyczynę swego niepokoju. No, przynajmniej do pewnego stopnia, zdecydował. Stojący przed nim młodzieniec miał oczy kogoś o wiele starszego. Starszego niż sam Coverfly. Musiały widzieć naprawdę wiele. Zbyt wiele.
- Grigor Evan - przedstawił się młodzieniec.
Równocześnie do zajazdu wkroczyli następni dwaj członkowie eskorty, identyczni jak ci pierwsi.
- Pułkownik baron Artur Cowen Coverfly - odpowiedział mu Coverfly sucho, nie ruszając się z miejsca.
A więc czarodziej nie był szlachcicem. Ten nowy zwyczaj, aby w cesarskiej armii, a już szczególnie w jednostkach Varatchiego, mogli robić karierę przedstawiciele pośledniejszych stanów, powodował coraz częściej problemy natury towarzyskiej. Baron rozumiał powody, zbliżała się wojna, pewne zasady przestawały obowiązywać. To jednak jeszcze nie znaczyło, że miałby komukolwiek ułatwiać życie.
- Mam dla was rozkazy ze sztabu - powiedział Evan równie sucho i położył na stole kopertę.
Kopertę z cesarską pieczęcią. Żeby jej dosięgnąć, Coverfly musiał zdjąć nogi ze stołu. I tak zaczynało mi być niewygodnie, pomyślał.
Czytał powoli, z uwagą, potem bacznie przyjrzał się podpisowi. Był identyczny jak pod jego nominacją - należał do cesarza. Potem popatrzył na całość dokumentu i zdjął go lekki niepokój. Ten list cesarz napisał sam, nie podyktował sekretarzowi. Co tylko podkreślało wagę całej akcji. Coverfly nie łudził się, że oto nagle cesarz nabrał zainteresowania jego osobą. Wprawdzie był baronem, ale takiej jak on arystokracji żyło przecież w imperium tysiące…
- Mam dla was jeszcze jedną kopertę - kontynuował Grigor Evan, kiedy Coverfly odlepił wreszcie wzrok od listu.
Też była zabezpieczona pieczęcią, tym razem arcyksiążęcą. Instrukcje brzmiały krótko i jasno i mimo iż nie zawierały żadnej groźby, jednak pułkownika aż zmroziło. W niezwykle uprzejmych słowach Varatchi nakazywał baronowi, aby za wszelką cenę zapewnił bezpieczeństwo czarodziejowi Grigorowi Evanowi. Varatchi nadmieniał przy tym, niby mimochodem, iż cesarstwo miało do dyspozycji ośmiuset pięćdziesięciu sześciu baronów, a tylko siedmiu czarodziejów. Ostatnie zdanie listu było obietnicą dalszej współpracy, gdyby bieżącą akcję udało się doprowadzić do końca zadowalającego wszystkie zaangażowane strony.
- Wygląda na to, że przez dłuższy czas przyjdzie nam współpracować, panie - skonstatował Coverfly sucho.
- Dokładnie tak, sire. - Dostał odpowiedź o wiele bardziej uprzejmą, niż się spodziewał.
- To jedyny naprawdę porządny budynek w całym miasteczku. Sugeruję, żebyście się ze swymi ludźmi zatrzymali właśnie tutaj. Powinniśmy się wszyscy wygodnie zmieścić, a jutro z rana możemy wyruszać.
- To wy jesteście gotowi? - Grigor nie zdołał ukryć zaskoczenia. - Wasi ludzie też?
- Wszystkie posiłki jeszcze nie dotarły, ale pozostawię na miejscu rozkazy, aby się z nami jak najszybciej połączyli. Odnoszę wrażenie, że szybkość będzie tu decydująca.
Młody czarodziej kiwnął zgodnie głową, ale widać było wyraźnie, że myśli o czymś zgoła innym.
- Przyleci gołąb. Wieczorem albo jutro rano. Niech go przypadkiem nikt nie upoluje - powiedział.
- Przyjąłem do wiadomości - przytaknął Coverfly.
Jak na kogoś w tak młodym wieku i o tak poślednim pochodzeniu, młodzieniec wydawał się mieć pewności siebie aż w nadmiarze. Gdzie jej nabrał? No właśnie, skąd czarodzieje biorą pewność siebie?
- Proszę wybaczyć moją nieobecność przy wieczerzy. Muszę się zająć pewnymi pilnymi sprawami, zostanę więc u siebie - pożegnał się Evan i wyszedł na zewnątrz.
Kiedy przybysze opuszczali zajazd, Coverfly uświadomił sobie, iż mimo że nikt na niego nie patrzył wprost, to jednak był przecież pod ciągłą obserwacją świty czarodzieja. Ci ludzie należeli do absolutnej elity, co, biorąc pod uwagę, jak bardzo Varatchiemu zależało na tym smarkaczu, mogło być wyłącznie dobrą nowiną.
Wjechaliśmy na wierzchołek łagodnego wzniesienia, skąd rozpościerał się widok na zatopione w zieleni miasteczko. Tu i ówdzie przezierały jednak rdzawe plamy pustynnego pyłu. Z mapy oraz dzięki zasięgniętemu językowi wiedziałem, że biegła tędy dalej na zachód kupiecka ścieżka. I rzeczywiście, cienka, jasna linia przecinała morze rozkołysanej trawy. To również oznaczało, że tu właśnie mieliśmy się rozdzielić.
Zsiadłem z konia. Był to olbrzymi wałach, który nadawał się bardziej do ciężkiej pracy w zaprzęgu niż pod siodło. Kiedy pozbył się mego ciężaru, z ulgą zagrzebał kopytem i parsknął na mnie z wyrzutem jakoś tak wręcz po ludzku. Choćby był nie wiem jak silny, i tak musiałem mu się wydawać zbyt ciężki.
Słyszałem, jak zeskoczyła na ziemię, lekko i zręcznie. Poklepała po szyi swoją klacz, dała jej jabłko. Tutaj musiało kosztować ze dwa miedziaki. Zawsze rozpieszczała wszystkie swoje zwierzęta. Wszystkie bez wyjątku.
- Jesteś na mnie zły? - odezwała się.
- Nie jestem - westchnąłem. Obróciłem się i otoczyłem ją ramionami. - Tak się tylko zamyśliłem. Sama byś się zorientowała, przecież wiesz, że u mnie co na sercu, to i na języku.
Jak na kobietę, była dość wysoka, więc mogła mi spoglądać prosto w oczy. Przyjrzałem jej się uważniej, a przy tym mimowolnie złapałem za rękę. Postarzała się. Jej twarz bruździły zmarszczki, które zostawiły napięcie, nieprzespane noce, podróże bez chwili wytchnienia i ucieczki. Pozostawiły swe ślady podejrzliwość i nieufność. Starzała się szybciej, niż ktokolwiek powinien, a już na pewno szybciej, niż miałaby się starzeć tak młoda dziewczyna. To wszystko był jednak jej własny wybór, na który ja nie mogłem mieć żadnego wpływu.
- A nad czym się tak zamyśliłeś? - spytała, obejmując mnie, dokładnie tak, jak to zwykła robić dawniej.
- Nad tym, kiedy cię znowu zobaczę.
Oparła głowę na moim ramieniu.
- Wiesz, jaki jesteś wspaniały? Cieszę się, że nie próbujesz mnie przekonywać, żebym zmieniła zdanie, że bierzesz mnie taką, jaka jestem. - Zaśmiała się, wciąż w moich ramionach. - Nikt inny by tak nie potrafił.
Spoglądałem w dal poprzez powiewający na wietrze kosmyk jej jasnych włosów. I co ja mogłem na to odpowiedzieć? Już to wszystko kiedyś przerabialiśmy. Moje głupie marzenia o świecie, w którym żyłaby w dostatku, u boku kochającego męża, opiekując się dzieciakami i tylko od czasu do czasu trochę dla mnie czarując. Bezpieczna, między ludźmi, którzy by ją szanowali i się nią opiekowali. Wybrała jednak inaczej. Przez chwilę wydawało mi się, że w oddali, na równinie przede mną, skąd właśnie nadjechaliśmy, dostrzegam jakiś ruch, jednak zaraz ciemna kropka gdzieś przepadła. Mogło to być cokolwiek. Wilk, puma, nawet sarna szukająca jedzenia. Mogło mi się też przywidzieć. Czekałem jeszcze trochę, ale nie poruszyło się już nic więcej.