Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]
- Автор: Кларк Артур Чарльз
- Год: 1993
- Язык: польский
- Переводчик: Zbigniew Andrzej Krolicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]». Краткое содержание книги:
Zwierzchnicy — bo tak zostają nazwani przybysze — przejmują całkowitą kontrolę nad światem, narzucając mu własny porządek. Nie używają przy tym siły — środek perswazji stanowi regularna manifestacja przytłaczającej potęgi technologicznej. W krótkim czasie Ziemia wkracza na drogę pokoju, dobrobytu i ogólnego szczęścia. Nie eliminuje to jednak podstawowych pytań, jakie zadaje sobie ludzkość: kim są Obcy? Skąd i po co przybyli? Kto lub co nimi kieruje? Jakie są ich zamiary wobec Ziemi i jej mieszkańców? I dlaczego cały czas pozostają w ukryciu?
— Stał się przez to bardziej skłonny do współpracy?
— Właśnie. Początkowo skontaktowałem się z nim, ponieważ posiada jeden z najbogatszych na świecie zbiorów bibliotecznych dotyczący parapsychologii i dziedzin pokrewnych. Grzecznie, ale stanowczo odmówił wypożyczenia którejkolwiek z nich, więc chcąc nie chcąc musiałem go poprosić o gościnę. Do tej pory przeczytałem połowę jego zbioru. To ciężka praca.
— Wierzę — rzekł sucho Karellen. — Czy odkryłeś w tych śmieciach coś godnego uwagi?
— Tak. Jedenaście pewnych przypadków częściowego przebicia i dwadzieścia siedem prawdopodobnych. Jednak materiał jest dobrany tak przypadkowo, że nie można go użyć jako próbki reprezentatywnej dla celów statystycznych. Poza tym, rzeczy wartościowe mogące stanowić pewien dowód, są beznadziejnie zabarwione mistycyzmem, może największą aberracją ludzkich umysłów.
— A jaki jest stosunek Boyce’a do tego wszystkiego?
— Udaje otwartego na nowości sceptyka, lecz jest oczywiste, że nie poświęciłby tyle czasu i trudu tym sprawom, gdyby podświadomie w nie nie wierzył. Wykazałem mu to i przyznał, że prawdopodobnie mam rację. Chciałby znaleźć jakiś przekonujący dowód. Zapewne dlatego wciąż przeprowadza te eksperymenty, chociaż udaje, że to tylko zabawa.
— Jesteś pewien, że nie podejrzewa, iż twoje zainteresowanie nie jest jedynie akademickie?
— Całkowicie! Boyce pod wieloma względami jest tępy i prostoduszny. To sprawia, że jego próby badań w tej dziedzinie są skazane na niepowodzenie. Nie ma potrzeby podejmowania jakiejkolwiek dotyczącej go akcji.
— Rozumiem. A ta dziewczyna, która zemdlała?
— To najciekawszy element tej sprawy. Niemal na pewno Jean Morrel była kanałem, przez który nadeszła informacja. Jednak ona ma dwadzieścia sześć lat, stanowczo zbyt wiele, aby sama mogła być pierwotnym kontaktem. Wynika z tego, że musiał to być ktoś blisko z nią związany. Wniosek jest oczywisty. Może nie będziemy musieli czekać wiele lat. Musimy ją przeklasyfikować do kategorii purpurowej; może się okazać, że jest najważniejsza spośród żyjących ludzi.
— Zrobię to. A co z tym młodym człowiekiem, który zadał pytanie? Czy była to przypadkowa ciekawość, czy też miał jakiś inny powód?
— Znalazł się tam przypadkowo, jego siostra właśnie wyszła za mąż za Ruperta Boyce’a. Przedtem nie spotkał żadnego z gości. Jestem pewien, że pytanie było niezamierzone, zainspirowane niezwykłymi okolicznościami i prawdopodobnie moją obecnością. Biorąc to pod uwagę, trudno się dziwić, że je zadał. Żywo interesuje sią astronautyka; jest sekretarzem Studenckiego Koła Miłośników Astronautyki na Uniwersytecie Kapsztadzkim i najwyraźniej zamierza poświęcić tym studiom resztę życia.
— Jego kariera może być interesująca. Przy okazji: jak sądzisz, jakie podejmie działania i co mamy z nim zrobić?
— Niewątpliwie sprawdzi kilka rzeczy najszybciej, jak będzie mógł. Jednak w żaden sposób nie uda mu się potwierdzić tej informacji, a ze względu na dość szczególny sposób jej uzyskania jest mało prawdopodobne, aby ją opublikował. A nawet jeśli to zrobi, czy to w ogóle wpłynie na bieg wydarzeń?
— Muszę przeanalizowć obie możliwości — odparł Karellen. — Chociaż nieujawnianie naszej bazy jest częścią obowiązującej dyrektywy, nie ma właściwie możliwości, aby ta informacja mogła być wykorzystana przeciwko nam.
— Zgadzam się z tym. Rodericks będzie miał nie sprawdzoną informację, bez żadnej praktycznej wartości.
— Tak mogłoby się wydawać — rzekł Karellen. — Jednak nie bądźmy zbyt pewni siebie. Ludzie są bardzo pomysłowi, a często bardzo uparci. Nie wolno ich nie doceniać, tak więc obserwowanie dalszej kariery pana Rodericksa może okazać się interesujące. Muszę o tym później pomyśleć.
Rupert Boyce nigdy nie pojął, co naprawdę się wydarzyło. Kiedy goście, mniej hałaśliwie niż zazwyczaj, pożegnali się i odeszli, w zadumie przetoczył stolik z powrotem w kąt. Wywołany alkoholem lekki szum w głowie zapobiegł głębszej analizie minionych wydarzeń; zresztą fakty zaczęły mu się już nieco zacierać w pamięci. Niewyraźnie zdawał sobie sprawę, że zdarzyło się coś ważnego, ale nie wiedział co i zastanawiał się, czy nie powinien tego omówić z Rashaverakiem. Przemyślawszy rzecz gruntownie, doszedł do wniosku, że byłoby to nietaktowne. Mimo wszystko to miody Jan spowodował całe zamieszanie i Rupert był na niego trochę zły. Jednak czy to naprawdę wina Jana? Czy w ogóle ktoś tu zawinił? Sam przecież też nie czuł się w porządku, w końcu to był jego eksperyment. Pomyślał, że najlepiej zapomnieć o całej sprawie. I udało mu się to.
Może podjąłby jakieś działania, gdyby odnaleziono ostatnią stronę notatek Ruth, ale przepadła gdzieś w czasie zamieszania. Jan udawał, że o niczym nie wie, a raczej trudno było oskarżać Rashaveraka. I nikt nie mógł sobie przypomnieć, co właściwie było treścią wiadomości, nikt też nie pamiętał tych liter, a tylko to, że wydawały się zupełnie bezsensowne.
Osobą, która najbardziej przejęła się owym zdarzeniem, był George Greggson. Na całe życie zapamiętał uczucie, jakiego doznał, gdy Jean zesztywniała mu w rękach. W jednej chwili przeobraziła się z miłej towarzyszki w bezbronną istotę wymagającą czułości i opieki. Kobiety mdlały, nie zawsze wbrew swej woli, od niepamiętnych czasów, a mężczyźni nieodmiennie zachowywali się wtedy jak należy. Utrata przytomności nastąpiła u Jean zupełnie spontanicznie, lecz nie zrobiłaby większego wrażenia, gdyby była zaplanowana. W tym momencie George — jak to później pojął — podjął jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu. Jean z pewnością była dziewczyną, która dużo dla niego znaczyła, mimo iż miewała niesamowite pomysły i jeszcze bardziej niesamowitych przyjaciół.
Nie zamierzał całkowicie rezygnować z Naomi, Joy, Elzy lub — jak jej było na imię? — Denise, ale nadszedł czas na jakiś trwalszy związek. Nie wątpił, że Jean się zgodzi; jej uczucia od początku były oczywiste.
Na decyzję tę wpłynął jeszcze inny czynnik, z którego nie zdawał sobie sprawy. Doświadczenie tej nocy osłabiło niechęć i sceptycyzm wobec szczególnych zainteresowań Jean. Nigdy by się do tego nie przyznał, ale tak właśnie było i ten fakt usuwał ostatnią dzielącą ich barierę.
Patrzył na bladą, lecz spokojną Jean leżącą na odchylonym w tył fotelu glidera. Pod nimi rozciągał się mrok, nad nimi lśniły gwiazdy. George nie za bardzo wiedział, gdzie się znajduje, lecz tysiąc kilometrów w tę czy w tamtą nie robiło mu różnicy. Zajmował się tym automat, który pilotował ich do domu i — co było widać na desce rozdzielczej — miał ich tam doprowadzić za pięćdziesiąt siedem minut.
Jean odpowiedziała mu uśmiechem i delikatnie wyjęła rękę z jego dłoni.
— Zdrętwiałam — wyjaśniła, poruszając palcami. — Chciałabym, żebyś mi uwierzył, że czuję się już doskonale.
— A jak myślisz, co się stało? Bo chyba coś pamiętasz?
— Nie, mam w głowie kompletną pustkę. Usłyszałam pytanie Jana i nagle wszyscy zaczęliście biegać koło mnie. Jestem pewna, że to jakiś trans. Zresztą…
Przerwała na chwilę, a potem postanowiła nie mówić George’owi, że takie omdlenia zdarzały się jej już wcześniej. Wiedziała, co myśli o takich sprawach i nie chciała denerwować go jeszcze bardziej, a może nawet całkiem go odstraszyć.
— Co, zresztą? — zapytał George.