Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]
- Автор: Кларк Артур Чарльз
- Год: 1993
- Язык: польский
- Переводчик: Zbigniew Andrzej Krolicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]». Краткое содержание книги:
Zwierzchnicy — bo tak zostają nazwani przybysze — przejmują całkowitą kontrolę nad światem, narzucając mu własny porządek. Nie używają przy tym siły — środek perswazji stanowi regularna manifestacja przytłaczającej potęgi technologicznej. W krótkim czasie Ziemia wkracza na drogę pokoju, dobrobytu i ogólnego szczęścia. Nie eliminuje to jednak podstawowych pytań, jakie zadaje sobie ludzkość: kim są Obcy? Skąd i po co przybyli? Kto lub co nimi kieruje? Jakie są ich zamiary wobec Ziemi i jej mieszkańców? I dlaczego cały czas pozostają w ukryciu?
Kiedy statek ruszył do przodu, kabina znów zadygotała. Wielka, lśniąca ryba zamrugała ze strachu wszystkimi światłami i z szybkością meteoru zniknęła w mrocznej otchłani.
Po dalszych dwudziestu minutach powolnego upadku niewidzialne palce promieni skanerów złapały pierwszy kontakt z oceanicznym dnem. Daleko w dole przesuwał się łańcuch niskich wzgórz o dziwnie łagodnie zaokrąglonych wierzchołkach. Jakiekolwiek nieregularności tych pagórków już dawno zostały zatarte nieustannym deszczem spadającym na nie z górnych warstw. Nawet tutaj, na środku Pacyfiku, daleko od ujść wielkich rzek wolno spłukujących do mórz całe kontynenty, ten deszcz nigdy nie przestawał padać. Jego przyczyną były rzeźbione przez burze zbocza Andów oraz miliardy żywych stworzeń jak również pył meteorów, które od wieków krążyły w przestrzeni i tu wreszcie znalazły miejsce spoczynku. Tutaj, w mroku wiecznej nocy, tworzyły się podstawy przyszłych lądów.
Pagórki zostały w tyle. Były to forpoczty licznej armii, o czym Jan przekonał się, spoglądając na mapę rozległej, podmorskiej równiny leżącej na zbyt wielkiej głębokości, by mogły ją dosięgnąć skanery.
Lodź podwodna nadal gładko ześlizgiwała się w głębiny. Teraz na ekranie pojawił się kolejny obraz i z powodu dziwnego kąta widzenia Jan dopiero po pewnym czasie zrozumiał, co widzi. Pojął, że zbliżają się do podwodnej góry wznoszącej się nad podmorską równiną.
Obraz stał się wyraźniejszy; z bliska skanery miały lepszą rozdzielczość i widok był niemal tak dobry jak przy świetle dziennym. Jan mógł już dostrzec dalsze szczegóły i obserwować dziwaczne ryby ścigające się wśród skał. Widział, jak groźnie wyglądająca ryba z rozdziawionym pyskiem przepływała nad prawie niewidoczną szczeliną w skale. Tak szybko, że ledwie zdążył uchwycić to okiem, z rozpadliny wystrzeliła długa macka i wciągnęła szamoczącą się ofiarę.
— Jesteśmy prawie na miejscu — powiedział pilot. — Za minutę zobaczy pan laboratorium.
Wolno przepływali nad skalną ostrogą wystającą z podstawy góry. Powoli ukazywała się pod nimi rozległa równina i Jan domyślił się, że łódź unosi się najwyżej kilkaset metrów nad dnem oceanu. Może kilometr przed nimi dostrzegł pęk kuł stojących na trójnogach i połączonych grubymi rurami. Wyglądały dokładnie tak samo jak zbiorniki fabryki chemicznej i rzeczywiście ich konstrukcja opierała się na podobnych zasadach. Jedyna różnica polegała na tym, że te tutaj musiały opierać się ciśnieniu z zewnątrz, a nie od wewnątrz.
— A to co takiego? — zakrztusił się Jan.
Drżącym palcem wskazał najbliższą kulę. Intrygująca plątanina linii na jej powierzchni okazała się siecią gigantycznych macek. Kiedy łódź podwodna podpłynęła bliżej, Jan zobaczył, że zbiegały się w jeden wielki, mięsisty wór, z którego łypała para ogromnych oczu.
— To prawdopodobnie jest Lucyfer — powiedział spokojnie pilot. — Znowu ktoś go dokarmia.
Przerzucił jakiś przełącznik i pochylił się nad pulpitem.
— S2 wzywa Lab. Cumujemy. Czy ktoś zechce przegonić waszego pieszczocha? Odpowiedź przyszła szybko.
— Lab do S2. Okay. Ruszajcie i podłączajcie się. Lucek zejdzie wam z drogi.
Ekran wypełniły zakrzywione, metalowe ściany. Jan dostrzegł jeszcze pospiesznie umykające w mrok gigantyczne odnóże usiane przyssawkami. Potem usłyszał stłumiony łomot i serię zgrzytnięć, gdy obejmy cumownicze wyszukiwały uchwyty na obłym kadłubie łodzi. Po kilku minutach statek został mocno przyciśnięty do ściany bazy, po czym włazy wejściowe obu zespoliły się i na ogromnej śrubie wsunęły się w głąb batyskafu. Rozległ się sygnał: Ciśnienie wyrównane, otwarto grodzie i droga do Głębinowego Laboratorium Nr l stanęła otworem.
Jan odnalazł profesora Sullivana w niewielkim, zagraconym pomieszczeniu łączącym w sobie cechy biura, warsztatu i laboratorium. Uczony oglądał za pomocą mikroskopu coś, co wyglądało jak mała bomba. Prawdopodobnie była to kapsuła ciśnieniowa zawierająca jakichś przedstawicieli głębinowej fauny, pluskających się radośnie pod zwykłym dla nich ciśnieniem rzędu paru ton na centymetr kwadratowy.
— No — powiedział Sullłvan, odrywając się od okularu. — Jak się miewa Rupert? I co mogę dla ciebie zrobić?
— Rupert czuje się świetnie — odparł Jan. — Przesyła panu pozdrowienia oraz wiadomość, że chętnie odwiedziłby pana, gdyby nie jego klaustrofobia.
— No tak, mając nad głową pięć kilometrów wody, mógłby istotnie czuć się trochę nieswojo. Skoro o tym mowa, czy tobie to nie przeszkadza?
Jan wzruszył ramionami.
— Nie bardziej niż w stratoliniowcu. Jeśli coś nawali, rezultaty będą takie same.
— To dość rozsądne podejście, chłopcze, ale zdziwiłbyś się, jak niewielu ludzi podchodzi do tego w ten sposób. — Sullivan pokręcił gałkami mikroskopu, po czym obrzucił Jana badawczym spojrzeniem. — Z przyjemnością oprowadzę cię po okolicy — powiedział — ale muszę przyznać, że nieco zaskoczyła mnie twoja prośba, którą przekazał mi Rupert. Nie rozumiem, dlaczego jeden z ogarów kosmosu interesuje się naszą pracą. Czy przypadkiem nie pomyliły ci się kierunki? — zachichotał. — Szczerze mówiąc, nie bardzo wiem, dlaczego tak się tam spieszycie. Miną wieki, zanim wszystko w oceanach zostanie pomierzone i poszufladkowane.
Jan nabrał powietrza w płuca. Rad był, że Sullivan sam zahaczył o powód wizyty, upraszczając mu w ten sposób sprawę. Mimo kpinek ichtiologa ich zawody miały ze sobą wiele podobieństw. Znalezienie wspólnego języka, zdobycie sympatii i uzyskanie pomocy rozmówcy nie powinno być zbyt trudne. Sullivan był człowiekiem z wyobraźnią inaczej nie znalazłby się w tym podwodnym świecie. Jednak Jan musiał zachować ostrożność, ponieważ to, o co zamierzał prosić, było, łagodnie mówiąc, nieco niekonwencjonalne.
Jeden fakt dodawał mu pewności siebie. Nawet jeśli Sullivan odmówi pomocy, na pewno dochowa tajemnicy. A tu, w tym małym, spokojnym pomieszczeniu na dnie Pacyfiku chyba nie należało obawiać się, że Zwierzchnicy, jakiekolwiek posiadali umiejętności, mogą przysłuchiwać się ich rozmowie.
— Profesorze Sullivan — zaczął. — Gdyby interesował się pan oceanem, a Zwierzchnicy zabroniliby panu zbliżać się do niego, jak by pan się czuł?
— Niewątpliwie byłbym po prostu wściekły.
— Jestem tego pewien. A przypuśćmy, że pewnego dnia pojawiłaby się szansa prowadzenia dalszych badań bez ich wiedzy, co by pan zrobił? Skorzystałby pan z niej?
Sullivan nie wahał się ani chwili.
— Oczywiście. Potem spróbowałbym to wyjaśnić.
„O to mi chodziło! — pomyślał Jan. — Teraz nie może się wycofać, chyba że obawia się Zwierzchników. A wątpię, czy jest na świecie coś, czego Sullivan się boi”. Pochylił się nad zawalonym eksponatami stołem i szykował się do przedstawienia swojej sprawy.
Profesor Sullivan nie był głupcem. Zanim Jan otworzył usta, wargi rozmówcy wykrzywił sardoniczny uśmiech.
— A więc o to chodzi, tak? — powiedział powoli. — To,bardzo, bardzo ciekawe! Teraz wal śmiało i powiedz mi, dlaczego miałbym ci pomóc?
Sto lat wcześniej uważano by profesora Sullivana za kosztowny kaprys. Nakłady na jego badania były porównywalne z kosztami niewielkiej wojny, a jego samego można bylo porównać do generała prowadzącego walkę z wrogiem, który nigdy nie przegrywał. Przeciwnikiem profesora Sullivana było morze, które używało przeciw niemu takich broni, jak zimno i mrok oraz najgroźniejszej: ciśnienia. Profesor ze swej strony przeciwstawiał wrogowi inteligencję i umiejętności techniczne. Wielokrotnie odnosił sukcesy, ale morze było cierpliwe; mogło poczekać. Sullivan wiedział, że pewnego dnia popełni błąd. Pocieszał się myślą, że na pewno się nie utopi. Nie będzie miał na to czasu.