Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]
Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]

Электронная книга - «Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]». Краткое содержание книги:

Szczyt zimnej wojny. Oba supermocarstwa — USA i ZSRR — wkraczają w decydującą fazę przygotowań do wysłania człowieka w Kosmos, gdy niespodziewanie na niebie pojawiają się ogromne statki Obcych…
Zwierzchnicy — bo tak zostają nazwani przybysze — przejmują całkowitą kontrolę nad światem, narzucając mu własny porządek. Nie używają przy tym siły — środek perswazji stanowi regularna manifestacja przytłaczającej potęgi technologicznej. W krótkim czasie Ziemia wkracza na drogę pokoju, dobrobytu i ogólnego szczęścia. Nie eliminuje to jednak podstawowych pytań, jakie zadaje sobie ludzkość: kim są Obcy? Skąd i po co przybyli? Kto lub co nimi kieruje? Jakie są ich zamiary wobec Ziemi i jej mieszkańców? I dlaczego cały czas pozostają w ukryciu?
1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 55
Перейти на страницу:

Jan uśmiechnął się krzywo.

— To przerażająca myśl, ale przypuszczam, że w swojej kolekcji mają już pięknie zabalsamowaną grupkę homo sapiens. Zastanawiam się, komu przypadł ten zaszczyt.

— Pewnie masz rację — powiedział niezbyt przejęty Rupert. — Można to bez trudu załatwić przez szpitale.

— A co stałoby się — kontynuował w zadumie Jan — gdyby ktoś zechciał na ochotnika polecieć do gwiazd jako żywy przedstawiciel gatunku? Zakładając, oczywiście, że zapewniono by mu ewentualny powrót.

Rupert zaśmiał się nie bez pewnej sympatii.

— Czy to oferta? Czy mam ją przekazać Rashaverakowi?

Jan przez chwilę potraktował ten pomysł niemal na serio. Potem potrząsnął głową.

— Eee… Nie, dziękuję. Tylko głośno myślałem. Prawdopodobnie odrzuciliby moją kandydaturę. Ale, ale; często ostatnio widujesz się z Kontrolerem?

— Skontaktował się ze mną jakieś sześć tygodni temu. Wyszperał gdzieś książkę, której poszukiwałem. To miłe z jego strony.

Jan wolno okrążał wypchanego potwora, podziwiając zręczność, z jaką go utrwalono.

— Czy kiedykolwiek odkryłeś coś, czego on poszukuje? — zapytał. — Mam na myśli fakt, że niełatwo pogodzić naukę Zwierzchników z ich zainteresowaniem okultyzmem.

Rupert spojrzał na Jana nieco podejrzliwie, zastanawiając się, czy szwagier nie pokpiwa sobie z jego hobby.

— Zadowalam się jego wyjaśnieniami. Jako antropologa interesują go wszelkie aspekty naszej kultury. Pamiętaj, że oni mają mnóstwo czasu. Mogą zbadać każdy problem o wiele dokładniej, niż uczyniłby to jakikolwiek człowiek. Przeczytanie całej mojej biblioteki prawdopodobnie stanowiło dla Rashaveraka niewielki wysiłek.

Moca to być odpowiedź, ale Jan nie był o tym przekonany. Czasami zastanawiał się, czy nie wtajemniczyć we wszystko Ruperta, lecz nie pozwalała mu na to wrodzona ostrożność. Gdyby Rupert ponownie spotkał się ze swoim przyjacielem Zwierzchnikiem, zapewne zdradziłby się z czymś; pokusa byłaby zbyt wielka.

— A przy okazji — rzekł Rupert, zmieniając nagle temat. — Jeżeli uważasz, że to jest poważna praca, to powinieneś zobaczyć zadanie, jakie przypadło Sullivanowi! Obiecał dostarczyć dwa największe stworzenia na świecie: kaszalota i kałamamicę-olbrzyma. Stoczą ze sobą śmiertelną walkę. Cóż to będzie za widok!

Jan przez chwilę nic nie mówił. Pomysł, który nagle eksplodował mu w głowie, był zbyt zuchwały, zbyt fantastyczny, aby rozważać go na serio. A jednak właśnie z powodu tej brawury mógł się udać…

— Co się stało? — spytał niespokojnie Rupert. — Znużył cię upał?

Jan z trudem powrócił do rzeczywistości.

— Czuję się świetnie. Po prostu zastanawiałem się, jak Zwierzchnicy zabiorą taką małą paczuszkę jak ta?

— No cóż — powiedział Rupert. — Jeden z tych ich statków transportowych zejdzie na dół, otworzy luk i wrzuci ją do środka.

— Właśnie tak to sobie wyobrażam — powiedział Jan.

Mogła to być kabina statku kosmicznego, ale nie była. Ściany były pokryte licznikami i wskaźnikami; zamiast okien przed pilotem znajdował się duży, ciemny ekran. Statek mógł unieść sześciu pasażerów, ale w tej chwili Jan był jedynym obcym na pokładzie.

Z napięciem wpatrywał się w ekran, chłonąc przesuwający się przed jego oczyma krajobraz tego dziwnego, tajemniczego rejonu. Tajemniczego? A jakże! Tak samo jak wszystko, na co mógł się natknąć pośród gwiazd, jeśli jego szalony plan się powiedzie. Oto wkraczał w królestwo koszmarnych stworzeń polujących na siebie w ciemnościach panujących od zarania świata. Było to królestwo, nad którym ludzie żeglowali przez tysiące lat, a znajdowało się nie dalej jak kilometr pod stępkami ich statków. A jednak jeszcze przed stu laty ludzie znali je słabiej niż widoczną stronę Księżyca.

Pilot opuszczał się z wyżyn powierzchni oceanu ku wciąż nie zbadanym obszarom Południowej Niecki Pacyfiku. Jan wiedział, że pojazd prowadziła niewidzialna wiązka fal dźwiękowych, wytwarzanych przez boje leżące na dnie oceanu. Nadal unosili się nad tym dnem, dużo wyżej niż chmury nad powierzchnią Ziemi.

Niewiele można było zobaczyć; skanery łodzi podwodnej na próżno przeszukiwały wodę. Zakłócenia wytwarzane przez silniki odrzutowe prawdopodobnie odstraszały mniejsze ryby, a jeśli pojawi się teraz jakieś większe stworzenie, pragnąc ustalić przyczynę hałasu, to będzie tak duże, że w ogóle nie zna strachu.

Maleńka kabina dygotała mocą — mocą, która była zdolna powstrzymywać napór niesamowitego ciężaru wody nad ich głowami i mogła wytworzyć ten mały pęcherzyk powietrza i światła, wewnątrz którego mogli żyć ludzie. „Gdyby ta moc zawiodła — pomyślał Jan, staliby się więźniami metalowego grobowca zakopanego głęboko w mule dna oceanu”.

— Pora sprawdzić pozycję — oznajmił pilot.

Przerzucił szereg przełączników i łódź podwodna powoli wytraciła szybkość, gdy silniki przestały popychać ją do przodu. Statek zastygł w bezruchu, unosząc się w wodzie jak balon w atmosferze.

Sprawdzenie pozycji na ekranie sonaru trwało tylko chwilę. Skończywszy odczytywać wskazania przyrządów, pilot zaproponował, aby przed ponownym uruchomieniem silników sprawdzić, czy nie uda się czegoś usłyszeć.

Małe pomieszczenie wypełnił cichy, jednostajny pomruk. Jan nie potrafił wyłowić z niego żadnego dźwięku, który wyróżniałby się spośród pozostałych. Był to stały szum składający się z wielu zmieszanych ze sobą odgłosów. Jan wiedział, że słucha niezliczonej liczby morskich stworzeń mówiących jednocześnie. Miał wrażenie, że stoi pośrodku kipiącej życiem puszczy — choć wtedy z pewnością rozpoznałby niektóre odgłosy. Natomiast tutaj, w tej plątaninie dźwięków nie zdołał zidentyfikować ani wyróżnić żadnego. Wszystkie zdawały się tak obce, tak odległe od wszystkiego, czego kiedykolwiek doświadczył, że włosy stanęły mu dęba na głowie. A przecież była to część jego własnego świata.

Przez rozedrgany szum przedarł się głośny wrzask jak błysk pioruna na tle burzowej chmury. Szybko ścichł w upiorny skowyt, wycie, które zamarło, lecz w chwilę później znów wróciło z oddali. Nagle z głośnika buchnął chór wrzasków, pandemonium, które sprawiło, że pilot szybko sięgnął do regulatora siły dźwięku.

— Na Boga, cóż to takiego? — sapnął Jan.

— Niesamowite, prawda? To szkółka wielorybów, jakieś dziesięć kilometrów stąd. Wiedziałem, że są tu gdzieś w pobliżu i pomyślałem, że zechciałby ich pan posłuchać.

Jan wzdrygnął się.

— A ja zawsze myślałem, że morze jest milczące! Dlaczego one robią taki harmider?

— Sądzę, że rozmawiają ze sobą. Sullivan mógłby to panu wyjaśnić. Mówią, że umie nawet rozpoznać poszczególne osobniki, chociaż trudno w to uwierzyć. Hej, mamy towarzystwo!

Na ekranie widokowym pojawiła się ryba o niewiarygodnie rozwiniętych szczękach. Wyglądała na dość sporą, ale Janowi trudno było ocenić jej rozmiary, ponieważ nie znał skali obrazu na ekranie. Tuż pod skrzelami miała sterczący do przodu długi wyrostek, zakończony jakimś dzwonkowatym organem.

— Widzimy ją w podczerwieni — powiedział pilot. — Spójrzmy na normalny obraz.

Ryba zupełnie zniknęła. Pozostał tylko kielich na końcu wyrostka, świecący jasnym, fosforyzującym blaskiem. Później, po króciutkiej chwili uwidoczniła się sylwetka stworzenia, gdy wzdłuż jego ciała zabłysła linia światełek.

— To wędkarz. Tym światełkiem zwabia inne ryby. Fantastyczne, prawda? Nie rozumiem tylko, jak to się dzieje, że ta przynęta nie zwabia ryb na tyle dużych, aby mogły go zjeść? Jednak nie możemy tu stać cały dzień. Proszę go obserwować, gdy zapuszczę silniki.

1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 55
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)