Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]
- Автор: Кларк Артур Чарльз
- Год: 1993
- Язык: польский
- Переводчик: Zbigniew Andrzej Krolicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]». Краткое содержание книги:
Zwierzchnicy — bo tak zostają nazwani przybysze — przejmują całkowitą kontrolę nad światem, narzucając mu własny porządek. Nie używają przy tym siły — środek perswazji stanowi regularna manifestacja przytłaczającej potęgi technologicznej. W krótkim czasie Ziemia wkracza na drogę pokoju, dobrobytu i ogólnego szczęścia. Nie eliminuje to jednak podstawowych pytań, jakie zadaje sobie ludzkość: kim są Obcy? Skąd i po co przybyli? Kto lub co nimi kieruje? Jakie są ich zamiary wobec Ziemi i jej mieszkańców? I dlaczego cały czas pozostają w ukryciu?
Pani Rodericks, jak najbardziej żywa, wykładała rozwiniętą teorię prawdopodobieństwa na uniwersytecie w Edynburgu. Niezwykła ruchliwość ludzi dwudziestego pierwszego wieku była powodem tego, że czarnoskóra pani Rodericks urodziła się w Szkocji, podczas gdy jej maż wyemigrował i większość życia spędził na Haiti. Maja i Jan nigdy nie mieli normalnego domu, lecz krążyli jak piłeczki pingpongowe między rodzinami swoich rodziców. Okazało się to niezłą zabawą, ale nie zlikwidowało braku systematyczności, jaki odziedziczyli po ojcu.
Dwudziestosiedmioletni Jan miał jeszcze przed sobą kilka lat studiów, zanim podejmie decyzję o wyborze kariery. Końcowe egzaminy zdał bez trudu, zgodnie z programem, który jeszcze sto lat wcześniej wydawałby się raczej niezwykły. Przedmiotami wiodącymi były matematyka i fizyka, a ponadto filozofia i kompozycja muzyczna. Nawet według surowych kryteriów swoich czasów Jan był również pierwszorzędnym pianistą.
Za trzy lata zrobi doktorat z fizyki stosowanej i astronomii. Będzie to wymagało sporo pracy, ale Janowi to odpowiadało. Studiował na uczelni, która chyba nie bez kozery cieszyła się sławą najpiękniej położonej szkoły wyższej na świecie — był nią Uniwersytet Kapsztadzki, znajdujący się u stóp Góry Stołowej.
Jan nie miał kłopotów materialnych, ale był rozgoryczony i nie widział możliwości zmiany tego stanu rzeczy. Szczęście Mai jeszcze pogarszało sytuację, chociaż w żadnym wypadku nie miał do niej o to żalu, gdyż przypominało o głównej przyczynie jego kłopotów.
Jan cierpiał bowiem w wyniku romantycznego złudzenia — powodu tylu nieszczęść i tylu napisanych wierszy — że człowiek tylko raz w życiu spotyka prawdziwą miłość. Zakochał się pierwszy raz, bardzo późno jak na normalnego mężczyznę, obdarzając swym uczuciem damę znaną raczej z urody niż ze stałości. Rosita Tsien twierdziła, zresztą zupełnie słusznie, że w jej żyłach płynie krew mandżurskich imperatorów. Nadal miała wielu wiernych poddanych, do których zaliczała się większość studentów Wydziału Nauk w Kapsztadzie. Jan padł ofiarą jej delikatnej urody egzotycznego kwiatu i sprawy zaszły na tyle daleko, że zerwanie było tym bardziej bolesne. Nie miał pojęcia, co się właściwie stało.
W końcu się z tym pogodzi, oczywiście. Inni mężczyźni wychodzili z takich katastrof bez większego uszczerbku i po pewnym czasie mogli nawet mówić: „Jestem pewien, że tak naprawdę, to nigdy mi na niej nie zależało!” Jednak ta chwila, kiedy będzie w stanie traktować całą sprawę z odpowiednim dystansem, jeszcze nie nadeszła i Jan był bardzo niezadowolony z życia.
Druga przyczyna ponurego nastroju Jana mogą być nawet trudniejsza do usunięcia, ponieważ jej źródłem był wpływ Zwierzchników na jego ambicje. Jan był romantykiem z krwi i kości. Podobnie jak wielu innych młodych ludzi, od chwili gdy stało się jasne, że dokonano podboju powietrza, skierował swoje marzenia i tęsknoty ku niezbadanym otchłaniom kosmosu.
Sto lat wcześniej Człowiek stanął na pierwszym szczeblu drabiny wiodącej do gwiazd. I oto w tej samej chwili — czy mógł to być przypadek? — zatrzaśnięto mu przed nosem drzwi do innych światów. Zwierzchnicy zakazywali niewielu rzeczy, chyba najważniejszy był zakaz prowadzenia wojen, ale badania w dziedzinie astronautyki praktycznie ustały. Wyzwanie rzucone przez naukę Zwierzchników było zbyt wielkie. Człowiek stracił zapał, przynajmniej na pewien czas, i skierował swoją aktywność w innych kierunkach. Nie widziano sensu w konstruowaniu rakiet, skoro Zwierzchnicy dysponowali nieporównanie lepszymi napędami opartymi na zasadach, których nigdy nie zdradzili.
Kilkuset ludzi odwiedziło Księżyc, aby zbudować tam obserwatorium astronomiczne. Latali wówczas małym statkiem napędzanym silnikami rakietowymi, pożyczonym od Zwierzchników. Mimo iż właściciele przekazali go, nie stawiając żadnych warunków odnośnie do wścibstwa ziemskich naukowców, nie ulegało wątpliwości, że badając tak prymitywny pojazd, niewiele można się dowiedzieć.
W ten sposób Człowiek stał się więźniem własnej planety. Była to dużo przyjemniejsza, ale i znacznie mniejsza planeta niż przed stu laty. Od kiedy za sprawą Zwierzchników zniknęły wojny, głód i choroby, zniknęła także Przygoda.
Wschodzący księżyc zaczął malować niebo na wschodzie bladomleczną poświatą. Jan wiedzial, że gdzieś tam, w okolicach Plutona, znajdowała się baza Zwierzchników. Chociaż ich statki zaopatrzeniowe musiały przybywać i odlatywać od ponad siedemdziesięciu lat, dopiero za życia Jana ujawnili ten fakt i sprawili, że manewry statków były widoczne z Ziemi. Teleskop o dwustucalowej ogniskowej pozwalał wyraźnie dostrzec wielkie cienie, jakie w porannych lub wieczornych promieniach słońca rzucały na księżycowe równiny. Ponieważ wszystko co robili Zwierzchnicy, niezmiernie intrygowało ludzi, systematycznie obserwowano przyloty i odloty statków, powoli stwierdzając pewne prawidłowości, jakie tym rządziły. Przed kilkoma godzinami jeden z wielkich cieni zniknął. Jan wiedział, co to oznacza: gdzieś w pobliżu Księżyca statek Zwierzchników, zgodnie ze swym tajemniczym rozkładem, szykował się do podróży ku odległemu, nieznanemu domowi.
Nigdy nie udało mu się zauważyć momentu startu. W sprzyjających warunkach spektakl ten mogło oglądać pół świata, ale Jan zawsze miał pecha. Startu nie dawało się przewidzieć, a Zwierzchnicy nie podawali terminu do wiadomości. Jan postanowił, że poczeka jeszcze dziesięć minut, a potem zejdzie na przyjęcie.
A to co? Tylko meteor przecinający rejony Alfa Eridani. Jan rozluźnił się, stwierdził, że zgasł mu papieros i zapalił następnego.
Wypalił go do połowy, gdy w odległości pół miliona kilometrów uruchomiono gwiezdny silnik. Z samego serca rozszerzającej się mgławicy księżycowej poświaty wystrzeliła ku zenitowi maleńka iskierka. Wspinając się wciąż wyżej, lśniła coraz intensywniej, aż nagle znikła. Po chwili pojawiła się znowu, nadal nabierając szybkości i blasku. Pulsując miarowo, z rosnącą prędkością przenikała w głąb nieba, rysując jasną linię światła na tle gwiazd. Nawet komuś, kto nie miał pojęcia, w jakiej znajdowała się odległości, wrażenie pędu zapierało dech w piersiach; a gdy wiedziało się, że odlatujący statek był gdzieś za Księżycem, w głowie kręciło się na myśl o związanej z tym energii i szybkości.
Jan wiedział, że to, co teraz oglądał, było ubocznym efektem zastosowania tej energii. Sam statek był już niewidoczny i znajdował się gdzieś daleko przed tym wznoszącym się światełkiem. Tak jak lecący wysoko odrzutowiec pozostawia za sobą smugę rozrzedzonego powietrza, tak oddalający się statek Zwierzchników zostawiał swój szczególny ślad. Ogólnie przyjęta teoria — nie budząca większych wątpliwości — głosiła, że niesamowite przyspieszenie gwiezdnego silnika powodowało lokalne zniekształcenia przestrzeni. Jan wiedział, że to, na co patrzy, jest światłem dalekich gwiazd, zebranym i zogniskowanym tam, gdzie wzdłuż śladu powstały po temu odpowiednie warunki. Był to widomy dowód słuszności teorii względności — ugięcie światła spowodowane kolosalnym polem grawitacyjnym.
Teraz koniec tej ogromnej soczewki, mającej kształt ołówka zdawał się poruszać wolniej, lecz i to było złudzeniem spowodowanym perspektywą. W rzeczywistości statek stale zwiększał szybkość; po prostu ślad jego lotu skracał się, w miarę jak kolos oddalał się ku gwiazdom. Jan wiedział, że na statek skierowano w tej chwili wiele teleskopów, ponieważ ziemscy naukowcy nadal usiłowali odkryć tajemnicę napędu. Opublikowano już ponad tuzin teorii na ten temat i Zwierzchnicy niewątpliwie czytali je z najwyższym zainteresowaniem.
Widmowe światełko zaczęło znikać. Teraz było już gasnącą smugą skierowaną tak, jak się tego spodziewał, w serce konstelacji Cariny. Gdzieś w tym rejonie była ojczyzna Zwierzchników, mogąca znajdować się w pobliżu każdej z tysiąca gwiazd położonych w tym sektorze przestrzeni. W żaden sposób nie było można określić jej odległości od Układu Słonecznego.