Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]
- Автор: Кларк Артур Чарльз
- Год: 1993
- Язык: польский
- Переводчик: Zbigniew Andrzej Krolicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]». Краткое содержание книги:
Zwierzchnicy — bo tak zostają nazwani przybysze — przejmują całkowitą kontrolę nad światem, narzucając mu własny porządek. Nie używają przy tym siły — środek perswazji stanowi regularna manifestacja przytłaczającej potęgi technologicznej. W krótkim czasie Ziemia wkracza na drogę pokoju, dobrobytu i ogólnego szczęścia. Nie eliminuje to jednak podstawowych pytań, jakie zadaje sobie ludzkość: kim są Obcy? Skąd i po co przybyli? Kto lub co nimi kieruje? Jakie są ich zamiary wobec Ziemi i jej mieszkańców? I dlaczego cały czas pozostają w ukryciu?
— Och, już nic. Zastanawiam się, co o tym wszystkim pomyślał sobie Zwierzchnik. Prawdopodobnie zdobył więcej materiału do rozważań niż zamierzał. — Jean lekko drgnęła i w jej oczach pojawił się lęk. — George, ja się boję Zwierzchników. Nie chodzi mi o to, że uosabiają Zło czy tym podobne idiotyzmy. Jestem pewna, że pragną naszego dobra i robią dla nas to, co uważają za najlepsze. Zastanawiam się po prostu, jakie są ich plany?
George poruszył się niespokojnie.
— Ludzie próbują to odgadnąć, od kiedy Zwierzchnicy przybyli na Ziemię — powiedział. — Poinformują nas, kiedy uznają za stosowne, a prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi. Zresztą, mam na głowie ważniejsze sprawy.
Obrócił się do Jean i ujął ją za ręce.
— Co powiedziałabyś na to, żebyśmy poszli jutro do Archiwów i podpisali umowę, powiedzmy… na pięć lat.
Jean przez chwilę spoglądała na niego badawczo, po czym doszła do wniosku, że w sumie podoba jej się to, co zobaczyła.
— Niech będzie dziesięć — powiedziała.
Jan czekał, aż nadejdzie jego czas. Nie było powodu do pośpiechu, a chciał wszystko dokładnie przemyśleć. Wyglądało niemal tak, jakby bał się to sprawdzić, nie chcąc, aby niezwykła szansa, która pojawiła się przed nim, nie zniknęła zbyt szybko. Dopóki nie wiedział na pewno, mógł przynajmniej marzyć.
Zresztą, chcąc podjąć jakiekolwiek działanie, musiałby zobaczyć się z bibliotekarką Obserwatorium. Dobrze znała zarówno jego, jak i jego zainteresowania i na pewno zaciekawiłaby ją ta prośba. Prawdopodobnie nie miałoby to żadnego znaczenia, ale Jan postanowił niczego nie pozostawiać przypadkowi. Wiedział, że był przesadnie ostrożny, ale dodawało to przedsięwzięciu posmaku przygody. Równie mocno obawiał się śmieszności, jak i tego, co mogą zrobić Zwierzchnicy, aby go powstrzymać. Jeśli jego teoria miała się okazać pościgiem za cieniem, wolał, aby nikt o tym nie wiedział.
Miał świetny powód, aby udać się do Londynu: uzgodniono to już kilka tygodni wcześniej. Chociaż zbyt młody i niedostatecznie wykwalifikowany aby być delegatem, znalazł się jednak w grupie trzech studentów, którym pozwolono przyłączyć się do oficjalnej delegacji na międzynarodową konferencję Stowarzyszenia Astronomów. Pozostało jakieś wolne miejsce, szkoda wiec byłoby stracić okazję, szczególnie, że nie był w Londynie od dziecka. Wiedział, że niewiele prelekcji zaprzątnie jego uwagę, nawet gdyby zdołał je zrozumieć. Podobnie jak delegaci na inne konferencje naukowe zapisze się na te odczyty, które wydają się najbardziej interesujące, a resztę czasu spędzi na rozmowach z innymi entuzjastami i na zwiedzaniu zabytków.
W ciągu ostatnich piętnastu lat Londyn bardzo się zmienił. Liczył teraz zaledwie dwa miliony ludzi i sto razy tyle maszyn. Przestał być wielkim portem, bo teraz każdy kraj był niemal całkowicie samowystarczalny i w ten sposób światowy handel uległ gruntownej przemianie. Niektóre produkty najlepiej wytwarzano w pewnych krajach, ale transportowano je drogą powietrzną wprost do odbiorców. Szlaki handlowe, które kiedyś zbiegały się w wielkich portach, a później na wielkich lotniskach, w końcu rozpłynęły się w pokrywającej świat gęstej pajęczynie lotniczych połączeń.
Jednak pewne rzeczy się nie zmieniły. Miasto pozostało ośrodkiem administracji, sztuki i nauki. W tych dziedzinach nie mogła z nim rywalizować żadna z kontynentalnych stolic, nawet Paryż, choć wielu twierdziło coś zupełnie przeciwnego. Żyjący w Londynie sto lat wcześniej mieszczuch także i dziś, przynajmniej w śródmieściu, odnalazłby bez trudu drogę. Nad Tamizą przerzucono nowe mosty, ale stanowiły one przedłużenie starych ulic. Wielkie, brudne dworce kolejowe zniknęły — przeniesiono je na przedmieścia. Gmach Parlamentu stał jednak jak dawniej, Nelson spoglądał z góry swoim jedynym okiem na Whitehall, a kopuła katedry Świętego Pawła nadal wznosiła się na Ludgate Hill, chociaż teraz wyższe budynki rzucały wyzwanie jej poprzedniej wielkości.
A przed Pałacem Buckingham nieodmiennie defilowali gwardziści…
Wszystko to, myślał Jan, może poczekać. Był właśnie okres wakacji i razem z dwoma pozostałymi studentami zakwaterowano go w domu akademickim uniwersytetu. Bloombury również pozostało sobą; mimo upływu stu lat nadal stanowiło enklawę hoteli i pensjonatów, mimo iż nie przylegały już one do siebie tak ciasno i nie tworzyły nie kończących się, identycznych szeregów z zakopconej cegły.
Dopiero drugiego dnia trwania kongresu Jan dostrzegł swoją szansę. Najważniejsze odczyty wygłaszano w wielkiej auli Centrum Nauk, w pobliżu Hali Koncertowej, która w tak wielkim stopniu przyczyniła się do tego, że Londyn stał się muzyczną stolicą świata. Jan zamierzał wysłuchać pierwszego z zaplanowanych na ten dzień wykładów, o którym wieść niosła, że miał rozbić w proch dotychczasowe teorie powstawania planet.
Może istotnie tak się stało, lecz opuszczając salę, Jan był niewiele mądrzejszy niż przedtem. Zbiegł na dół, aby odnaleźć na planie obiekty, które miał zamiar zwiedzić.
Jakiś dowcipny urzędnik umieścił siedzibę Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego na najwyższym piętrze wielkiego budynku, ustanawiając to aktem, który członkowie Towarzystwa w pełni doceniali, gdyż dzięki niemu mieli wspaniały widok na całą północną część miasta na drugim brzegu Tamizy. W pobliżu nie było nikogo, ale Jan, na wypadek indagacji niosąc w ręce swoją kartę uczestnika jak paszport, bez trudu odnalazł bibliotekę.
Blisko godzinę zajęło mu odnalezienie tego, czego szukał i nauczenie się korzystania z wielkich katalogów gwiazd zawierających miliony haseł. Zbliżając się do końca swoich poszukiwań, drżał z niecierpliwości i cieszył się, że w sąsiedztwie nie było nikogo, kto zobaczyłby, jak bardzo jest zdenerwowany.
Odłożył katalog na miejsce i przez długą chwilę siedział nieruchomo, wbijając niewidzące spojrzenie w ścianę książek. Potem powoli wyszedł na opustoszały korytarz obok biura sekretariatu (ktoś tam był, zajęty rozpakowywaniem książek) i ruszył schodami w dół. Nie pojechał windą, bo chciał być sam i mieć swobodę ruchów. W programie figurował jeszcze jeden wykład, którego zamierzał wysłuchać, ale teraz nie było to już takie ważne.
Oparł się o balustradę i usiłując pozbierać myśli, zapatrzył się w niespiesznie podążającą ku morzu Tamizę. Niełatwo było komuś wychowanemu w duchu racjonalistycznym zaakceptować dowód, który właśnie odkrył. Oczywiście, nigdy nie zdobędzie absolutnej pewności, ale prawdopodobieństwo, że istotnie tak jest, było olbrzymie. Wolno spacerując wzdłuż balustrady, porządkował kolejne fakty.
Fakt numer jeden: na przyjęciu Ruperta nikt nie mógł przewidzieć, że Jan zamierza zadać to pytanie. Sam tego nie wiedział; w tamtych okolicznościach była to reakcja spontaniczna. Zatem nikt nie mógł przygotować odpowiedzi i czekać na jego pytanie.
Fakt numer dwa: symbol NGS 549672 oznacza cokolwiek prawdopodobnie tylko dla astronoma. Chociaż „Wielki Katalog Gwiazd” został skompletowany już przed stu laty, o jego istnieniu wiedziało jedynie kilka tysięcy specjalistów. Zaś wybierając zeń na chybił trafił jakiś numer, absolutnie nie można było przewidzieć z góry, w jakim rejonie nieba leży oznaczona nim gwiazda.
Jednak, i to był fakt numer trzy, który Jan odkrył właśnie przed chwilą, ta mała, niczym nie wyróżniająca się gwiazdka znana jako NGS 549672 znajdowała się dokładnie na właściwym miejscu. Leżała w centrum konstelacji Cariny, na końcu obserwowanego przez niego kilka dni wcześniej lśniącego szlaku, wiodącego przez głębie Układu Słonecznego.
Przypadek był wykluczony. NGS 549672 musi być ojczyzną Zwierzchników. Jednak zaakceptowanie tego faktu oznaczało dla Jana pogwałcenie wszystkich wpojonych mu zasad naukowego podejścia do każdego zjawiska. Bardzo dobrze, niech idą do diabła! Trzeba pogodzić się z faktem, że zwariowany eksperyment Ruperta w jakiś sposób otarł się o nieznane do tej pory źródło wiedzy.