Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]
Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]

Электронная книга - «Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]». Краткое содержание книги:

Szczyt zimnej wojny. Oba supermocarstwa — USA i ZSRR — wkraczają w decydującą fazę przygotowań do wysłania człowieka w Kosmos, gdy niespodziewanie na niebie pojawiają się ogromne statki Obcych…
Zwierzchnicy — bo tak zostają nazwani przybysze — przejmują całkowitą kontrolę nad światem, narzucając mu własny porządek. Nie używają przy tym siły — środek perswazji stanowi regularna manifestacja przytłaczającej potęgi technologicznej. W krótkim czasie Ziemia wkracza na drogę pokoju, dobrobytu i ogólnego szczęścia. Nie eliminuje to jednak podstawowych pytań, jakie zadaje sobie ludzkość: kim są Obcy? Skąd i po co przybyli? Kto lub co nimi kieruje? Jakie są ich zamiary wobec Ziemi i jej mieszkańców? I dlaczego cały czas pozostają w ukryciu?
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 55
Перейти на страницу:

— Szczerze mówiąc — rzekł — Zwierzchnicy sporo stracili w moich oczach. Myślałem, że potrafią lepiej spożytkować swój czas.

— Jesteś niepoprawnym materialistą, prawda? Chociaż nie sądzę, żeby Jean zgodziła się z tym bez zastrzeżeń. Jednak nawet z twojego, tak zwanego „praktycznego” punktu widzenia, ma to swój sens. Na pewno sam chciałbyś poznać przesądy każdej prymitywnej rasy, z jaką miałbyś do czynienia.

— Pewnie tak — powiedział nie w pełni przekonany George. Kant stołu był dość twardy, więc zszedł na podłogę. Rupert wreszcie zmieszał drinka, który znalazł w jego oczach uznanie, i chciał wrócić do swoich gości, głośno domagających się jego powrotu.

— Hej! — zaprotestował George. — Zanim znikniesz, mam jeszcze jedno pytanie. Jak udało ci się zdobyć ten telenadajnik, którym próbowałeś nas nastraszyć?

— Trochę się potargowałem. Wykazałem, że przyda mi się to do pracy i Rashy przekazał problem w odpowiednie ręce.

— Wybacz, że jestem taki tępy, ale czym ty się teraz właściwie zajmujesz? Oczywiście, przypuszczam, że ma to coś wspólnego ze zwierzętami.

— Słusznie. Jestem starszym weterynarzem. Moja praktyka rozciąga się na obszar jakichś dziesięciu tysięcy mil kwadratowych dżungli, a ponieważ moi pacjenci do mnie nie przychodzą, muszę sam rozglądać się za nimi.

— To ci pewnie zajmuje sporo czasu.

— Och, oczywiście, nie zajmuję się drobnicą. Tylko lwy, słonie, nosorożce i tak dalej. Codziennie rano puszczam aparat na wysokość około stu metrów, siadam przed ekranem i ruszam na wycieczkę po okolicy. Kiedy widzę, że ktoś ma kłopoty, włażę do glidera z nadzieją, iż moje samarytańskie zamiary spotkają się z miłym przyjęciem. Czasem jest to dość kłopotliwe. Lwy i ich krewni to sprawa prosta, ale na przykład uśpienie nosorożca trafieniem z góry to piekielna robota.

— Rupert! — wrzasnął ktoś z sąsiedniego pokoju.

— No i popatrz, co narobiłeś! Przez ciebie zapomniałem o moich gościach! Masz, bierz tę tacę. Tamte są z wermutem, nie chcę, żeby się pomieszały.

Dopiero pod wieczór George zdołał wymknąć się na dach. Z kilku powodów bolała go głowa i od dawna miał ochotę uciec od panującego na dole hałasu i zamieszania. Jean, tańcząca znacznie lepiej od niego, nadal świetnie się bawiła i nie chciała z nim wyjść. George, którego alkohol nastroił amoroso, postanowił samotnie podąsać się w blasku gwiazd.

Na dach można było się dostać, wjeżdżając ruchomymi schodami na pierwsze piętro, a potem korzystając ze spiralnych schodów biegnących wokół kornina aparatury klimatyzacyjnej. Schody kończyły się wąskim lukiem prowadzącym na piaski, szeroki dach. Z jednej jego strony znajdował się parking glłdera należącego do Ruperta, na środku nieco zapuszczony ogród, a po drugiej stronie — taras z kilkoma leżakami do obserwacji nieba. George opadł na jeden z nich i rozejrzał się wokół niczym Cezar. Czuł się absolutnym panem wszystkiego, co widział.

A widok był, bez przesady, całkiem, całkiem. Dom Ruperta wznosił się na skraju wielkiego uskoku, który opadając ku wschodowi, przechodził pięć kilometrów dalej w krainę bagien i jezior. Od zachodu teren był płaski i dżungla podchodziła prawie do kuchennych drzwi domostwa. Jednak za pasem dżungli, co najmniej w odległości pięćdziesięciu kilometrów, z północy na południe przebiegał łańcuch górski przypominający wysoką ścianę. Wierzchołki gór przyprószył śnieg, a unoszące się nad nimi chmury zapalały się czerwienią, gdy słońce odbywało ostatnie kilka minut swej codziennej wędrówki. Spoglądający na tę scenę George nagle wytrzeźwiał i serce ścisnął mu dziwny niepokój. Gwiazdy, które z niesamowitą szybkością pojawiły się na niebie, były mu zupełnie nie znane. Spróbował odszukać Krzyż Południa, ale bezskutecznie. Chociaż niewiele wiedział o astronomii, potrafił rozpoznać niektóre gwiazdozbiory i nieobecność starych znajomych mocno go zirytowała. Podobnie jak niepokojąco bliskie odgłosy dobiegające z dżungli. „Wystarczy już tego świeżego powietrza — pomyślał George. — Wrócę na przyjęcie, zanim nietoperz-wampir lub jakieś inne, równie miłe stworzenie przyleci tu, aby się rozejrzeć”.

Ruszył z powrotem, kiedy z luku wyłonił się kolejny gość. Było już ciemno i George, nie mogąc rozpoznać przybyłego, zawołał:

— Proszę tutaj! Pan także ma dość?

— Rupert zaczyna wyświetlać swoje filmy. Widziałem już wszystkie.

— Chce pan papierosa?

— Dziękuję.

W świetle płomienia zapalniczki, George przepadał za takimi antykami, rozpoznał swojego rozmówcę: uderzająco przystojnego młodego Murzyna, którego imię zapomniał zaraz po tym, jak ktoś mu go przedstawił, zresztą tak samo jak imiona dwudziestu innych osób na tym przyjęciu. Jednak w wyglądzie przybyłego dostrzegł coś znajomego i nagle George domyślił się prawdy.

— Nie sądzę, żebyśmy przedtem mieli okazję poznać się bliżej, ale czy nie jest pan nowym szwagrem Ruperta?

— Nie da się zaprzeczyć. Jestem Jan Rodericks. Wszyscy mówią, że Maja i ja jesteśmy do siebie podobni.

George przez chwilę zastanawiał się, czy nie wyrazić Janowi wyrazów współczucia z powodu nowo nabytego krewnego. Jednak pomyślał, że lepiej będzie, jeśli biedak sam odkryje prawdę; a zresztą bardzo możliwe, że tym razem Rupert wsiąknie na dobre.

— Jestem George Greggson. Pan pewnie pierwszy raz na jednym ze słynnych przyjęć Ruperta?

— Tak. W ten sposób można poznać sporo nowych ludzi.

— I nie tylko ludzi — dodał George. — Po raz pierwszy miałem okazję spotkać Zwierzchnika na gruncie towarzyskim.

Tamten zawahał się chwilę, zanim odpowiedział i George zaczął się zastanawiać, w jakiż to czuły punkt trafił. Odpowiedź niczego nie wyjaśniła.

— Nie widziałem przedtem żadnego z nich, oczywiście nie licząc tych oglądanych w telewizji.

Dalsza rozmowa już się nie kleiła i George szybko zorientował się, że Jan chciałby zostać sam. Zresztą i tak zrobiło się chłodno. Pożegnał się i dołączył do reszty towarzystwa.

Dżungla ucichła i kiedy Jan oparł się o obłą ścianę nawiewnika powietrza, jedynym dźwiękiem, jaki usłyszał, był stłumiony szum mechanicznego oddechu płuc domu. Był bardzo samotny i właśnie tak chciał się czuć. Był także bardzo zdenerwowany, a tego wcale nie pragnął.

Żadna utopia nie zadowoli wszystkich. Gdy warunki życiowe człowieka poprawiają się, podnosi poprzeczkę wyżej i nie zadowala się już władzą ani stanem posiadania, które kiedyś zdawały mu się niemożliwym do spełnienia marzeniem. Nawet kiedy osiągnie już wszystko, co mógł zaoferować świat, pozostają jeszcze głębie umysłu i tęsknoty serca.

Jan Rodericks, chociaż rzadko z czegokolwiek się cieszył, w poprzedniej epoce byłby jeszcze bardziej niezadowolony. Sto lat wcześniej kolor skóry byłby mu ogromną, może nawet decydującą przeszkodą. Teraz nie miało to żadnego znaczenia. Poczucie przewagi, jakie ze zrozumiałych względów mieli Murzyni na początku dwudziestego pierwszego wieku, dawno już zniknęło. Wygodne słowo „czarnuch” nie było już towarzyskim tabu, używano go powszechnie i bez skrępowania. Nie miało bardziej emocjonalnego zabarwienia niż takie określenia, jak: republikanin, metodysta, konserwatysta czy liberał.

Ojcem Jana był uroczy, ale nieco niezaradny życiowo Szkot, który zdobył sławę jako zawodowy iluzjonista. Jego przedwczesna śmierć w dość młodym wieku czterdziestu pięciu lat wiązała się z nadmiernym spożyciem najbardziej znanego produktu wytwarzanego w jego ojczyźnie. Chociaż Jan nigdy nie widział ojca pijanego, nie mógł także powiedzieć, by kiedykolwiek widział go trzeźwego.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 55
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)