Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]
- Автор: Кларк Артур Чарльз
- Год: 1993
- Язык: польский
- Переводчик: Zbigniew Andrzej Krolicki
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Koniec dzieciństwa [Childhood's End - pl]». Краткое содержание книги:
Zwierzchnicy — bo tak zostają nazwani przybysze — przejmują całkowitą kontrolę nad światem, narzucając mu własny porządek. Nie używają przy tym siły — środek perswazji stanowi regularna manifestacja przytłaczającej potęgi technologicznej. W krótkim czasie Ziemia wkracza na drogę pokoju, dobrobytu i ogólnego szczęścia. Nie eliminuje to jednak podstawowych pytań, jakie zadaje sobie ludzkość: kim są Obcy? Skąd i po co przybyli? Kto lub co nimi kieruje? Jakie są ich zamiary wobec Ziemi i jej mieszkańców? I dlaczego cały czas pozostają w ukryciu?
— NIE — natychmiast odparła płytka. Rupert popatrzył na przyjaciół.
— Pozostawia nam inicjatywę. Niekiedy samo chętnie udziela informacji, ale tym razem musimy zadawać konkretne pytania. Czy ktoś ma ochotę zacząć?
— Czy jutro będzie padać deszcz? — zapytał kpiąco George.
Krążek natychmiast zaczął poruszać się po linii łączącej „Tak” i „Nie”.
— To głupie pytanie — karcąco powiedział Rupert. — Gdzieś z pewnością będzie padać, a gdzieś nie. Zadawaj pytania, na które można udzielić jednoznacznej odpowiedzi.
George poczuł się jak skarcony uczniak. Postanowił nie zadawać następnego pytania.
— Jaki jest mój ulubiony kolor? — zapytała Maja.
— NIEBIESKI — padła natychmiast odpowiedź.
— Zgadza się.
— Ależ to niczego nie dowodzi. Spośród obecnych wiedzą o tym co najmniej trzy osoby — wytknął George.
— Jaki jest ulubiony kolor Ruth? — spytał Benny.
— CZERWONY.
— Czy to prawda, Ruth?
Notująca przebieg eksperymentu żona Shoenberga uniosła głowę znad notatnika.
— Tak, to prawda. Ale wie o tym Benny, a on jest w kręgu.
— Nie wiedziałem — odparł Benny.
— A powinieneś, psiakrew, tyle razy ci o tym mówiłam!
— Pamięć podświadoma — mruknął Rupert. — To się często zdarza. Słuchajcie, proszę, czy nie możemy zadać paru inteligentnych pytań? Teraz, kiedy tak dobrze idzie, nie chciałbym tego zepsuć.
To dziwne, ale trywialność zjawiska zaczęła robić wrażenie na George’u. Był pewien, że można je wytłumaczyć, nie odwołując się do sił nadprzyrodzonych; jak powiedział Rupert, płytka po prostu reagowała na podświadome ruchy ich mięśni. Jednak ten fakt sam w sobie był zaskakujący i robił wrażenie;
George nigdy nie uwierzyłby, że można w ten sposób otrzymywać tak szybkie i dokładne odpowiedzi. Za którymś razem próbował sprawić, by krążek podał jego imię. Udało mu się z „G”, lecz reszta była bezsensownym zlepkiem liter. „To rzeczywiście niemożliwe — pomyślał — aby jedna osoba bez udziału pozostałych przejęła kontrolę nad spodkiem”.
Po pół godzinie Ruth miała już zanotowanych ponad tuzin wiadomości. Niektóre były dość długie. Czasem zdarzały się pomyłki ortograficzne lub stylistyczne, ale było ich niewiele. Na czymkolwiek opierało się to zjawisko, George był pewien, że nie mógł świadomie wpłynąć na wyniki. Kilka razy, gdy stolik literował jakieś słowo, próbował przewidzieć następną literę, a w konsekwencji treść wiadomości. W każdym przypadku płytka zachowywała się zupełnie nieoczekiwanie i wychodziło zupełnie coś innego. Chwilami istotnie — ponieważ nie było przerw wskazujących na koniec jednego słowa i początek następnego — odpowiedź wydawała się pozbawiona sensu, dopóki nie była pełna i póki Ruth nie przeczytała jej na głos.
Cały ten eksperyment sprawił, że George miał niesamowite wrażenie obcowania z jakimś skupionym, niezależnym umysłem. A jednak nie było na to żadnego jednoznacznego dowodu. Odpowiedzi były tak trywialne, tak ogólnikowe. Cóż, na przykład, można wywnioskować z takiej:
WIERZCIEWCZLOWIEKAPRZYRODAJESTZWAMI.
Czasem jednak odpowiedzi sugerowały rzeczy głębsze i bardziej niepokojące:
PAMIĘTAJCIECZLOWIEKNIEJESTSAMOBOKCZLOWIEKAJESTKRAINAINNYCH
Przecież o tym, rzecz jasna, wszyscy wiedzieli. A jednak czy można było mieć pewność, że wiadomość dotyczyła tylko Zwierzchników?
George’owi chciało się już bardzo spać. „Najwyższy czas — pomyślał sennie — udać się do domu”. Wszystko to było bardzo intrygujące, ale do niczego nie prowadziło, a nawet smacznym tortem można się przejeść. Rozejrzał się wokół. Benny wyglądał, jakby czuł się podobnie. Maja i Rupert mieli już lekko szkliste spojrzenia, a Jean… No cóż, ona brała to wszystko zbyt poważnie. Jej wygląd zaniepokoił George’a. Sprawiała wrażenie osoby obawiającej się przerwać seans — a jednocześnie pełnej lęku przed jego kontynuowaniem.
Pozostał więc tylko Jan. George zastanawiał się, co chłopak myśli o swoim ekscentrycznym szwagrze. Młody inżynier nie zadawał żadnych pytań i nie okazywał zdziwienia odpowiedziami krążka. Wydawało się, że traktuje seans jak kolejne zjawisko naukowe wymagające zbadania.
Rupert ocknął się z letargu, w jaki zdawał się zapadać.
— Jeszcze jedno pytanie — powiedział — i będziemy mogli uznać, że poszło nieźle. Może ty, Jan? Jeszcze o nic nie pytałeś.
Zdumiewające było to, że Jan w ogóle się nie zawahał. Jakby miał to pytanie już od dawna przygotowane i tylko czekał na okazję. Spojrzał na nieruchomą sylwetkę Rashaveraka, po czym zapytał wyraźnym, spokojnym głosem:
— Która gwiazda jest słońcem świata Zwierzchników?
Rupert powstrzymał się i nie gwizdnął z podziwu. Maja i Benny wcale nie zareagowali. Jean zamknęła oczy i zdawała się spać. Rashaverak pochylił się naprzód, tak że przez ramię Ruperta mógł widzieć krążek.
Płytka zaczęła się poruszać. Kiedy wreszcie zatrzymała się, nastąpiła chwila ciszy, po czym rozległ się zdziwiony głos Ruth:
— Co to jest NGS 549672? Nie doczekała się odpowiedzi, ponieważ w tejże chwili George zawołał niespokojnie:
— Pomóżcie mi podnieść Jean. Obawiam się, że zemdlała.
— Ten Boyce — powiedział Karellen. — Opowiedz mi o nim.
Oczywiście, Kontroler nie użył tych właśnie slów, a i myśli, które wyraził, były dużo bardziej zawiłe. Przysłuchujący się temu człowiek odebrałby krótką serię modulowanych dźwięków przypominającą przyspieszony nadajnik Morse’a w akcji. Chociaż zarejestrowano wiele próbek języka Zwierzchników, opierał się on wszelkim próbom analizy ze względu na maksymalne zagęszczenie przekazywanych w nim informacji. Szybkość przekazu była tak wielka, że żaden tłumacz, nawet gdyby opanował ten jęzpk, nie byłby w stanie dotrzymać kroku normalnie rozmawiającym Zwierzchnikom.
Kontroler stał odwrócony plecami do Rashaveraka, spoglądając w różnobarwną otchłań Kanionu Kolorado. Dziesięć kilometrów dalej słońce oblewało swym blaskiem niemal nie zatarte odległością tarasowate urwisko. Setki metrów niżej, w cieniu ściany, na krawędzi której stał Karellen, karawana mułów podążała krętą ścieżką w głąb kanionu. „To dziwne — pomyślał Karellen — że wciąż jeszcze tylu ludzi korzysta z każdej okazji, aby zachowywać się prymitywnie. Gdyby chcieli, mogliby przecież dotrzeć na dno parowu w ułamku tego czasu i w dużo wygodniejszy sposób. Jednak woleli męczyć się na szlaku, który prawdopodobnie był tak niebezpieczny, jak na to wyglądał”.
Karellen nieznacznie poruszył ręką. Wielka panorama zniknęła, pozostawiając jedynie gęsty mrok. Realia urzędu i zajmowanej pozycji raz jeszcze przytłoczyły Kontrolera.
— Rupert Boyce to dość ciekawa postać — odrzekł Rashaverak. — Odpowiada zawodowo za stan zdrowia zwierzyny w Głównym Rezerwacie Afrykańskim. Pracuje z zaangażowaniem i ma dobre wyniki. Ponieważ musi obserwować kilka tysięcy kilometrów kwadratowych powierzchni, dostał jedną z piętnastu kamer panoramicznych, jakie dotychczas pożyczyliśmy ludziom, oczywiście ze zwykłymi zabezpieczeniami. Akurat jest to jedyna mająca możliwość pełnej projekcji. Udało mu się przekonująco uzasadnić taką potrzebę, więc poszliśmy mu na rękę.
— Jak to uzasadniał?
— Chciał, by różne dzikie zwierzęta przyzwyczaiły się do jego obecności i nie atakowały go, kiedy pojawi się we własnej osobie. Udawało mu się to dość dobrze ze zwierzętami, które bardziej polegają na wzroku niż na węchu, chociaż zapewne w końcu zostałby kiedyś zabity. Ponadto był jeszcze jeden powód, dla którego pozwoliliśmy mu korzystać z naszego aparatu.