Gazeta Lokalna
- Автор: Lapid Shulamit
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Gazeta Lokalna». Краткое содержание книги:
Niepozorny, szczupły człowieczek, który siedział pomiędzy dziennikarzami, podniósł się z miejsca i stanął w takiej pozie, że zarówno jego brzuch, jak i góra pleców były zwrócone w stronę Jakobsona. Nie, właściwie nie ma nic do dodania – powiedział. Może poza tym, że zaznacza się tu wyraźny wpływ Cunninghama, tak jak oczywiście w Siddharcie, z tym że tam brzmienie było indyjskie. Częściowo tybetańskie, częściowo indyjskie. I to tyle mniej więcej – zakończył i opadł z powrotem na krzesło jak zwolniona sprężyna.
Dziennikarze nalewali sobie sok pomarańczowy i zaczęli wyjadać słone paluszki z papierowych kubeczków, gdy Lizzi poczuła, że coś dźga ją w plecy. Obróciła się i ujrzała Adulama, który celował parasolem w środek jej płaszcza i dawał znaki, żeby wyszła na zewnątrz. Odsunęła czubek parasola i zamierzała notować dalej, ale uświadomiła sobie, że pamięta tylko coś o Indiach. Chętnie wyszłaby z teatru, ale po tym hałasie, który spowodowała wchodząc, nie pozostawało jej nic innego, jak siedzieć i czekać, aż inni sobie pójdą. Francuska dziennikarka zapytała, czy wybór tematów jest w pewnym sensie protestem. Jakobson odparł, że to raczej reakcja niż protest, ale może być też protest, chociaż on woli się nad tym nie rozwodzić. Na sali zapanowała cisza. Lizzi przemknęło przez myśl, że może wszyscy obecni w ogóle nie są dziennikarzami, tylko członkami jakiegoś rewolucyjnego podziemia. Miło będzie zostać aresztowanym nie wiadomo za co i dlaczego.
Przed budynkiem natknęli się na grupkę demonstrantów – cztery kobiety i trzech mężczyzn, ubranych jak do wspinaczki wysokogórskiej, którzy nieśli transparent z napisem: „Skończyć z okupacją!” Wiał wiatr, niosąc w ich stronę kłęby cierni i plew wirujące w tumanie pyłu. Adulam otworzył parasol i trzymając go przed sobą jak rycerz tarczę, odprowadził Lizzi do samochodu.
Zaproponował jej układ.
Dziennikarze, których spotykają na konferencjach, są korespondentami prasy krajowej. Ich praca opiera się na innych zasadach, stawia im się inne wymagania. Tylko oni, Beni Adulam i Lizzi Badihi, są obciążeni podwójnie. Muszą dostarczać wiadomości i do prasy krajowej, i do prasy lokalnej. Według niego nie może tak dalej być. Nie powinni się uganiać za każdym przedsiębiorcą, który otworzył nową pizzerię, albo wariatem, co powiesił psa na latarni, protestując przeciw brakowi jakiegoś towaru. Proponuje, żeby zaczęli ze sobą współpracować. Jest zajęty, studiuje, nie chce mu się informować redakcji o każdym kichnięciu każdego żebraka w tym mieście. W ciągu tych kilku miesięcy, które przepracował w „Dzienniku Południa”, zebrał więcej kopniaków niż w ciągu całego życia, ze służbą w artylerii włącznie. Wszystko ma swoje granice, nie?
– Chciałbyś, żebym przestała pracować dla „Czasu” krajowego?
– Nie przesadzaj. Mam na myśli rzeczy, które mogą się ukazać tylko w gazetach lokalnych. Biorę udział we wszystkich tych konferencjach tylko ze strachu, że pani Badihi tam będzie, a pana Adulama zabraknie. To współzawodnictwo nas ogłupia. Konferencja prasowa Ereza Jakobsona! Z domu nazywa się Ben Jakow, tak jak jego rodzice. Jego matka miała pralnię w naszej jednostce.
– Co w tym złego?
– Zupełnie nic, tyle że zwykła sprzedawać wojskowe spodnie w czwartki na targu.
– Już masz historię.
– Z taaaką brodą. Jakobson! Myślałby kto! Lizzi, marnujemy tylko czas i siły na masę bzdur.
– To jest część tej pracy, mój drogi. Dopiero zaczynasz i już się skarżysz? Ja to robię od dziesięciu lat.
– Za tydzień zaczyna się sesja.
– Ja też jednocześnie uczyłam się i pracowałam. Dasz sobie radę.
– Nie miałaś konkurencji.
– To rzuć dziennikarstwo.
– Na moje miejsce przyjdzie ambitny reporter, entuzjasta swojej pracy, i wtedy sama zobaczysz.
– Naprawdę mnie przeraziłeś.
Adulam odwrócił się i odszedł. Lizzi stała w chmurze piasku, który zgrzytał jej w zębach i wnikał we włosy. Szybko wsiadła do samochodu i w lusterku zobaczyła, jak wiatr obraca na drugą stronę parasol Adulama, odsłaniając połamane druty.
– Wcale mi go nie jest żal – powiedziała do siebie.
Na szczęście nie przyszło mu na myśl, że ona także chodzi w te wszystkie miejsca ze strachu przed konkurencją. Powinna zachowywać się tak, jakby „Dziennik Południa” i Adulam w ogóle nie istnieli. Jednak właśnie z ich powodu zmieniła styl pracy i zaczęła pisać o różnych lokalnych głupstwach, którymi przedtem w ogóle się nie przejmowała.
Rozdział 20
Rodzice Szibolet, Miri i Jechezkiel, ucieszyli się z przyjazdu Lizzi. Córka opowiadała im, że reporterka jest bardzo pracowita, a oni umieli docenić pracowitych ludzi, również tych z miasta. Lizzi może stanowić dobry przykład dla Szibolet. Nie żeby brakowało jej dobrego przykładu w kibucu. Jednakże w naszych czasach młodzi ludzie są podatni na wszelkie pokusy z zewnątrz, więc lepiej, żeby znalazła się pod wpływem Lizzi niż kogoś innego. Jechezkiel pracował w oborach razem z Willim Achinoamem. Lubił go i cieszył się razem ze wszystkimi, kiedy ukazał się o nim artykuł w gazecie. Należało mu się, tacy ludzie jak Willi Achinoam to wielka rzadkość.
Miri i Jechezkiel mieszkali w ostatnim z domków szeregowych. Jechezkiel uprawiał ogródek. Hodował wyłącznie róże, które rosły w klombach zrobionych z pomalowanych na różne kolory opon samochodowych. Krzewy pnących róż zwieszały się z daszku nad wejściem.
Rodzice Szibolet, podobnie jak Jafa i Willi Achinoamowie, należeli do założycieli kibucu Oznaja. W odróżnieniu od stanowiących większość czarnowidzów byli przekonani, że młodsze pokolenie nie jest nastawione konformistycznie.
– Wręcz przeciwnie – powiedziała Miri. – Rzecz w tym, że oni naśladują nasz nonkonformizm. Chcą tak jak my zaczynać od zera. Wychowali się na opowieściach o tym, jak opuściliśmy drobnomieszczańskie domy rodziców i osiedliliśmy się na pustkowiu, jak własnymi rękami zbieraliśmy kamienie i kopaliśmy studnie, jak sialiśmy zboże i jak przyszły na świat pierwsze dzieci. I co robią? Powielają nasz wzór. Szukają dziewiczego lądu, żeby tam założyć własne społeczeństwo. Nie możemy mieć do nich o to pretensji. Fakt, że granice ich świata przebiegają gdzie indziej – Los Angeles, Bangkok, Boliwia… To już nasza porażka, nie ich. Czyż nie tak?
Miri mówiła w sposób agresywny, w każdej chwili gotowa odeprzeć cudze argumenty. Podobną dyskusję prowadziła już wielokrotnie i nie zdawała sobie sprawy, że ten kontrowersyjny temat może zupełnie nie obchodzić dziennikarki.
– Jest pani nauczycielką? – zapytała Lizzi, próbując coś zrozumieć z ideologicznego żargonu.
– Lizzi, nie przypominaj jej o tym – wtrąciła Szibolet. – To tylko pogarsza sprawę.
– Nigdy nie byłam murarzem i jeśli to komuś nie odpowiada, to już nie moja wina -powiedziała Miri ze złością do córki.
– A nie mówiłam? – Szibolet się roześmiała.
– Nie chce pani być nauczycielką? – zapytała Lizzi.
– Ja akurat chcę. Problem w tym, że mamy tu dziewczyny, które nie chcą być nauczycielkami, nie nadają się do tego i działają na szkodę uczniów. Tak jak we wszystkich sfeminizowanych zawodach.