Gazeta Lokalna
- Автор: Lapid Shulamit
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Gazeta Lokalna». Краткое содержание книги:
– Jafa Achinoam też jest nauczycielką? – zapytała Lizzi.
– Jafa przez wiele lat była wychowawczynią harcerek. Ostatnio ukończyła specjalny kurs w College’u Negew i zaczęła uczyć przyrody w jednej z miejscowych szkół. Zajmuje się też przygotowywaniem świąt.
– Jej syn, Szajke, to bystry chłopak.
– Bardzo bystry – potwierdziła Miri.
– Nowe domy świetnie wyglądają! Nie wiem, czy wygodnie w nich się mieszka, ale sprawiają wrażenie bardzo funkcjonalnych.
– Są ładne, nie tylko funkcjonalne. Każdy mógł wedle własnego uznania urządzić sobie kuchnię i łazienkę.
– Kiedy zakończy się budowa całości?
W pokoju zapadło ciężkie milczenie. Jechezkiel i Miri starali się na siebie nie patrzeć. Lizzi przyglądała się im i próbowała odgadnąć, czy jeszcze się kochają. Oboje mieli około pięćdziesiątki, góra pięćdziesiąt pięć lat. Na parapecie okiennym stały słoiki z pestkami awokado, które wypuszczały pędy. Lizzi zastanawiała się, czy zamiłowanie do hodowli roślin łączy się ze zdolnością do okazywania miłości.
– Dostałyśmy pokój Jeffreya i Dalii – obwieściła radośnie Szibolet, jakby nagle przypomniała sobie jakąś pomyślną wiadomość. – Jeffrey gra na wiolonczeli w miejscowym kwartecie smyczkowym – wyjaśniła. – Dziś wieczorem mają koncert w Kiriat Gat.
– Młode małżeństwa mieszkają w pojedynczych pokojach?
– Kiedy my tu przyjechaliśmy, mieszkaliśmy we czworo w jednym pokoju – przypomniał Jechezkiel.
– Ale minęło już trzydzieści lat! – oburzyła się Miri. – Jak nie ma – trudno! Ale są! Tylko nie dla wszystkich!
– Miri, proszę cię – powiedział Jechezkiel zduszonym głosem.
– O nic nie będziesz mnie prosił. Nie masz o co mnie prosić. O co mnie prosisz?
– Pół miliona dolarów – Lizzi dolała oliwy do ognia – nie rozpływa się w powietrzu. Te pieniądze były i są, trzeba tylko je znaleźć. Należy iść po śladach od początku i sprawdzić, w którym momencie były jeszcze na swoim miejscu. Gabrielow nawet chciał ze mną porozmawiać, ale nie zgodził się na to Szajke Achinoam. Powiedział, że musi uzyskać zgodę czy coś tam.
– Miał rację, jeszcze tylko tego nam brakuje! Rozgłosu! – wtrącił Jechezkiel.
– Zaczęliśmy od dziesięciu mieszkań – zwróciła się Miri do męża cichym głosem. – Potem była mowa o dwunastu, a skończyło się na pięciu. Co się stało?
– Nie ma dymu bez ognia – powiedziała Lizzi.
– A nie mówiłam wam, że ona jest mądra?! – wykrzyknęła Szibolet.
Jej rodzice nie odezwali się ani słowem. Miri miała pociągłą twarz i szerokie biodra. Jej skóra, napięta na wystających kościach policzkowych, wyglądała, jakby została wyszorowana szczotką ryżową. Wszystkie diety świata nie są w stanie poprawić takiej budowy ciała – myślała Lizzi. Kto jak kto, ale ona wie coś o tym.
– Jak trafiliście na Aleksandrę Hornsztyk?
– Jak trafiliśmy! Skąd mam wiedzieć?! Ido i Szajke zajmowali się badaniem rynku budowlanego. Powiedzieli, że powinna to być firma miejscowa, żeby mogła nadzorować budowę.
– I nadzorowała?
– I sama Aleksandra, i jej wspólnicy. Wszystko było w porządku. Nikt się nie skarżył. Trzeba będzie zwołać nadzwyczajne zebranie mieszkańców – powiedziała nagle do Jechezkiela, który cały czas patrzył na nią zatroskany. – Cały nasz dorobek tonie na naszych oczach, a my nic!
– Zaufaj Szajkemu i Idonowi. Jestem pewien, że robią co należy.
– Ja też chcę coś robić. Chcę wiedzieć, co się dzieje. Mam do tego pełne prawo. Wszyscy mieszkańcy mają prawo. Jak długo jeszcze będą nas wodzić za nos? Co to ma być? Ich rodzinny interes?
– Mamo, mamo! – Szibolet nagle posmutniała.
– Może warto, żebyście zwrócili się do policji – zaproponowała Lizzi.
– Napijecie się kawy? – zapytał Jechezkiel. – Lizzi, jaką kawę pijesz? Neskę czy mieloną?
– Ja zaparzę – powiedziała Szibolet i zerwała się z miejsca. Lizzi zrobiło się jej żal. Ta dziewczyna tak bardzo chciała wierzyć, że świat jest piękny i pełen radości.
– To nie tajemnica, że wasze pieniądze znikły – powiedziała Lizzi. – Jeśli ja o tym usłyszałam, inni też usłyszą.
– Ta pani inżynier od początku mi się nie podobała. To będzie istny cud, jeżeli Ido nie dostanie zawału – narzekała Miri.
– Ido, Ido! – wybuchnął Jechezkiel. – Ja się będę tylko cieszył, jeśli zostaniemy w tym domu. Zostawić moje róże! Po tylu latach pracy! Pomyślałaś o tym? Co dla mnie znaczy zostawić moje kwiaty?
Szibolet ze łzami w oczach wróciła do pokoju. Kiedy w milczeniu wypili kawę, chwyciła Lizzi za ramię i pociągnęła ją na zewnątrz.
Rozdział 21
– Lizzi Badihi we własnej osobie!
Ten głos, jedyny w swoim rodzaju! Bencijon Koresz był ostatnią osobą, którą Lizzi pragnęła spotkać w tym miejscu i w tym czasie. Patrzył, jakby za moment miał ją pochwycić i zakuć w kajdanki. Za jego plecami Ilan-Sergio Bahut uniósł brwi. „Niestety, nie mogę cię uratować, kochana Lizzi” – wydawał się mówić. Z tyłu za nimi stał jeszcze jeden policjant, którego nie znała, chudy, wysoki i łysiejący, o wystraszonym spojrzeniu. W ręku trzymał starą skórzaną teczkę i wyglądał jak nauczyciel Biblii. Ku zdumieniu wszystkich Szibolet wybuchła płaczem. To grzmiący głos Benciego sprawił, że ostatecznie się załamała.
– Kto to jest? – zapytał Benci.
Lizzi przedstawiła Szibolet obu swoim szwagrom i chudemu policjantowi, który się nazywał Mike Zilha.
– Teraz jedziesz do domu, Lizzi.
– To wolny kraj – sprzeciwiła się. – Jestem gościem Szibolet. Teraz idziemy do pokoju Jeffreya i Dalii, którzy pojechali na koncert do Kiriat Gat. – Lepiej niech się z tym pogodzi. – A co wy tutaj robicie?
– Zbyt często się na ciebie ostatnio natykam.
– W takim razie warto, żebyś ze mną współpracował, Bencijonie Koresz.
– Nie rozśmieszaj mnie.
Role się zamieniły. Tym razem to Lizzi chwyciła za ramię Szibolet i pociągnęła ją wzdłuż ścieżki. Kiedy oddaliły się od Benciego i jego towarzyszy, powiedziała:
– Zaprowadź mnie do Idona Gabrielowa. Szybko. Zanim porozmawia z nim policja.
Szibolet poprowadziła Lizzi między domami. Przechodziły przez trawniki, klucząc wśród młynków wodnych, rodziców bawiących się ze swoimi pociechami, dziadków ubranych w niebieskie kombinezony, siedzących na małych traktorach, rzeźb Willego Achinoama, który okazał się niezwykle płodnym artystą, oraz babć niosących tace z ciastem ukrytym pod serwetkami, jakby się go wstydziły.
Znalazły Idona w jego pokoju, siedzącego za niewielkim biurkiem. Lizzi powiedziała mu, że policja właśnie do niego idzie, i zaproponowała, żeby udał się z nią w jakieś bezpieczne miejsce, gdzie mógłby wszystko przemyśleć, a może nawet podzielić się z nią tymi przemyśleniami. Trzeba przyznać, że nie zadawał zbędnych pytań. Zebrał papiery z biurka i wepchnął je do dużej plastikowej torby z rysunkiem Myszki Miki, po czym wypadł na zewnątrz, z Lizzi i Szibolet depczącymi mu po piętach.
Kiedy doszli do fabryki śrub, wyciągnął klucz spod doniczki z kaktusem i otworzył drzwi. Z hali maszyn przeszedł do sortowni, a z niej do małego magazynu. Stały tam koszyczki wypełnione plastikowymi śrubami, których kolor odpowiadał kolorowi koszyczka. A było tam tych pojemniczków co najmniej z pięćset – dość, by zaspokoić potrzeby Chin.
Lizzi opowiedziała Gabrielowowi o Bencim, Ilanie i trzecim policjancie, on zaś w odpowiedzi rzucił jej to samo uszczypliwe, kwaśne spojrzenie, które zapamiętała ze swojej pierwszej wizyty. Zastanawiała się, czy jest coś, co w ogóle cieszy go w życiu albo po prostu sprawia mu przyjemność. Przypomniała sobie jednak, że ten jego ascetyczny wygląd może być zwodniczy. Przecież opuścił żonę dla młodej dziewczyny, którą zresztą komuś odbił, i nie unikał też innych przyjemności życiowych, korzystając przy tym z samochodu, delegacji i wynajętego pokoju. Lizzi poleciła Szibolet stanąć przy oknie, aby mogła ich ostrzec, gdyby ktoś nadchodził. Ido zdjął z metalowego stołu niebieski koszyczek pełen niebieskich śrubek i położył na jego miejscu torbę z Myszką Miki.