Gazeta Lokalna
- Автор: Lapid Shulamit
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Gazeta Lokalna». Краткое содержание книги:
– Dlaczego jego ojciec był biedny? – zapytała Lizzi, zanim Klara zdążyła zasypać ją opowieściami o niegdysiejszym przeznaczeniu porcelanowych i emaliowanych naczyń.
– Ty opowiedz, Jakow – poprosiła ciotka.
– Miał ładną żonę, Teresę, o wiele od niego młodszą. Urodziła mu dwóch synów, Archimedesa i Pitagorasa, a w końcu uciekła z jego najlepszym przyjacielem, Ismaelem Tuw-Elem.
– I co się z nią stało?
– Nie wiadomo. Jusuf szukał jej i szukał. W końcu znalazł Ismaela w Aleksandrii. Okazało się, że ktoś rzucił nań urok i cała jego skóra pokryła się brązowymi i białymi pręgami, jak u tygrysa. Wtedy Teresa od niego odeszła. W Aleksandrii Ismael zaczął pracować w łaźni, bo tam pod osłoną pary nie można było zobaczyć tych okropnych pręg. Nie umiał powiedzieć Jusufowi, gdzie może być jego żona. Tak to jest, gdy człowiek żeni się z kobietą, która potrafi stać się niewidzialna. Kiedy Jusuf zrozumiał, że ona nigdy nie wróci razem z dziećmi, wyemigrował do Palestyny.
Wszyscy troje siedzieli przez chwilę w milczeniu i rozmyślali o gorzkim losie, który przypadł w udziale rodzinie Lewich.
– A co robi Archimedes? – zapytała w końcu Lizzi.
Okazało się, że Archimedes Lewi handluje znaczkami pocztowymi, a jego sklepik mieści się w tym samym budynku co kawiarnia etiopskich Żydów i znany jest nie tylko w Beer Szewie, ale również w Tel Awiwie, Hajfie i Jerozolimie. Turyści, którzy zbierają znaczki, także znają jego nazwisko i ciągną do sklepiku Archimedesa jak pielgrzymi do Ściany Płaczu.
– Jest bogaty?
– Ma w domu krany, które są z zewnątrz z niklu, a pod spodem ze złota. Liczy się to, co jest pod spodem.
– To wszystko dzięki znaczkom?
– Handluje też monetami. Zabytkowymi. Niektórzy powiadają, że nowymi również.
– Fałszerz?
– Żyje z procentu.
– Znacie go?
– Archimedes jest właścicielem tego domu i wszystkich sklepów na ulicy. Płacimy mu trzysta dolarów miesięcznie. Zawsze mówi, że mógłby dostać pięćset.
– Chciałby was stąd wyrzucić?
– Nie. Ale chce, żebyśmy wiedzieli, że robi nam łaskę. Żebyśmy czuli się zobowiązani.
– Moglibyście mu mnie przedstawić?
Teraz Klara i Jakow zaczęli zadawać pytania. Cała historia utwierdziła ich w przekonaniu, że postawili na właściwą kartę – ich Lizzi była niezwykle bystra.
Rozdział 17
Kiedy Lizzi weszła do sklepu filatelistycznego Archimedesa Lewiego, pomyślała o swoim dzieciństwie. Tak wiele rzeczy było dla niej obcych. Niczego nie zbierała. Ani znaczków, ani muszli, ani kart, ani nawet papierków od czekoladek lub gumy do żucia „Bazooka” – żadnej z tych rzeczy, które stanowiły skarby jej małych siostrzenic. Dziewczynki przechowywały w pustych bombonierkach swoją biżuterię, a w starych portmonetkach zbiory obrazków. Mama przynosiła jej wprawdzie resztki tkanin z fabryki, ale zawsze zostawały wykorzystane w jakimś pożytecznym celu: zamieniały się w lalki, ściereczki do kurzu, serwetki. Ona sama była cichą, pracowitą dziewczynką i wyrosła na cichą, pracowitą kobietę. I nie zbiera niczego, co nie ma praktycznego zastosowania. Zawsze potrzebny jest dach nad głową, chleb i ubranie. Wszystko poza tym jest zbędne. W każdej chwili Lizzi była gotowa wyjść z domu, zamknąć za sobą drzwi i odjechać. Żywiła też ogromny lęk przed gromadzeniem dóbr materialnych. Staropanieństwo nie jest jeszcze tak straszne, dopóki nie ma się serwisu do kawy. Serwis dostaje się w prezencie ślubnym. Dziewczyna, która kupuje go sobie sama, traci nadzieję na zamążpójście.
Lizzi rozglądała się po sklepie oczami małej dziewczynki, która po raz pierwszy napotyka nowy i cudowny świat: wielkie klasery, pudełka, bloczki znaczków na ścianach, egzotycznie brzmiące nazwy, jak Mauritius, Czarnogóra czy Przylądek Dobrej Nadziei, podobizny Karola rumuńskiego, Borysa bułgarskiego, cuda przyrody i osiągnięcia człowieka, zwycięstwa i klęski, zdobywcy i podróżnicy – wszystko tam było!
Trwały właśnie negocjacje pomiędzy Archimedesem Lewim a dwoma angielskimi turystami, dotyczące znaczka o nominale pół pensa z podobizną królowej Wiktorii. Sądząc po wyrazie twarzy kontrahentów, proponowane warunki nie zadowalały żadnej ze stron. Anglicy najpierw oglądali znaczek pod światło i bez entuzjazmu badali znaki wodne. Potem zaczęli wertować angielskie i amerykańskie katalogi, rzucając luźne uwagi o pogodzie, stanie pokoi hotelowych, agresywnych przewodnikach, bezczelnym kierowcy – słowem, o wszystkim z wyjątkiem Wiktorii, roztaczającej przed nimi swój królewski majestat. Archimedes zażądał zbyt wysokiej ich zdaniem ceny i oświadczył, że nie zależy mu zbytnio na sprzedaży tego znaczka. Jego wartość bowiem nieustannie rośnie i chętnie by go sobie zostawił. Turyści postanowili rozważyć sprawę w ciągu tygodnia, który spędzą w Ejlacie, a Archimedes odparł, że nie ma nic przeciwko temu, ale nie może obiecać, że w tym czasie nie sprzeda znaczka komuś innemu. Zaproponowali mu zastaw w wysokości pięćdziesięciu funtów szterlingów. Właściciel sklepu odrzekł na to, że trudno, zgodzi się poczekać, ich słowo musi mu wystarczyć.
Lizzi była oczarowana i bez wahania powiedziała to Archimedesowi Lewiemu. Sposób prowadzenia negocjacji przywodził jej na myśl figury jakiegoś skomplikowanego tańca. Podobnie musiały wyglądać obrady paryskie w 1856 roku.
Lewi zareagował tak, jak według Lizzi powinien zareagować ambasador Napoleona III w Konstantynopolu. Był lekko zdziwiony, lecz doskonale zdawał sobie sprawę, że jego umiejętności istotnie zasługują na pochwałę.
– Prawdziwi filateliści rozpoznają się nawzajem – powiedział. – Od razu wiem, czy klient to ignorant, który postanowił zbierać cokolwiek, czy dziadek, który szuka prezentu dla wnuka na bar micwę i ostatni raz był tu sześćdziesiąt lat temu, czy też ktoś, kto rzeczywiście się na tym zna. Ci dwaj to zawodowcy. Słyszeli o mojej Wiktorii i specjalnie po nią tu przyjechali.
Archimedes Lewi był wysokim, barczystym mężczyzną około pięćdziesiątki. Miał kształtną głowę, siwiejące włosy zaczesane do tyłu i smagłą cerę. Wyglądał na kogoś, kto regularnie gra w tenisa i pływa każdego ranka, latem i zimą. Nieskazitelnie biała koszula wyglądała spod niebieskiej flanelowej kamizelki i Lizzi pomyślała z żalem, jaka to szkoda, że mężczyźni przestali nosić białe koszule. Miał silny, wyraźny głos o charakterystycznym „lewantyńskim” akcencie, w którym drgały tony arabskiego i francuskiego i który był jej tak drogi. Nie rozumiała, czemu dotychczas nie spotkała Archimedesa, chociaż żył w sąsiedztwie Jakowa i Klary. Przedstawiła się i wyjaśniła, że zbiera informacje o morderstwie Aleksandry Hornsztyk.
– Słyszałam, że pan ją znał.
– Znałem ją dobrze. Bardzo żałuję, że nie mogłem być na pogrzebie.
– Pożyczał jej pan pieniądze?
– Ja?! Po co miałaby pożyczać ode mnie pieniądze? Ktoś pani powiedział, że jej pożyczałem?
– Tak jakby.
– Kto tak powiedział?
– Nie pamiętam.
– Jeśli pani nie pamięta, to bardzo proszę tego nie rozpowiadać. Muszę dbać o swoje dobre imię. Kupiec, którego się obmawia, to martwy kupiec. Swój sukces w interesach zawdzięczam latom pracy i dobrej opinii. Proszę nie powtarzać tych pogłosek, dobrze?
– Byliście przyjaciółmi?
Archimedes zawahał się, wstał, podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz. Długimi kształtnymi palcami przeczesał włosy. W końcu spojrzał na Lizzi uważnie, jakby się zastanawiał, czy może jej odpowiedzieć.
– Wyznałbym coś, gdybym miał pewność, że pani tego nie zacytuje.
– „Nie cytuje” to moje prawdziwe nazwisko – odparła z westchnieniem Lizzi. – Lizzi Nie Cytuje Badihi.