Gazeta Lokalna
- Автор: Lapid Shulamit
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Gazeta Lokalna». Краткое содержание книги:
Zaśmiał się tak, że ramki ze znaczkami o mało nie pospadały ze ścian. Śmiech, gwałtowny i donośny, urwał się równie nagle, jak się zaczął.
– Jadła pani kolację?
– Jadłam obiad u Coco. – Lizzi zmarszczyła nos.
– Czekają na panią w domu?
– Kto?
– Mąż, dzieci, pies, kanarek…
– Nie.
– Wybierzmy się więc na kolację, a opowiem pani wszystko, co wiem o Aleksandrze Hornsztyk. Ale uprzedzam: nie jest tego dużo.
– Na pana nie czekają w domu?
Archimedes Lewi uśmiechnął się i pomógł jej wstać z krzesła. Włożył ładną niebieską marynarkę, po czym pozamykał sejfy, włączył alarm, zaryglował drzwi i opuścił kratę. Następnie wziął Lizzi pod ramię i poprowadził ją na niewielki parking na tyłach budynku. Tam otworzył przed nią drzwi czarnego citroena ze skórzaną tapicerką i mahoniowym wyposażeniem. Samochód roztaczał woń zamożności i luksusu.
Skierowali się na północ i dopiero gdy opuścili Beer Szewę, Lizzi zapytała, dokąd jadą.
– Do dobrej restauracji, która zatrze wspomnienia po „Coco”.
– Jak się nazywa?
– „Escopie”.
– W Aszkelonie?
– Będziemy tam za czterdzieści minut. Podróż wykorzystamy na rozmowę. W restauracji natomiast będziemy się delektować daniami przygotowanymi przez mojego przyjaciela Armanda, jedynego kucharza w Izraelu, który choć trochę zna się na jedzeniu. Wszyscy inni to hochsztaplerzy, którzy chcą zrobić szybkie pieniądze. Wczoraj byli właścicielami warsztatu albo włamywaczami, a dzisiaj są ekspertami od nouvelle cuisine. W kuchni sadzają swoją siostrę fryzjerkę, a sami zalewają klientów – takich samych ignorantów – potokiem obcych nazw. Potem bankrutują i wracają do swoich warsztatów albo sejfów, a w najlepszym przypadku jadą do Los Angeles i pracują w zakładzie fryzjerskim siostry.
Lizzi zagłębiła się wygodnie w skórzanym siedzeniu, wyciągnęła swoje długie nogi i przypomniała sobie, że w swetrze ma dziurę na łokciu. Co najmniej od miesiąca. Już tyle razy miała usiąść i ją zacerować, ale nie zrobiła tego. Teraz dostała nauczkę. Kiedy w końcu taki mężczyzna jak Archimedes Lewi wiezie ją luksusowym citroenem do restauracji Armanda w Aszkelonie, ona ma na sobie właśnie ten sweter z dziurą. Jeśli to jej nie nauczy rozumu, to już nic jej nie nauczy.
– O czym pani tak poważnie rozmyśla? – zapytał.
Powiedziała mu i znowu się roześmiał. Taki już mój los – podsumowała. Bawię ich. W najlepszym wypadku.
Archimedes poznał Aleks wiele lat temu, kiedy rozpoczynała karierę architekta. Jej pierwsze biuro mieściło się w budynku, który należał do niego. Była wtedy bardzo ładna. Kasztanowe włosy, brzoskwiniowa cera, aksamitna i świetlista, idealne ciało, pełne tam, gdzie trzeba (w przeciwieństwie do mojego, pomyślała Lizzi). Miała bogatych rodziców, którzy nie skąpili na jej utrzymanie, ale była bardzo ambitna. Być może dlatego, że wywodziła się z nowobogackich. Według nich pieniądze są dokładnym miernikiem powodzenia, a ambicja to paliwo, które je napędza. Została kochanką Archimedesa kilka miesięcy po ukończeniu Technionu i powrocie do Beer Szewy. Nauczył ją wszystkiego. Jak się ubierać, co jeść, jak się zachowywać, jak się kochać. Była w nim zakochana, a on zastanawiał się, czy zaproponować jej małżeństwo, kiedy nagle oświadczyła, że wychodzi za Pinchasa Hornsztyka, chłopaka bez niczego, różniącego się od Archimedesa jak wschód od zachodu. Hornsztyk był wtedy młodym prawnikiem i prowadził jakąś sprawę, w którą zamieszane było przedsiębiorstwo handlowe starego Lubicza.
– Wino z Jugosławii – wtrąciła Lizzi. – Myśli pan, że Hornsztyk szantażował Lubicza?
– Jesteś mądrzejsza, niż na to wyglądasz, Lizzi Nie Cytuje Badihi – powiedział Archimedes.
– Już mi to mówiono. Nie jestem pewna, czy to komplement.
– Jak czegoś nie wiem, to nie wiem. Plotki i oszczerstwa to trefny towar, Lizzi, a ja nie handluję trefnym towarem.
Kiedy Aleks poślubiła Hornsztyka, zerwała wszelkie kontakty z Lewim. Widywali się czasami, Beer Szewa to małe miasto. Przed rokiem przyszła do niego do sklepu i zaproponowała interes. Dysponowała dużą sumą pieniędzy, którą chciała zainwestować w tak zwanej szarej strefie, żeby uzyskać procent wyższy niż w banku. Archimedes miał znajomego, który się zajmował takimi interesami, i spełnił rolę pośrednika.
– Wykorzystała otwarty rachunek bankowy, z którego brała pieniądze na bieżące wydatki, i jestem pewien, że księgi wykażą, iż wszystkie operacje były we wzorowym porządku. Z zysków kupiła swojemu żigolakowi mieszkanie i samochód. Trzy albo cztery miesiące temu przekazała znajomemu wyjątkowo dużą sumę, około trzystu tysięcy dolarów. On zaś wziął pieniądze i zniknął. Prawdopodobnie uciekł za granicę.
Aleks wpadła w panikę. Najpierw udała się oczywiście do Archimedesa Lewiego, który jej owego człowieka polecił. Ale Archimedes nie był w stanie pomóc, gdyż nie miał pojęcia, gdzie można go znaleźć.
– Pieniądze, które Aleks zainwestowała, nie należały do niej, tylko do jej klientów, i obawiała się, że ci zwrócą się do policji. Próbowała zyskać na czasie i szukała sposobów zdobycia gotówki. Poprosiła mnie o pomoc, ale akurat wszystko miałem w czymś ulokowane. Poradziłem jej, żeby poszła do ojca, lecz nie chciała o tym słyszeć. Z sobie tylko wiadomych powodów nienawidziła całej rodziny Lubiczów. Usiłowała wpłynąć na swojego żigolaka, żeby sprzedał samochód i mieszkanie, które od niej dostał, i obiecała, że przy najbliższej okazji kupi mu nowe zabawki. Ale ten mały szczur nie tylko się na to nie zgodził, lecz jeszcze uznał, że teraz, kiedy Aleks ma kłopoty, nadszedł odpowiedni moment na szantaż. Prosząc mnie o pożyczkę, powiedziała, że postanowiła sprzedać dom. Spodziewała się, że w ten sposób uzyska znaczną część potrzebnej sumy. Kiedy spytałem, co na to jej mąż, odparła, że dopóki ma do woli chleba z masłem, nie interesuje go, skąd pochodzą pieniądze. Tak się wyraziła.
– Jak się nazywa ten znajomy od podejrzanych interesów?
– Nie wiem. Skontaktowałem ją z kimś, kto skontaktował ją z kimś jeszcze innym. Mój znajomy był wiecznym turystą, który tu od pewnego czasu mieszkał. Już pół roku temu wyjechał z Izraela i wrócił do Francji.
– Można by go odnaleźć.
– Nie mam ochoty być zamieszany w tę historię. Śmierdzi, z której strony nie podejść.
– Gdzie się zwykle spotykali?
– W paszczy lwa.
– To znaczy?
– W banku.
– Banku Izrael-Luksemburg?
– Brawo, Lizzi. Bank to bardzo wrażliwy instrument. Najmniejszy podmuch może nim wstrząsnąć. Okruch plotki, drobne podejrzenie – i klient jest skończony. Aleks rozwiązała problem w ten sposób, że wszystkie swoje interesy załatwiała w banku. Na oczach dyrektora i urzędników otrzymywała ogromne sumy pieniędzy od tego człowieka, wręczała mu czeki, pobierała procenty, które wpłacała na własne konto. Zaklęty krąg hazardu.
– Skąd pan wie, gdzie się spotykali?
– Też mam konto w Izrael-Luksemburg. Co jakiś czas ich tam widywałem.
– Ale dlaczego inteligentna kobieta, zamożna pani inżynier, właścicielka dobrze prosperującej pracowni, zaplątała się w ten sposób?
– Ja też ciągle się nad tym zastanawiam i nic nie rozumiem. Choć wiem, Lizzi Nie Cytuje Badihi, że pieniądze to choroba odznaczająca się wieloma nieoczekiwanymi symptomami. No, jesteśmy na miejscu.
Restauracja „Escopie” mieściła się w zwykłym domu mieszkalnym niedaleko plaży. Krzew bugenwilli piął się po żelaznej furtce, widać było skromny szyld, donice z ziołami przy drzwiach, ani śladu złota, żadnego przepychu.
Armand był rówieśnikiem Archimedesa Lewiego. Akcent zdradzał, że on także urodził się w Egipcie. Mężczyźni nie obejmowali się na przywitanie ani nie całowali, nie było poklepywania po plecach, nie padły nawet imiona. Żadnych poufałości, jakie zazwyczaj obserwowano w modnych restauracjach. Archimedes Lewi był klientem, a Armand Zilberman właścicielem.