Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Gazeta Lokalna - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gazeta Lokalna

Электронная книга - «Gazeta Lokalna». Краткое содержание книги:

Podczas wystawnego przyjęcia wydanego na cześć sędziego okręgowego Pinchasa Hornsztyka zostaje zamordowana jego żona Aleksandra, ambitna kobieta interesu. Uczestnicząca w przyjęciu Lizzi Badihi, księżniczka miejscowego brukowca, postanawia podjąć prywatne śledztwo. Rozwikłanie zagadkowego zabójstwa staje się dla niej sprawą prestiżową. Frapująca intryga kryminalna, która zadowoli najwybredniejszych koneserów tego gatunku powieści, nie jest jednak jedyną zaletą książki. W miarę rozwoju akcji ciekawym przeobrażeniom podlega też sama jej bohaterka, głównie za sprawą niekonwencjonalnych przygód erotycznych. Czytelnik znajdzie tu też sporo ciekawych obrazków z życia współczesnej izraelskiej prowincji.
1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 52
Перейти на страницу:

– Chcesz pojechać na przystań?

– Kto mówi?

Oczywiście wiedziała, kto mówi. Archimedes zaś wiedział, że ona wie.

– Zjemy kolację na „Neptunie”, pod gołym niebem.

– Gdzie to jest?

– W Aszkelonie.

– Nie wiedziałam, że mają tam przystań.

– Nie mają. To prywatna plaża.

– Dlaczego nie przeniesiesz się do Aszkelonu?

– Bo wtedy nie mógłbym tam jeździć.

– Skąd masz mój numer telefonu?

– Od ciotki Klary. Będę u ciebie za kwadrans. Włóż sweter.

– Muszę wziąć prysznic. Cała jestem w popiele i dymie. Daj mi pół godziny.

Woda tym razem była letnia. Lizzi umyła włosy pachnącym szamponem, natarła wszystkie zakamarki ciała balsamem „Królowa Saby”, który dostała od Georgette na Rosz Haszana, i wyrzuciła na łóżko zawartość szafy. Domyślała się, że „Neptun” jest jachtem, i postanowiła nie stroić się specjalnie. Jeżeli „brak przesady” jest dewizą Archimedesa Lewiego – ona także może ją przyjąć. Czarne flanelowe spodnie, biały sweter z angory, długi biały skórzany płaszcz – pamiątka po zeszłorocznej wyprzedaży w domu towarowym „Megged-More”, odrzut z eksportu. Lizzi przyjrzała się sobie w lustrze i zdziwił ją uśmiech, który zobaczyła.

Wielkie mi odkrycie – pomyślała. Włożyła plastikowe kolczyki w kształcie półksiężyców, znak firmowy Lizzi Badihi, wrzuciła pager na dno torby i zbiegła ze schodów. Zmęczenie, które czuła jeszcze pół godziny temu, znikło bez śladu, ustępując miejsca podnieceniu. Jak to dobrze, że nie jestem już dziewicą – pomyślała.

Przed domem czekał czarny citroen. Archimedes wysiadł, gdy zobaczył Lizzi wychodzącą z klatki schodowej. Przytulił ją, a ona uniosła twarz, znajdując od razu jego usta. Pachniał tak samo jak za pierwszym razem. Poczuła delikatne drżenie, które przebiegło jego ciało. Zastanawiała się, czy jest tak samo przejęty jak ona. Jego ręce zawędrowały pod jej sweter, lecz nagle się od niej oderwał.

– Chodź, wsiadajmy do samochodu, inaczej nigdy nie dojedziemy na „Neptuna”.

Lizzi chciała powiedzieć, że nie będzie żałować, jeśli tam nie dojadą, i że jest skłonna zapomnieć także o kolacji, ale coś ścisnęło jej gardło. Usiadła bokiem, żeby patrzeć na niego również podczas jazdy, wdychając aromaty skóry i mahoniu zmieszane z zapachem cygara i wody po goleniu. Milczeli przez jakiś czas. Potem zerknął na nią rozbawiony i zapytał:

– Czemu byłaś cała w dymie i popiele?

– Musiałam napisać reportaż o pożarze przystanków autobusowych na osiedlu C.

– Jesteś jedyną korespondentką „Czasu Południa”?

– Tak.

Opowiedziała mu o swojej pracy i tyranii Arielego, o lęku, że zrealizuje groźbę i mianuje Dorona Cementa korespondentem w Beer Szewie.

– Nie przyśle tutaj dziennikarza z Tel Awiwu. Musiałby wtedy wynająć mu mieszkanie i pokrywać wszystkie opłaty. Gdyby uważał, że źle pracujesz, zatrudniłby innego miejscowego. Trzyma cię krótko, to wszystko. Klara mówi, że jesteś nie tylko miła i dobra, ale też zdolna. Do czego jesteś zdolna, Lizzi?

– Nie mam pojęcia, o co mogło jej chodzić.

Zatonęła w myślach. Nie jest zdolna. Ale ma doświadczenie. Wypełnia zlecone jej zadania, najlepiej jak potrafi. Bez zbędnego wzruszenia. Idzie na wskazane miejsce, notuje, przesyła informacje. Może nigdy nie będzie gwiazdą mediów, ale roboty jej nie zabraknie. Żadnego polecenia nie uważa za upokarzające ani za nadmiernie męczące. Lecz rzadko dzieje się odwrotnie: niewiele spraw, którymi się zajmuje, jest w stanie naprawdę ją zainteresować. Tyle że lubi swoją pracę, no i sama się utrzymuje. Tak. „Profesjonalistka”. Ta etykietka najbardziej jej odpowiada.

Samochód zatrzymał się przy niewielkim skrawku asfaltu obrzeżającym pas plaży. Archimedes wyciągnął z bagażnika kosz piknikowy, otworzył stalową bramę własnym kluczem i ruszył w kierunku mola. Cumowały tam jachty, którymi można było pływać jedynie wzdłuż plaży, i takie, które prawdopodobnie brały udział w regatach. Na jednym była podniesiona flaga Wielkiej Brytanii. Sprawiał wrażenie zamieszkanego, z okrągłych okienek sączyło się przytłumione światło. Inna jednostka, największa ze wszystkich, przypominała trochę wodolot. Archimedes przeszedł po drewnianym mostku i przedstawił Lizzi swój jacht, jakby dokonywał oficjalnej prezentacji:

– Proszę, poznajcie się…

„Neptun” był piękną i elegancką francuską łodzią, długą na trzydzieści osiem stóp, wyposażoną w dwa maszty i silnik. Przy dobrym wietrze mógł osiągać prędkość czternastu węzłów. Lizzi przyznała, że dostąpiła zaszczytu zapoznania się z prawdziwą pięknością, marzeniem każdego żeglarza. Nawet jeśli niezbyt nową ani błyszcząca, to przecież należącą do Archimedesa Lewiego. W końcu liczy się wewnętrzne piękno.

Kajutę dziobową w całości wypełniała koja w kształcie trójkąta o ściętym wierzchołku i szerokiej podstawie. Na rufie mieściły się jeszcze dwie małe kajuty. Pośrodku pokładu znajdował się mostek kapitański zaopatrzony w rozmaite elektroniczne przyrządy nawigacyjne i koła sterowe. Na półce u dołu pulpitu piętrzył się stos map. Nad ławkami zawieszone były miedziane tabliczki, najwyraźniej trofea zdobyte przez właścicieli jachtu na kolejnych zawodach.

– Wypływamy? – zapytała Lizzi.

Archimedes roześmiał się. Jej słowa, jej uczynki nie przestawały go zadziwiać. Czy jest zadowolony z mojego towarzystwa? – zastanawiała się. Dlatego że jest starszy i doświadczony, a ja młoda i głupia, czy może dlatego, że ja to ja?

– Wypłynąć moglibyśmy tylko z Tel Awiwu. Trzeba przejść przez Straż Graniczną i urząd celny.

– Nie myślałam o zagranicy.

– Usiądź. Zrobię dla nas martini. Za chwilę będziemy mieli też lód.

Barek był pełen rozmaitych butelek. Archimedes umył i wytarł dwa kieliszki, po czym przygotował martini z oliwką.

– Chcesz kawałek cytryny?

– Do czego?

Archimedes znowu się roześmiał. Włożył maleńki skrawek cytryny ze skórką do jej kieliszka. Potem otworzył kosz i wyjął z niego wędzonego łososia, razowy chleb, masło, cztery czerwone pomidory i butelkę pinot chardonnay. Powiedział, że ma jeszcze cztery takie butelki. Dwa lata temu pewien Francuz przysłał mu w podzięce całą skrzynkę, kiedy Archimedes zdobył dla niego brakujący do serii znaczek.

Lizzi pociągnęła łyczek martini i obserwowała Archimedesa nakrywającego stolik. Miał piękne ręce o wąskich dłoniach, długich i silnych palcach, szczupłych przegubach. Ręce filatelisty – pomyślała.

– Jesteś głodna? – zapytał.

– Bardzo. Dużo żeglujesz?

– Gdyby to tylko ode mnie zależało, chętnie żeglowałbym co tydzień. Mój towarzysz nie zawsze jest wolny. Płynęłaś kiedyś jachtem?

– W prezencie z okazji bat micwy mama wzięła mnie i moje siostry, Georgette i Hawacelet, na wycieczkę do Tel Awiwu. Wybrałyśmy się wtedy w rejs statkiem spacerowym z plaży Hilton do Jaffy. Wszystkie przez cały czas wymiotowałyśmy. Następnego dnia dowiedziałyśmy się, że był to najbardziej burzliwy dzień w Tel Awiwie od pięćdziesięciu lat. Ot, zwykłe szczęście rodziny Badihi. Dokąd zazwyczaj pływacie?

– Na Cypr, na Rodos. Ostatnim razem zabraliśmy jeszcze jednego kolegę i dotarliśmy aż do Jugosławii. Ich żony poleciały samolotem i czekały na nas w Dubrowniku. Zwiedzaliśmy Jugosławię przez cztery dni. Potem one znowu wsiadły do samolotu, a my wróciliśmy jachtem. Taki rejs to nieustanna praca. Ciągle czyścisz, smarujesz, malujesz, dokręcasz i wymieniasz. Albo się to lubi, albo nie.

– Byłeś kiedyś żonaty?

– Kiedyś byłem. Moja była żona mieszka teraz w Hajfie, wyszła za lekarza. Ma dwóch synów. Spotykamy się raz na kilka lat, dwoje zupełnie obcych sobie ludzi.

1 ... 25 26 27 28 29 30 31 32 33 ... 52
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)