Gazeta Lokalna
- Автор: Lapid Shulamit
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Gazeta Lokalna». Краткое содержание книги:
– Czemu się rozstaliście?
– Życie wtedy było ciężkie. Byliśmy nowymi imigrantami bez grosza przy duszy. Oboje pochodziliśmy z zamożnych i szanowanych rodzin, a tu nagle znaleźliśmy się w tej dziurze, w Beer Szewie. Kłóciliśmy się stale, nawet nie pamiętam już o co. Prawdopodobnie o pieniądze. O co ludzie mogą się kłócić?
– O zdradę, zazdrość, dominację. Ale to nieważne, jeśli się kochają. Widocznie nie kochaliście się.
– Widocznie.
– Moje siostry zamieniły się mężami.
– Wiem o tym. Kto w Beer Szewie by nie wiedział? Czy teraz są szczęśliwsze?
– Myślę, że tak. Nie wiem. Można coś takiego wiedzieć?
– Możesz wiedzieć tylko to, co same ci opowiadają. A i temu nie powinno się ostatecznie ufać. Nieszczęśliwe małżeństwo to porażka. Ludzie niechętnie przyznają się do porażek. Na świecie jest bardzo niewiele udanych małżeństw.
– To dlatego nie ożeniłeś się po raz drugi?
– Samotność mnie nie przeraża. Nauczyłem się żyć sam ze sobą.
– Ja też.
– Tak myślałem.
Archimedes uśmiechnął się i nałożył jedzenie. Lizzi słuchała go, smakując łososia. Zastanawiała się przy tym, co się stanie później, kiedy skończą jeść i on będzie ją pieścił w trójkątnej kabinie na dziobie, bo z pewnością do tego dojdzie. Wiedział, dlaczego tu się znalazła, i ona też wiedziała. Nie wiedział tylko, że ona nie ma pojęcia, co się robi w łóżku. Ma już co prawda trzydzieści lat i nie jest dziewicą, ale nic nie wie. Jeśli się odważy i mu o tym powie, nie uwierzy jej. Postanowiła więc zyskać trochę na czasie, przeciągając rozmowę. Zachowuję się jak głupia nastolatka – pomyślała.
– Poznałeś Aleksandrę Hornsztyk, jak byłeś już rozwiedziony?
– Tak. Poznałem ją, gdy ukończyła Technion i wróciła do Beer Szewy jako inżynier budownictwa. Była inteligentna i ambitna. Pogodzona z piętnem, jakie odcisnęła na niej rodzina Lubiczów, rozumiała, że pozycja społeczna otworzy jej wiele drzwi do świata biznesu. Dzięki mnie mogła nabyć większej pewności siebie.
– Przypuszczam, że musiałeś mieć też inne zalety. – Tym razem to Lizzi się uśmiechnęła. Próbowała sobie wyobrazić, jak wyglądał dwadzieścia lat temu. Czy był podrywaczem, czy przeciwnie – to kobiety się za nim uganiały? – Szukała pieniędzy?
– A kto ich nie szuka?
– Ja.
– Wszyscy gonimy za pieniędzmi, Lizzi. Jedni z nas chcą mieć na buty dla dziecka albo na chleb, inni na prywatny samolot, kolejną firmę albo bank. Pieniądze to jedyny motor napędzający ludzkość.
– Wierzysz w to?
– Tylko w to.
– Są rzeczy, których nie możesz kupić.
– Na przykład?
– Młodość. Uroda. Inteligencja. Miłość.
– Można kupić ich namiastki.
– Jak Jackie Danzig?
– Też. A wracając do wcześniejszego pytania – tak, Aleksandra Hornsztyk pragnęła pieniędzy, nie mniej i nie bardziej niż inni ludzie interesu. Przyzwyczaiła się do wygodnego życia i do znaczenia, jakie zapewniają pieniądze. Dyrektorzy banków, wielkich firm, a nawet kibucnicy, woleli robić interesy z kimś śmiałym i przedsiębiorczym. Ludzie odpowiedzialni sprawdzają zawsze „tło” człowieka czy firmy, z którą zamierzają wejść w układy. Aleks o tym wiedziała i potrafiła zadbać, aby wyniki takiego śledztwa były zadowalające. Mówiąc jej słowami: zawsze starała się mieć o szekla więcej, niż jej potrzeba. Do ostatniej chwili go miała. Nie zapomniała, że ojciec wydał ją za Hornsztyka, bo popadł w kłopoty. Wiem, co myślisz. Że mogła odmówić. Ale nie odmówiła. Nie odmówiła, ale i nie wybaczyła. Ani ojcu, ani mężowi. Stała się kobietą cyniczną, która wierzy jedynie w pieniądze.
Lizzi zamyśliła się nad jego słowami. Czy Archimedes Lewi także wierzył jedynie w pieniądze. A ona? Czy oczarowałby ją, gdyby był biedny? Gdyby nie miał tej marynarki, citroena, wędzonego łososia, jachtu, martini z oliwką i tego stylu bycia, mówiącego, że wszystko leży w zasięgu jego ręki. Skoro jednak jest aż tak wyrafinowany, czego właściwie chce od niej? Nie jest ani ładna, ani sławna, ani bogata. Czego w niej szuka? Seksu? Trzeba oddać sprawiedliwość faktom – powiedziała sobie w duchu. Seks w naszych czasach to nie rzadki znaczek, którego szuka się z lupą po całym świecie. Ty, moja droga, masz swoje zalety, ale seksbombą niewątpliwie nie jesteś. Widocznie jednak działa tu owa tajemnicza „chemia”, której nikt jeszcze nie zbadał, i to ona obezwładnia teraz jej ciało, a może także i jego? Lizzi, Lizzi, uspokój się, dopij resztkę pinot chardonnay, oprzyj nogi o burtę i pozwól Archimedesowi, człowiekowi światowemu, znaleźć drogę do przystani.
W okrągłym bulaju kabiny na dziobie widać było gwiazdkę. Koja była wystarczająco szeroka, aby Lizzi zdołała nauczyć się wszystkiego o tym, co łączy mężczyzn i kobiety, zamieniając ich w jedno ciało, które nie wstydzi się niczego. Po raz pierwszy nie wstydziła się swoich wielkich piersi, płaskich stóp i zaokrąglonego brzucha. Przyjemność wypełniała całe jej ciało, od stóp do głowy. Czuła się piękna i wyjątkowa jak egzotyczny owoc odkryty na pustyni. Wybuch rozkoszy był tak silny, że dopiero później pomyślała o mężczyźnie, który go spowodował.
Archimedes leżał z zamkniętymi oczami, ale wiedziała, że nie śpi. Delikatnie pogładziła jednym palcem jego powieki, fioletowe cienie pod oczami, niewielkie zagłębienie nad górną wargą, bruzdy w kącikach ust. Wdychała jego oddech, ciepło rozchodzące się w szczelinie między ich wargami, błagając go bez słowa, aby otworzył oczy i znowu wziął ją w ramiona. Była gotowa zrobić wszystko, o co ją poprosi. Była jego, duszą i ciałem. Zwłaszcza ciałem. Mowa, zwykle tak elastyczna i prężna, tym razem ją zawiodła. Lizzi w żaden sposób nie potrafiła opisać rozmiarów własnego pożądania i jego spełnienia.
Archimedes ułożył jej głowę na swoim ramieniu, odgarnął dłonią włosy. Jej noga była przyciśnięta jego nogami, policzek spoczywał w zagłębieniu między ramieniem a piersią. Lizzi zamknęła oczy.
Obudził ją zapach jedzenia. Archimedes, ubrany w szorty i koszulę z podwiniętymi rękawami, stał przy kuchence i obracał omlet na drugą stronę. Miał ładne, silne nogi, proste i nie nazbyt umięśnione, opalone jak jego twarz i ręce.
– Pływasz?
– Dzień dobry! Już myślałem, że będę musiał cię obudzić. Jest północ. I… tak, pływam.
– Na uniwersytecie?
– Nie, w basenie hotelu „Savoy”. Jesteś głodna?
– Tak.
Archimedes uśmiechnął się. Lizzi przeprosiła i wyjaśniła, że z powodu nieregularnego rozkładu zajęć nigdy nie może zrobić na czas zakupów w spożywczym, a w restauracjach nie bywa, bo nie czuje się tam swobodnie. W efekcie jest wiecznie głodna i bardzo się cieszy, kiedy ktoś zaprasza ją na omlet.
– A mężczyźni?
Omlet był gorący i smaczny, nie za suchy i nie za płynny. Lizzi jadła z przyjemnością, zastanawiając się nad odpowiedzią.
– Nie ma żadnych – odparła w końcu.
– Nikt cię nie podrywa?
– Ty.
– Oprócz mnie. Miałaś przecież innych mężczyzn przede mną, Lizzi.
Omlet utknął jej w gardle. Popiła go winem i wlepiła wzrok w klamkę lodówki.
– Nie miałaś? – zapytał w końcu, prawie szeptem.
Lizzi pokręciła głową, starając się na niego nie patrzeć. Cóż – pomyślała – jest co prawda Beni Adulam, który się do mnie przyczepił, ale to nie mężczyzna, tylko kolega. Klamka zatraciła kontury, zamieniając się w plamę na białym tle.
– Skończyłaś jeść?
Czy wydawało się jej, że słyszy w jego głosie złość? Skinęła głową, ciągle starając się nie patrzeć mu w oczy.
Włożył naczynia do zlewu, umył je, wytarł i schował w szafce. Lizzi zastanawiała się, czy często mu się zdarza przywozić tutaj kobiety. Czyżby była zazdrosna? Zerwała się z miejsca i szybko ubrała. Jest dorosły i wolny. Podziękuj więc, Lizzi, i milcz.