Gwiezdny motyl
- Автор: Вербер Бернард
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Gwiezdny motyl». Краткое содержание книги:
35. NIE ZAPOMNIEĆ O PODŁĄCZENIU PRZEWODU
Słyszał ogłuszający odgłos własnego oddechu rozbrzmiewający w hełmie skafandra. W piersiach czuł bicie serca. Pot ścieka! mu po plecach.
Yves Kramer nie poczyni! żadnych przygotowań do wyjścia w kosmos. W przypływie złości i zniecierpliwienia zapomniał przymocować do kadłuba przewody bezpieczeństwa.
Chybiwszy celu, zaczął się oddalać od Gwiezdnego Motyla, machając rękami niczym klaun, jakby miał nadzieję, że te ruchy pozwolą mu wrócić do statku kosmicznego. W próżni nie ma żadnego punktu oparcia, nawet w formie gazu, toteż jego gesty wcale się nie przyczyniły do zmiany trajektorii. Oddalał się od statku coraz bardziej.
Znajdujący się w cylindrze tłum złożony ze stu czterdziestu czterech tysięcy pasażerów wstrzymał oddech.
Jeśli Yves poleci w przestrzeń, posiadając tylko zapas tlenu, jaki zmieścił mu się na plecach, wkrótce zamieni się w… asteroidę. Jego trup, rozpędzony siłą wyjściową, przefrunie przez wszechświat.
Na szczęście jednak Yves zmierzał ku żeglarce.
Wszystko działo się w zwolnionym tempie.
Widoczne na czarnym tle kosmosu dwie jasne sylwetki spotkały się.
Yves usiłował chwycić hełm Elisabeth. Ponieważ był kulisty, jego palce zsunęły się po śliskiej powierzchni i chybiły celu. Ręce znów zaczęły młócić gwiezdną przestrzeń. Napięcie wśród tłumu pasażerów sięgnęło zenitu.
– On naprawdę jest strasznie niezręczny – mruknął Adrien, przygryzając wargę.
Z zawieszonego nad nimi głośnika dobiegały wyszukane przekleństwa dobywające się ze skafandra Kramera. W innych okolicznościach sytuacja ta byłaby komiczna.
Kiedy przepłynął obok na wpół rozwiniętego słonecznego żagla, stopa uwięzła mu w środku. Wreszcie zdołał się połączyć ze statkiem. Wykonując drobne, ostrożne ruchy, ze świadomością, że w ciągu tych kilkudziesięciu sekund ważą się losy ludzkości, wynalazca popłynął wzdłuż żagla i dopadł do kadłuba.
Czepiając się nierówności na powierzchni statku, zdołał wreszcie dotrzeć do miejsca, w którym był przymocowany przewód Elisabeth.
Yves Kramer przygryzł wargi i mocno ścisnął przewód, chcąc dopłynąć do nieruchomej żeglarki.
– Moim zdaniem jest strasznie niezdarny, ale ma szczęście – westchnął Adrien Weiss.
– Wszechświat go lubi – dodał Mac Namarra, który przypomniał sobie następną teorię: „Wszechświat ma swoje plany i wykorzystuje nas, żeby je urzeczywistniać”.
Przez zamgloną szybę hełmu Yves stwierdził, że Elisabeth jest sina i że ma ściśnięte nozdrza.
Jedną ręką szarpnął linę, drugą zaś złapał swą przyjaciółkę za kark niczym mistrz pływacki, który ratuje tonącego.
Ledwie przeciągnął ją przez śluzę, zdjął jej hełm i wykonał oddychanie usta-usta zgodnie z tym, co przypominał sobie mgliście z kursu pierwszej pomocy w liceum.
Jednakże Adrien, który ukończył studia medyczne, odepchnął go, mówiąc, że to nie najlepszy pomysł. Położywszy obie dłonie na jej klatce piersiowej, zaczął uciskać rytmicznie.
Ciało żeglarki ani drgnęło.
Wtedy podbiegł do nich kolejny lekarz, z torbą, z której wydobył jakieś urządzenie elektroniczne. Podłączył ją do elektrokardiografu, który pokazał na ekranie linię ciągłą. Następnie zaaplikował jej wstrząsy. Serce kobiety nie zaczęło jednak bić. Po paru seriach kolejnych wstrząsów lekarz przecząco pokręcił głową.
– Musi pan kontynuować – wyjąkał posiniały Yves.
– Przykro mi. To już nie ma żadnego sensu. Ona nie żyje – oświadczył lekarz.
– Nie! Niech pan nie przestaje!
Kiedy lekarz zaczął chować defibrylator, Kramer wyrwał mu go z rąk i ustawiwszy napięcie na maksimum, przyłożył do piersi kobiety i zaaplikował jej wstrząs elektryczny.
Caroline i Adrien chwycili go tymczasem za ramię, żeby przestał się pastwić nad trupem.
W tej samej chwili Domino wskoczył na Elisabeth i z całej siły ugryzł ją w ucho.
Wtedy elektrokardiograf zrobił „ping”, na linii ciągłej zaś widniejącej na ekranie pojawiło się załamanie. Lekarz natychmiast przystąpił do działania i za pomocą wstrząsów zdołał nadać linii regularny kształt.
36. POZWOLIĆ, ŻEBY NAPĘCZNIAŁO
Otworzyło się jedno oko.
Pierwsze zdanie, jakie wypowiedziała żeglarka po odzyskaniu przytomności, brzmiało:
– Czy żagiel jest rozwinięty?
Gabriel Mac Namarra pomógł jej wstać i podprowadził ją do okna, na którym widać było cienką materię nadal pomiętą i splątaną.
– Może uda mi się to zrobić za pomocą serwomotorów ratunkowych – powiedział Kramer, który bał się, że ona znów wyjdzie na zewnątrz. – Zapomniałem, że umieściłem małe boczne silniczki pomocnicze, nie mówiąc ci o tym. W danej chwili nie zamierzałem ich uruchamiać, ale możemy spróbować je włączyć.
Żeglarka spiorunowała go wściekłym wzrokiem.
– O tym też zapomniałeś?
Po czym zasnęła wyczerpana.
Nie było żadnych bocznych silniczków, za to wielu kosmonautów połączyło swoje siły, żeby ręcznie rozwinąć zaklinowany żagiel.
Kilka godzin później trójkąt lewego skrzydła został całkowicie rozpostarty, co stuczterdziestoczterotysięczny tłum pasażerów, zgromadzonych pod tarasem i wpatrzonych w wielki ekran, powitał oklaskami.
– W porządku, to też gotowe – skwitował obojętnie Gabriel Mac Namarra, ocierając spocone czoło. – Ile to czasu można stracić na „formalności”…
Po chwili dołączyła do nich ciągle jeszcze zmęczona Elisabeth.
– Nie chodzi o to, że zabrałaś się do tego źle – powiedział Yves, jakby nagle odsunął od siebie lęk, że ją utraci – tylko o to, że byłaś niecierpliwa. Rozwiniemy drugie skrzydło Gwiezdnego Motyla z szybkością trzy razy mniejszą. Nie szkodzi, że pozostaniemy na orbicie okołoziemskiej trochę dłużej. W gruncie rzeczy, cóż znaczy jeden dzień więcej przy tysiącu lat podróży?
Kiedy zanurzył dłoń w jej długich rudych włosach, poczuła, jak bardzo się bał.
Kot także przyszedł się przytulić do jej nóg i zaczął się domagać pieszczot.
– Czy są jakieś inne systemy bezpieczeństwa, które zainstalowałeś, ale zapomniałeś powiadomić resztę załogi, jak działają? – zapytała żeglarka.
Zamiast odpowiedzieć, Kramer zaproponował, żeby uruchomić mechanizm rozwijający drugie skrzydło.
Kiedy skrzydło wysunęło się do końca, dwie cienkie złociste błony rozpościerały się od kadłuba statku kosmicznego niczym u prawdziwego motyla olbrzyma.
Liczące milion kilometrów ożaglowanie było tak szerokie, że nawet z Ziemi dało się dostrzec gołym okiem oba skrzydła i długi korpus.
– Można by sądzić, że to jakiś gigantyczny owad latający nad atmosferą – powiedział jeden z gapiów, podnosząc wzrok.
– Jest ogromny!
– Latawiec wielkości miasta!
– Państwa albo nawet kontynentu. Patrzcie, potrafi rzucać mały cień na słońce.
Obserwatoria astronomiczne również śledziły go z zainteresowaniem.
Dawni koledzy z agencji uznali, że Yves Kramer doszedł w swym szaleństwie aż do końca. Występujący w telewizji eksperci od astronautyki zapewniali, że skoro wszystkie próby, jakich dokonano z żaglowcami słonecznymi, skończyły się fiaskiem, istnieją niewielkie szanse, żeby ta się powiodła.
Koncern Mac Namarry splajtował, ale nikt się już tym nie przejmował.
Dla przytłaczającej większości ludzi Gwiezdny Motyl był niczym więcej jak tylko ekstrawaganckim eksperymentem, który spowoduje śmierć stu czterdziestu czterech tysięcy niewinnych osób, wystarczająco naiwnych, żeby spełnić mrzonki szalonego naukowca.