Gwiezdny motyl
- Автор: Вербер Бернард
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Gwiezdny motyl». Краткое содержание книги:
Podczas gdy Elisabeth pozostała w lewym oku, aby przypilnować stopniowego rozwijania pierwszego żagla Gwiezdnego Motyla, Yves, Gabriel i Caroline dołączyli do Adriena.
W ślad za nimi podążył Domino prowadzony na sznurku, który pełnił funkcję zaimprowizowanej smyczy. Kociak, którego futro było miejscami mokre od alkoholu, unosił się nad nimi niczym balon.
Z głośników na tarasie płynęła muzyka klasyczna. Na dany znak Adrien zaczął przebierać palcami po klawiaturze laptopa.
Włączył lampy jarzeniowe, które miały służyć jako sztuczne słońce.
Lampy zapalały się segmentami, odsłaniając wnętrze cylindra tak daleko, jak tylko sięgał wzrok. Poza bezkresem to, co ujrzeli, nie miało w sobie jednak nic nadzwyczajnego. Ściany pierwszego z trzydziestu dwóch cylindrów pokrywały płyty z białego plastiku, które z kolei były przymocowane linami, mającymi za zadanie przytrzymywać ziemię i rośliny na czas startu. Pozostałe segmenty były nagie – po prostu zwykłe metalowe cylindry.
Adrien uruchomił sztuczną grawitację. Wszystkie ściany zaczęły drżeć, jakby pod wpływem wichury i burzy.
Kiedy przebiegł palcami po klawiaturze, ściany się poruszyły – dało się wyraźnie odróżnić ruch okrężny.
Pasażerowie poczuli grawitację, która zaczęła się tworzyć w kadłubie Gwiezdnego Motyla.
Im bardziej się obracali, tym mocniej przyciągały ich okrągłe ściany.
Adrien śledził na ekranie laptopa wzrost sztucznej grawitacji.
Powinni osiągnąć IG, czyli grawitację zbliżoną do ziemskiej, inaczej ludzie, zwierzęta i rośliny będą pływać w cylindrze niczym ryby w akwarium.
Wskaźnik grawitacji zaczął rosnąć: 0,08G, następnie 0,13G. Kiedy dotarł do 0,38G, nagłe przyspieszył do 0,54G.
Przy 0,81G sto czterdzieści cztery tysiące pasażerów położyło się na ścianach jak suche liście opadające na ziemię. Mimo to wpatrzony w ekran laptopa psychobiolog uświadomił sobie, że zaraz będą mieli problem. Otóż za sprawą bezwładności cylinder obracał się coraz szybciej. 1,23G. Kilka osób, które stały, przewróciło się i wylądowało na czworakach. 1, 52G. Wszyscy poprzewracali się na brzuch. 1,73G. Wszyscy przylgnęli do plastikowych płyt albo rozpłaszczyli się na przezroczystych ścianach.
Adrien podniósł się z trudem i zaczął wciskać klawisze, aby zwolnić ruch, ale cylinder był zbyt ciężki, żeby mógł zareagować od razu. Grawitacja przestała rosnąć i ustabilizowała się na poziomie 2,12G, uniemożliwiając wszystkim powstanie.
Adrien ponownie zmienił ustawienia i grawitacja zaczęła wreszcie się obniżać. Zrozumiawszy, że należy to robić o wiele wcześniej, nim osiągnie się właściwą grawitację, zwolnił obroty silnika. Udało mu się w końcu uzyskać 0,91G, co było dla niego wielkością do przyjęcia – nie chciał ponownie unieruchomić silnika i przekroczyć 1G z obawy, że zniszczy cały mechanizm.
– Przy tej wielkości będziemy ociupinkę lżejsi niż na Ziemi, tylko tyle – oświadczył.
– Za to rośliny będą wyżej rosły, nie? – zapytała z zainteresowaniem Caroline.
– Tak, a zwierzęta będą się szybciej przemieszczać. Ale różnica jest minimalna. Najważniejsze, że „pralka” działa.
– Nie – rzekł Yves. – Musimy dojść dokładnie do jednego.
– Dlaczego?
– Z powodu jeziora. Jeśli zamierzamy je napełnić, woda nie może się przelewać.
Wobec tego zrywami, przechodząc od 0,91 do 1,12, następnie od 0,98 do 1,02, Adrienowi udało się w końcu odtworzyć idealną grawitację wynoszącą 1,01G.
– Przy nadwyżce jednej setnej woda nie wystąpi z jeziora. W porządku. Tylko że… trochę później przy takim ciśnieniu ludzie będą się pewnie rodzić mniejsi.
Udało im się tak doskonale odtworzyć grawitację, że nawet nie czuli, iż się obracają. Z tego, że statek się kręci, zdawali sobie sprawę dopiero wtedy, gdy spoglądali na światła gwiazd prześlizgujące się po oszklonych okrągłych ścianach. Pasażerów bawiło chodzenie po plastikowych płytach, mogli bowiem patrzeć bez końca, jak to, co było najpierw na dole, po chwili jest na górze.
Nigdy jeszcze pojęcie względności w przestrzeni kosmicznej nie nabrało tak głębokiego sensu. Bez względu na to, gdzie się znajdowali, pasażerowie mieli wrażenie, że gdy zjeżdżają „w dół”, ci, którzy przebywali ponad ich głowami, są na „górze”. Wszyscy napawali się widokiem małych ludzików poruszających się na wspak, niczym mrówki w wiadrze z proszkiem do prania.
– W porządku, to też jest gotowe – powiedział z zachwytem miliarder.
Tylko kot wyglądał na zawiedzionego, że nie może już robić piruetów w powietrzu. Turlał się, miaucząc, po podłodze.
Teraz, gdy poruszali się przy niemal normalnej grawitacji, Adrien Weiss podszedł do jednego z pulpitów na przedzie tarasu i przemówił do mikrofonu.
– Faza pierwsza: oświetlanie, zakończona. Faza druga: grawitacja, odtworzona. Możemy przejść do fazy trzeciej: zmiany dekoracji.
Zgodnie z tym, do czego się przygotowali w Mieście – Gąsienicy, sto czterdzieści cztery tysiące pasażerów ustawiło się w kolejce z przodu cylindra i zabrało się do odczepiania lin podtrzymujących płyty.
Wówczas oczom oczarowanego Yves’a i jego przyjaciół ukazały się sztuczne dekoracje pierwszego segmentu: wzgórze, las, koryto rzeki, szeroka równina i rzecz jasna, niecka, która miała pomieścić jezioro. Caroline szczególnie zadbała o wystrój wnętrza. Skorzystała z pomocy ogrodników, geografa i speca od dekoracji filmowych.
Adrien nie skonstruował żadnego domu, uznał bowiem, że własnoręczne zbudowanie w kosmosie miasta, w którym będą mieszkać, to dobre zajęcie dla stu czterdziestu czterech tysięcy pasażerów. Na końcu cylindra, w części najbardziej oddalonej od tarasu, znajdowało się zatem coś w rodzaju ziemi niczyjej, na której zgromadzono materiały budowlane: drewniane lub aluminiowe belki, cementowe lub betonowe sięgacze, szklane ściany, cegły, a nawet elementy zdobnicze: obrazy, tkaniny i wykładziny, rzeźby, meble.
Kiedy wszystkie płyty w pierwszym segmencie zostały zdjęte (co zajęło o wiele mniej czasu, niż to było przewidziane, gdyż nie mogli się doczekać, by zobaczyć nowe miejsce, w którym mieli mieszkać), Yves Kramer, uległszy naciskom Mac Namarry, obwieścił, że zaraz wygłosi przemówienie inauguracyjne.
Wszyscy zebrali się w dolnej części tarasu. Ustawiono mikrofony i wyregulowano nagłośnienie. Wreszcie wszyscy umilkli w oczekiwaniu na pierwsze historyczne słowa twórcy projektu „Ostatnia Nadzieja”.
Yves Kramer przełknął ślinę, po czym rzekł:
– Jako naukowiec nie jestem zbyt dobry w wygłaszaniu mów, ale ze względu na tę wyjątkową chwilę zrobię co w mojej mocy. Przede wszystkim dziękuję za to, że jesteście tu i teraz.
Wziąwszy pod uwagę okoliczności i trudne doświadczenia, które przywiodły ich aż tutaj, zdanie to, przypominające nieco okrzyki gwiazd rocka podczas koncertów, zabrzmiało tak komicznie, że wśród tłumu zaczęły się rozlegać nerwowe śmieszki. Były one zaraźliwe. Wkrótce sto czterdzieści cztery tysiące ludzi wybuchnęło chóralnym śmiechem, dając upust całemu zgromadzonemu napięciu.
Zbity z tropu Yves Kramer przez chwilę pomyślał, że z niego kpią, po czym nie bardzo wiedząc, co począć, postanowił również się roześmiać.
– Wystartowaliśmy! Wszyscy uważali, że to niemożliwe, a jednak to zrobiliśmy. Do licha, zrobiliśmy to!
Podniósł pięść.
W tej samej chwili ze stu czterdziestu czterech tysięcy piersi wzniósł się potężny okrzyk.
– Tak, wspólnie, mimo strachu, wbrew powszechnej opinii, zrobiliśmy to! Pragnę szczególnie podziękować jedynemu człowiekowi, który wspierał nas od samego początku: Gabrielowi Mac Namarrze.
Gromkie oklaski. Kramer oddał mikrofon przyjacielowi.