Gwiezdny motyl
- Автор: Вербер Бернард
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Gwiezdny motyl». Краткое содержание книги:
– Twoim zdaniem, najlepszy sposób, żeby się przekonać, czy ostatni pasażerowie Motyla będą lepsi od nas lub od naszych rodziców, to zagadka, w której trzeba odnaleźć jedno słowo?
Zrobił zachwyconą minę dziecka, które obmyśla niezłego psikusa.
Elisabeth wzruszyła ramionami.
– A jeśli się pomyliłeś, jeśli twoja planeta okaże się z bliska wroga?
– Na pierwszy rzut oka w tym układzie słonecznym jest co najmniej pięć dużych ciepłych planet. Jeśli żadna z nich nie może stanowić rozwiązania tymczasowego, cóż, minie kolejne tysiąc lat i pięćdziesiąt pokoleń, zanim dotrą do sąsiedniego układu. Wtedy będą musieli przeczekać jeszcze tylko jedno milenium.
Żart ten wcale jej nie rozbawił.
Elisabeth śledziła ekran, na którym jedna z liczb nie przestawała rosnąć.
– Dziękuję za wsparcie w kosmosie – powiedziała.
Wpatrywali się w horyzont na niebie wraz z trzema światełkami, które miały im wyznaczać kierunek.
– Nigdy nie zobaczymy przybycia na miejsce – szepnął.
– My nie, ale nasi potomkowie pewnie tak.
Dostrzegł w tych słowach coś jakby zachętę. Przysunął się bliżej.
– Tylko że trzeba ich jeszcze spłodzić… Zrobił jeszcze jeden krok.
– Naprawdę całkowicie mi wybaczyłaś? – zapytał.
– Nie, nie całkowicie, wybaczyłam ci w siedemdziesięciu pięciu procentach. Kiedy miednica przestanie mnie budzić w nocy, wybaczę ci całkowicie.
– Co mogę zrobić, żeby z siedemdziesięciu pięciu procent przejść do siedemdziesięciu sześciu?
– Zadziw mnie. Ciągle zaskakuj. Mogę wszystko wybaczyć oprócz jednego: nudy.
Yves przysunął się jeszcze bliżej, a wówczas ich wargi dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Pochylił się nad nią. Elisabeth odsunęła się niedostrzegalnie. Znieruchomiał, zaglądając jej głęboko w oczy. Teraz to ona zbliżyła się nieco. Przysunął się ponownie i tym razem ona się nie odsunęła.
Oddała mu pocałunek, który trwał kilkanaście minut, rozsierdzając Domino do tego stopnia, że z całej siły ugryzł wynalazcę w łydkę.
39. POZWOLIĆ, BY CIŚNIENIE ROSŁO
„Szybciej, mocniej.
Dalej, wciąż dalej”.
Elisabeth, stojąca samotnie za sterem, który skrywał tajemnicę ich miejsca przeznaczenia, śpiewała, fałszując, twarzą do gwiazd.
Spojrzenie jej turkusowych, superwrażliwych oczu nauczyło się rozróżniać światełka rozświetlające nieustannie podniosłą panoramę. Wszystko to, co stanowiło dla niej dotąd jedynie białe punkty na niebie, zwane „gwiazdami”, jawiło jej się teraz niczym rodzaj dżungli, której niebezpieczeństwa i zalety: galaktyki, grupy galaktyk, chmury gwiezdne, chmury gazowe, gwiazdy, gromady gwiazd, meteoryty, supernowe, superstruny, ale także czarne dziury, białe dziury musiała znać… Przy czym obie te anomalie kosmiczne można było dostrzec nie gołym okiem, tylko za pomocą małego radioteleskopu znajdującego się na pokładzie Gwiezdnego Motyla.
Nawet pola magnetyczne i wiatry słoneczne nie miały już tajemnic przed młodą żeglarka przestrzeni kosmicznej.
Mgławice tworzyły rzeźby wykonane z połyskliwego pyłu.
Na dalszym planie odcinała się bezkresna linia widocznej częściowo galaktyki.
Elisabeth Malory śledziła na fotometrach siłę wiatrów światła gwiezdnego, które przenikało do obu ogromnych trójkątnych żagli. Ponieważ bezustannie się zmieniały, uregulowała na maksimum napięcie liny za pomocą zdalnie sterowanych serwosilników elektrycznych.
Tuż przed nią znajdował się ster wraz z logo w kształcie motyla i straszną dewizą: OSTATNIĄ NADZIEJĄ JEST UCIECZKA.
Nad klawiaturą zaś widniała zagadka, która wydawała się łatwa, ale której nadal nie potrafiła rozwiązać. To jest na końcu poranka.
To jest w samym środku nocki.
I można to zobaczyć, spoglądając na księżyc.
Zorza?
Gwiazda Południa?
Odbicie Słońca? Nie, to musi być jakiś chwyt. Doszła do wniosku, że Yves to dziecko. Niezdarne i niezrównoważone dziecko, posiadające jednak wystarczająco śmiałą wyobraźnię, by zbudować tę ogromną zabawkę i zabrać na jej pokład sto czterdzieści cztery tysiące osób.
Istnieją ponadto te sto czterdzieści cztery tysiące ludzi, którzy są dostatecznie głupi, żeby podążyć za tym niedorosłym dzieckiem. A wśród nich ona sama.
Żeglarka roześmiała się w samotności, zdumiona tym osobliwym mimetyzmem, za sprawą którego Mac Namarra zaraził ją swoim śmiechem.
Śmiech w stylu Mac Namarry był sportem, co się zowie, który rozwijał mięśnie klatki piersiowej i krtani, aktywnością w pełnym tego słowa znaczeniu, która oczyszczała organizm.
W tej samej chwili na ekranie pokazała się asteroida sunąca prosto na nich.
Elisabeth natychmiast chwyciła za ster, żeby zboczyć z kursu. Był to manewr tak powolny i łagodny, że żaden z pasażerów się nie zorientował, iż zmieniła kierunek. Ona jednak umiała (było to zresztą jej główne zadanie przy sterze) omijać asteroidy. Podobnie jak kiedyś potrafiła omijać góry lodowe, wieloryby i rafy.
Śledziła ciało niebieskie na ekranie kontrolnym.
Kiedy znalazło się dostatecznie blisko, wyjęła lornetkę i zaczęła obserwować lot ogromnej skały, która otarła się niemal o prawy żagiel. Następnie pokręciła drewnianym sterem, aby ustawić żaglowiec słoneczny z powrotem na kursie trzech światełek. Za nią zaś, w cylindrze, organizowało się życie.
Sto czterdzieści cztery tysiące pasażerów bardzo szybko uporało się z „umeblowaniem” pozostałych trzydziestu jeden segmentów.
Rozsypali piasek i tłuczeń, a następnie posiali trawę i zasadzili drzewa pochodzące z hangaru w głębi, żeby zgodnie ze wskazówkami Caroline stworzyć coś, co określano mianem „reszty dekoracji”. Wygenerowali w ten sposób kolejne wzgórza, kolejne doliny, kolejne rzeki, kolejne lasy.
Posiadali od tej pory trzydzieści dwa kilometry sztucznej ziemi, po której mogli spacerować w przód, w tył, w górę i w dół.
Zespół murarzy budował właśnie pierwszą wioskę, której nadano imię Miasta – Raju, a która wznosiła się częściowo na palach nad jeziorem o różowo-fioletowych refleksach.
Kiedy wszystkie minerały, rośliny i domostwa zostały właściwie rozmieszczone, Yves zaproponował, żeby uwolnić zwierzęta.
Zaczął od wypuszczenia owadów. Od najmniejszych do największych. Od mrówek po skarabeusze, przez pająki, pszczoły i rzecz jasna, motyle. Każdy z nich miał naturalnego wroga – takie są zasady.
Następnie postąpili tak samo ze światem wodnym, od alg po mięczaki, od kijanek po szczupaki.
Potem przyszła kolej na największe zwierzęta: płazy – żaby i salamandry, gryzonie – szczury i wiewiórki, roślinożerne – owce i krowy, mięsożerne – lisy i dzikie koty.
Yves wolał trochę zaczekać przed wypuszczeniem potencjalnych szkodników człowieka: komarów, pijawek, much. Tym bardziej proponował jeszcze zaczekać z tymi niebezpiecznymi: skorpionami, wężami, niedźwiedziami, tygrysami, lwami, hienami.
Te ostanie pozostawały nadal w postaci zapłodnionych jajeczek w probówkach i zamkniętych chłodniach, na wypadek gdyby następne pokolenia zechciały, żeby się narodziły. Było zupełnie naturalne, że pragnęli przechadzać się po cylindrze bez obawy natknięcia się na rozwścieczone dzikie zwierzę.
Spośród stu czterdziestu czterech tysięcy ludzi ci, którzy nie uczestniczyli w robotach budowlanych, pracowali na polach przy zasiewie tego, co miało stać się pierwszym zbiorem. Jeszcze inni wypasali stada bydła. Wszyscy mieli świadomość, że zapasy żywności, powietrza i wody przewidziano zaledwie na pół roku i że potem sami będą musieli produkować te trzy niezbędne do życia składniki.