Zatoka cykuty
- Автор: Коултер Кэтрин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zatoka cykuty». Краткое содержание книги:
– Mówiłem ci o niej, Simon. Jest autorką politycznego komiksu Nieustraszony Remus, który…
– Oczywiście, że pamiętam. Ostatni raz widziałem ten komiks w „Chicago Tribune”, ale już dość dawno.
– Tak, ten komiks ukazywał się w chicagowskiej gazecie przez rok. Potem wyjechałam stamtąd. Dziwię się, że pan to pamięta.
– To bardzo złośliwy komiks, ale szalenie zabawny. Te przekręty polityczne są tak prawdziwe, że zarówno demokraci, jak i republikanie mogą mieć z niego wiele uciechy. Czy można się spodziewać nowego Remusa?
– Tak – powiedziała Lily. – Jak tylko na nowo się urządzę, zaraz zacznę go rysować. Ale dlaczego tak panu zależy na tym, żeby zobaczyć moje obrazy?
Sean rzucił krakersa, spojrzał na matkę i zaczął wrzeszczeć. Sherlock roześmiała się i wyjęła go z fotelika.
– Czas na kąpiel, kochanie? Już późno, chodźmy się wykąpać i przebrać. Dillon, zrób kawę dla Lily i Simona, a ja niedługo wrócę z naszym małym księciem.
– Chętnie zjem tę szarlotkę – powiedział Simon. – Nie jadłem jeszcze kolacji.
Savich obrzucił Lily uważnym spojrzeniem i poszedł do kuchni.
– Dlaczego chce pan koniecznie obejrzeć moje obrazy? – spytała znowu Lily.
– Powiem pani, kiedy je już obejrzę, pani Frasier.
– Dobrze. Czym się pan zajmuje w świecie sztuki, panie Russo?
– Jestem pośrednikiem.
– Na czym to polega?
– Powiedzmy, że klient chce kupić konkretny obraz Picassa. Sprawdzam, gdzie on jest – jeśli jeszcze tego nie wiem, a przeważnie wiem – i dowiaduję się, czy jest do sprzedania. Jeśli tak, to kupuję go dla swojego klienta.
– A jeśli obraz jest w muzeum?
– Rozmawiam z ludźmi w muzeum, sprawdzam, czy jest jakiś obraz o podobnej wartości rynkowej, na który zgodziliby się zamienić ten upragniony przez mojego klienta. Czasem to się udaje, jeśli muzeum bardziej chce mieć obraz, który mam do wymiany, niż ten, który już ma. Oczywiście, muszę się dobrze orientować w potrzebach wszystkich dużych muzeów, jak również głównych kolekcjonerów sztuki.
– Musi się pan również znać na nielegalnym handlu dziełami sztuki.
Powiedziała to obojętnym tonem, ale wyczuł, że ona mu nie ufa. Dlaczego? Pewnie boi się o swoje obrazy.
Usiadł na kanapie naprzeciwko niej, wziął koc i zrobił gest, jakby chciał ją okryć.
– Dziękuję – powiedziała Lily. – Jest mi trochę zimno. Nie, nie, niech go pan tylko zarzuci.
Simon okrył ją, mając świadomość, że ona nie życzy sobie jego bliskości.
– Oczywiście, że wiem o nielegalnym handlu – powiedział, wracając na kanapę. – Znam wszystkich głównych graczy – złodziei, nieetycznych dealerów, najlepszych fałszerzy i kolekcjonerów. Niektórzy kolekcjonerzy mają prawdziwą obsesję na punkcie dzieła sztuki, które pragną posiadać. „Obsesja” to często używane określenie w tym biznesie. Chce pani jeszcze coś wiedzieć?
– Pan zna aferzystów, którzy zdobywają obrazy dla kolekcjonerów?
– Tak, niektórych znam, ale ja do nich nie należę. Wszystko załatwiam legalnie. Może pani w to wierzyć, ponieważ pani brat obdarza mnie pełnym zaufaniem. A on jest jednym z najbardziej nieufnych ludzi, jakich znam.
– Znacie się bardzo długo. On mógł panu zaufać w dawnych latach, a teraz rzadko się widujecie.
– Proszę posłuchać, pani Frasier. Od piętnastu lat pracuję w tym biznesie. Przykro mi, jeśli miała pani złe doświadczenia z ludźmi ze świata sztuki, ale ja jestem uczciwy i nie bawię się w chodzenie po linie. Pewnie, że znam ciemną stronę tego interesu. Bez tej wiedzy nie odnosiłbym żadnych sukcesów.
– Z iloma obrazami mojej babki miał pan już do czynienia?
– Pewnie z kilkunastoma przez te wszystkie lata. Do moich klientów należą również muzea. Jeśli obraz należy do kolekcjonera – oczywiście, jeśli legalnie wszedł w jego posiadanie – a muzeum pragnie mieć ten obraz, to staram się odkupić go od niego. Wiem, co posiadają znani kolekcjonerzy, więc mogę również próbować handlu zamiennego. To dniała w obie strony, pani Frasier.
– Rozwodzę się, panie Russo. Proszę mnie tak nie nazywać.
– W porządku. Frasier to zresztą dość pospolite nazwisko. Jak mam się do pani zwracać?
– Wrócę do panieńskiego nazwiska. Może mnie pan nazywać Savich. Tak, znowu będę Lily Savich.
– To świetnie, kochanie – powiedział Savich, który właśnie stanął w drzwiach. – Zlikwidujmy wszystkie pozostałości po Tennysonie.
– Tennyson? A co to za imię? Lily uśmiechnęła się do niego.
– Lord Alfred Tennyson był ulubionym poetą mojego teścia który mi powiedział, że imię Lord, czy też Alfred, nie byłoby dobre, więc został tylko Tennyson. Z kolei moja teściowa nienawidzi tego poety.
– Może Tennyson, ten poeta – nie mówię o pani przyszłym eks – mężu – jest trochę zbyt naturalistyczny.
– Nigdy nie czytał pan Tennysona – stwierdziła Lily.
– Ma pani rację. – Simon skinął głową i uśmiechnął się czarująco. – „Naturalistyczny” to nie jest dobre (skreślenie?
– Nie wiem. Też go nie czytałam.
– Przyniosłem kawę i szarlotkę – powiedział Savich, podnosząc wzrok do góry i nadsłuchując.
– Słyszę, jak Sherlock śpiewa Seanowi Przybieżeli do Betlejem. On uwielbia słuchać kolęd, kiedy się kąpię. Postarajcie się dogadać, a ja pójdę pośpiewać razem z Sherlock. Możesz mu zaufać, Lily.
Zostali sami. Lily słyszała, jak krople deszczu uderzają o szyby. Już wtedy, kiedy wylądowali w Waszyngtonie, było pochmurno i wiał silny wiatr.
Simon zaczął pić przyrządzoną przez Dillona kawę, westchnął głęboko i przymknął oczy.
– Savich robi najlepszą kawę na całym świecie. A sam rzadko ją pije.
– To ojciec nauczył nas parzyć kawę. Mówił, że gdyby miał kiedykolwiek znaleźć się w domu starców, to przynajmniej pod tym względem będzie mógł na nas liczyć. Mama nauczyła Dillona gotować, zanim pojechał do Bostonu na studia.
– Uczyła was oboje?
– Nie, tylko Dillona. – Zamilkła, słuchając dobiegającego z góry śpiewu. – Śpiewają teraz Cichą noc. To moja ulubiona kolęda.
– Ich głosy dobrze harmonizują. Jednak Savich najlepiej wypada w stylu country i western. Słyszała pani, jak śpiewa w klubie?
Potrząsnęła głową i napiła się trochę kawy.
– Może moglibyśmy kiedyś wszyscy pójść do Bonhomie Club i posłuchać, jak śpiewa?
Nie odezwała się.
– Dlaczego mi pani nie ufa, pani Savich? A może… nie lubi? Cokolwiek to jest.
Zanim odpowiedziała, obrzuciła go uważnym spojrzeniem i zjadła kawałek szarlotki.
– Wie pan co, panie Russo? Doszłam do wniosku, że jeśli Dillon ma do pana zaufanie, to ja też powinam je mieć.
12
Raleigh Beezler, współwłaściciel Beezler – Wexler Gallery – z siedzibą w Waszyngtonie, Nowym Jorku i Rzymie – popatrzył na Lily udręczonym wzrokiem. Tylko pan Monk z muzeum w Eurece miał równie smutny wzrok. Ucałował końce palców i posłał ten pocałunek obrazom Sarah Elliott.
– Ach, pani Frasier, to są wyjątkowe płótna. Nie, proszę mi tego nie mówić. Dowiedziałem się już od pani brata, że nie mogą tu zostać. Wiem o tym i zalewam się łzami. Te obrazy muszą być w muzeum, żeby tabuny niedomytych osobników w wygniecionych szortach mogły się na nie pogapić. Ale, rozumie pani, że na tę myśl coś mnie ściska za gardło.
– Rozumiem, panie Beezler. – Lily poklepała go lekko po ramieniu. – Jestem jednak przekonana, że ich miejsce jest w muzeum.
Savich usłyszał znajomy głos, który coś tłumaczył Dyrlanie. Ta dwudziestodwuletnia, wystrzałowa dziewczyna została zatrudniona w galerii – jak chętnie przyznał Raleigh – żeby skłaniać odwiedzających ją dżentelmenów do łatwiejszego rozstawania się z pieniędzmi.