Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
Margrethe nie odrzekła nic, dodałem więc spokojnie:
— No proszę, kochanie, powiedz to! Wyduś to z siebie! Nie mam nic przeciwko temu. Jestem wariatem. Paranoikiem.
— Alec, nie powiedziałam tego. Nawet nie pomyślałam. Nigdy by mi to do głowy nie przyszło.
— Nie, nie powiedziałaś. Tym razem jednak nie można wszystkiego zwalić na „utratę pamięci”. O ile, rzecz jasna, oboje widzieliśmy to samo. Powiedz, co widziałaś?
— Widziałam niezwykły przedmiot na niebie. Słyszałam go również. Powiedziałeś, że to maszyna latająca.
— No cóż, myślę, że tak to się powinno nazywać. Jeśli jednak tak sobie życzysz, możesz to nazwać… hmm… „gumpeżagiel”. Coś nowego i niezwykłego. Jak wygląda „gumpeżagiel?” Opisz mi go.
— To był przedmiot poruszający się po niebie. Przyleciał stamtąd, potem przeleciał bezpośrednio nad nami i zniknął tam (wskazała palcem w kierunku północnym). Był mniej więcej w kształcie krzyża. Krucyfiksu. Poprzeczny fragment miał na sobie wypukłości, chyba cztery. Na przednim końcu były oczy, jak u wieloryba, a na tylnym płetwy, też jak u wieloryba. Wieloryb ze skrzydłami, tak to wyglądało. Alec, wieloryb lecący w powietrzu!
— Myślisz, że to było żywe?
— Hmm. Nie wiem. Chyba nie. Nie wiem, co myśleć.
— Nie sądzę, żeby to było żywe. Myślę, że to maszyna. Maszyna latająca. Łódź ze skrzydłami. Wszystko jedno, czy to maszyna, czy też latający wieloryb. Czy kiedykolwiek w życiu widziałaś coś takiego?
— Alec, to było tak niezwykłe, że wciąż trudno mi uwierzyć, iż to widziałam.
— Wiem o tym. Ty jednak dostrzegłaś to pierwsza i wskazałaś mnie, a więc nie wmówiłem ci, że to widzisz.
— Nie zrobiłbyś czegoś takiego.
— Nie, nie zrobiłbym. Cieszę się jednak, że to ty dostrzegłaś to pierwsza, kochana dziewczyno. To znaczy, że to istnieje naprawdę i nie jest jedynie wytworem mojego chorego mózgu. Ten przedmiot nie pochodzi ze świata, który znasz… mogę ci też przysiąc, że nie jest to jeden ze sterowców, o których ci mówiłem, i że nie pochodzi ze świata, w którym się wychowałem. Znaleźliśmy się więc w nowym, trzecim świecie — westchnąłem — za pierwszym razem koniecznie musiałem zobaczyć pasażerski dwudziestotysięcznik, aby się przekonać, że znalazłem się w innym świecie. Tym razem jeden rzut oka na coś, co po prostu nie mogło istnieć w moim świecie, wystarczył, abym dowiedział się, że znowu mi to zrobili. Zamienili światy w chwili, gdy byłem nieprzytomny. Tak mi się przynajmniej zdaje. Tak czy inaczej sądzę, że zrobili to; aby powstrzymać mnie przed porównaniem tych dwóch odcisków kciuka. Paranoja. Urojenie, że cały świat spiskuje przeciwko tobie. Z tym, że to nie jest urojenie.
Spojrzałem jej w oczy:
— Jak myślisz?
— Alec… czy to możliwe, że zdawało się nam obojgu? Może to delirium? Mamy za sobą ciężkie przejścia. Ty uderzyłeś się w głowę, ja również mogłam się uderzyć w swoją podczas zderzenia z górą lodową.
— Margrethe, w delirium nie moglibyśmy mieć identycznych halucynacji. Gdybyś po obudzeniu stwierdziła, że zniknąłem, byłoby to potwierdzeniem twojej hipotezy. Ale ja nie zniknąłem. Jestem tu z tobą. Poza tym należałoby jeszcze wyjaśnić, skąd się wzięła góra lodowa tak daleko na południe. Paranoja to prostsze wyjaśnienie. Ale jednak ten spisek jest skierowany przeciwko mnie. Ty zostałaś w niego zamieszana jedynie nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności. Przykro mi. (Wcale nie było mi przykro. Tratwa na środku oceanu nie jest miejscem dla samotnego człowieka. Razem z Margrethe czułem się tam jednak jak w raju.)
— Nadal myślę, że wspólna halucynacja jest… Alec, ona wraca! — zawołała wskazując palcem.
Z początku nie widziałem nic, potem jednak zobaczyłem. Punkt, który przybliżając się, przybrał kształt krzyża. Kształt, który rozpoznałem jako „maszynę latającą”. Obserwowałem, jak się zbliża.
— Margrethe, to z pewnością zawróciło. Musiało nas dostrzec. Czy musieli. Albo musiał. Wszystko jedno.
— Możliwe.
W miarę jak maszyna się zbliżała, zauważyłem, że nie przeleci nad nami, lecz raczej pomknie na prawo od nas.
— To nie jest ta sama — oświadczyła nagle Margrethe.
— Nie jest to również latający wieloryb, chyba że w tych okolicach latające wieloryby mają pod swoimi bokami namalowane szerokie czerwone pasy.
— To nie jest wieloryb. To znaczy, chciałam powiedzieć, że to nie jest żywe. Masz rację, Alec, to jest maszyna. Kochanie, czy rzeczywiście myślisz, że w środku są ludzie? To mnie przeraża.
— Myślę, że byłbym bardziej przerażony, gdyby w środku nie było ludzi. (Przypomniałem sobie fantastyczne opowiadanie tłumaczone z niemieckiego, opisujące świat zamieszkały wyłącznie przez automatyczne maszyny. To nie była przyjemna opowieść.) W gruncie rzeczy to dobra wiadomość. Oboje wiemy teraz, że pierwsza maszyna nie była snem ani halucynacją. To potwierdza ostatecznie fakt, że znajdujemy się w innym świecie. Z tego wynika, że zostaniemy uratowani.
— Nie rozumiem związku — odpowiedziała niepewnym głosem.
— To dlatego, że wciąż nie chcesz uznać mnie za paranoika. Dziękuję ci za to, kochanie, ale to jest najprostsza hipoteza. Gdyby ten dowcipniś, który zaaranżował całą sprawę, zamierzał mnie zabić, miał okazję to zrobić przy zderzeniu z górą lodową. Albo wcześniej w dole pełnym ognia. On jednak nie zamierza mnie zabić, przynajmniej na razie. Bawi się ze mną w kotka i myszkę. Tak więc zostanę uratowany. Ty również, ponieważ jesteśmy razem. Byłaś ze mną, gdy statek zderzył się z górą lodową — twój pech! Jesteś ze mną teraz, a więc zostaniesz uratowana — twoje szczęście! Nie odrzucaj prawdy, kochanie! Miałem kilka dni na to, aby przyzwyczaić się do tej myśli i stwierdziłem, że można to zrobić, jeśli podejść do tego na luzie. Paranoja wyraża najbardziej racjonalny stosunek do świata opartego na spisku.
— Ależ Alec, świat nie powinien być urządzony w ten sposób.
— Słowo „powinien” nie ma tu nic do rzeczy, najdroższa. Podstawą filozofii jest akceptacja świata takiego, jakim jest, a nie próby dopasowania go do kształtu, jaki, naszym zdaniem, powinien mieć. O, kurczę! — dodałem. — Nie przewracaj się na drugą stronę! Nie chcesz chyba stać się kąskiem dla rekina teraz, gdy znaleźliśmy dowód na to, że zostaniemy uratowani.
Przez prawie godzinę nie wydarzyło się nic, oprócz tego, że dostrzegliśmy dwa wspaniałe marliny. Chmury rozpierzchły się i zacząłem się niepokoić, czy ratunek nadejdzie szybko. Byli mi chyba winni przynajmniej to, żeby uchronić mnie przed poparzeniem trzeciego stopnia. Margrethe mogła być zdolna znieść nieco większą dawkę słońca niż ja. Była blondynką, lecz ciało miała opalone na kolor ciepłej grzanki. Wyglądała ślicznie! Ja jednak byłem biały jak pomocnik młynarza — z wyjątkiem twarzy i rąk, i po wystawieniu się na tropikalne słońce przez cały dzień wylądowałbym w szpitalu. Albo i gorzej.
Na wschodnim horyzoncie majaczyły teraz niewyraźne szare kształty, które mogły być górami. Tak przynajmniej sobie powtarzałem, choć niewiele można dostrzec, gdy masz oczy zaledwie na wysokości siedmiu cali nad powierzchnią wody. Jeśli rzeczywiście były to góry lub wzgórza, oznaczało to, że ląd znajdował się w odległości niewielu mil. W każdej chwili mogliśmy dostrzec łodzie z Mazatlanu… o ile Mazatlan istniał w tym świecie. O ile…
Nagle pojawiła się następna maszyna latająca. Przypominała ona dwie poprzednie tylko w niewielkim stopniu. Tamte leciały równolegle do wybrzeża — pierwsza nadleciała z południa, a druga z północy. Ta natomiast przyleciała wprost od brzegu, kierując się ogólnie w kierunku zachodnim, choć leciała zygzakiem.