Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 112
Перейти на страницу:

Późnym popołudniem ścieżka poszerzyła się, trzciny znikły i Will ujrzał przed sobą miasto, a za nim przestwór wody tak rozległy, że wyglądał jak morze.

Nawet z tej odległości widział, że w mieście coś się działo. Nad dachami rozkwitały kłęby dymu, a po kilku sekundach rozlegał się huk broni.

– Balthamosie – powiedział Will. – Musisz znowu zmienić się w dajmonę. Trzymaj się blisko mnie i wypatruj niebezpieczeństwa.

Wkroczył na przedmieścia obskurnego miasteczka, gdzie budynki pochylały się jeszcze bardziej niż w wiosce i gdzie powódź zostawiła błotniste ślady na ścianach wysoko nad jego głową. Przedmieścia wyglądały na opustoszałe, lecz im bliżej rzeki, tym głośniej rozbrzmiewały krzyki, wrzaski i huk wystrzałów.

Tutaj wreszcie zobaczył ludzi: niektórzy wyglądali z okien na piętrach, inni ostrożnie wychylali się zza rogów budynków i spoglądali na nabrzeże, gdzie metalowe palce dźwigów i maszty dużych statków wystawały ponad dachami domów.

Wybuch wstrząsnął ścianami, szyby sypnęły się z pobliskich okien. Ludzie odskoczyli, a potem spojrzeli znowu i kolejne krzyki wzniosły się w zadymione powietrze.

Will dotarł do rogu ulicy i rozejrzał się po nabrzeżu. Kiedy dym i kurz trochę opadły, daleko na rzece zobaczył jeden zardzewiały statek, stojący w miejscu pomimo rzecznego prądu, a na nabrzeżu tłum ludzi uzbrojonych w strzelby i pistolety, otaczający wielką armatę, która na jego oczach znowu wystrzeliła. Nastąpił błysk ognia, chwiejny odrzut i potężny plusk w pobliżu statku.

Will osłonił ręką oczy. Na statku zobaczył postacie, ale... Przetarł oczy, chociaż wiedział, czego się spodziewać: to nie byli ludzie. To były istoty z metalu albo stworzenia zakute w zbroje. Na dziobowym pokładzie statku nagle zakwitł płomienny kwiat i ludzie krzyknęli w trwodze. Płomień wzbił się w powietrze, wznosił się coraz wyżej i coraz bliżej, plując iskrami i dymem, a potem spadł z ognistym wybuchem w pobliżu działa. Ludzie rozproszyli się z krzykiem, niektórzy ogarnięci płomieniem pobiegli do brzegu i skoczyli w wodę, a prąd porwał ich i uniósł.

Will zobaczył w pobliżu mężczyznę, który wyglądał na nauczyciela, i zapytał:

– Czy pan mówi po angielsku?

– Tak, tak, oczywiście...

– Co się dzieje?

– Niedźwiedzie atakują, a my próbujemy z nimi walczyć, ale to trudne, mamy tylko jedno działo, a one...

Miotacz ognia na statku wyrzucił kolejną porcję płonącej smoły, która wylądowała jeszcze bliżej armaty. Niemal natychmiast trzy głośne wybuchy oznajmiły, że trafiono w amunicję. Bombardierzy odskoczyli, lufa działa zakołysała się i opadła.

– Ach! – wykrzyknął mężczyzna. – Niedobrze, nie mogą strzelać...

Dowódca skierował statek do brzegu. Wielu ludzi krzyknęło ze strachu i rozpaczy, zwłaszcza kiedy następna wielka kula ognia rozbłysła na przednim pokładzie. Niektórzy, uzbrojeni w strzelby, oddali jeden czy dwa strzały i rzucili się do ucieczki. Tym razem jednak niedźwiedzie nie wypaliły z miotacza. Wkrótce statek ustawił się burtą do nabrzeża, z silnikiem pracującym całą mocą, żeby pokonać prąd.

Dwaj marynarze (ludzie, nie niedźwiedzie) zeskoczyli, żeby zarzucić cumy na pachołki. Mieszkańcy miasta zakrzyczeli gniewnie na widok tych ludzkich zdrajców. Marynarze nie zwrócili na nich uwagi, tylko pobiegli opuścić trap.

Potem, kiedy odwrócili się, żeby znowu wejść na pokład, gdzieś niedaleko Willa rozległ się strzał i jeden z marynarzy upadł. Jego dajmona-mewa – znikła jak płomień zdmuchniętej świecy.

Niedźwiedzie zareagowały z furią. Natychmiast ponownie rozpaliły miotacz ognia i obróciły przodem do brzegu. Płomienna masa wystrzeliła w górę i opadła na dachy kaskadą rozżarzonych kropel. Na szczycie schodni pojawił się niedźwiedź większy od innych, wizja potęgi zakutej w stal, a grad kul daremnie odbijał się od niego z gwizdem, brzękiem i łomotem, nawet nie rysując masywnej zbroi.

Will zapytał mężczyznę stojącego obok:

– Dlaczego one atakują miasto?

– Chcą paliwa. Ale my nie prowadzimy interesów z niedźwiedziami. Teraz, kiedy opuszczają swoje królestwo i płyną w górę rzeki, kto wie, co zrobią? Więc musimy z nimi walczyć. Piraci... rabusie...

Wielki niedźwiedź zszedł po trapie, a za nim tłoczyło się kilka innych, tak ciężkich, że statek się przechylił. Will spostrzegł, że ludzie na nabrzeżu wrócili do armaty i ładują pocisk do zamka.

Coś mu przyszło do głowy, więc wybiegł na nabrzeże, na puste miejsce pomiędzy niedźwiedziami a bombardierami.

– Stać! – krzyknął. – Przerwać walkę. Pozwólcie mi porozmawiać z niedźwiedziem!

Zapadła nagła cisza i wszyscy zamarli, zdumieni tym szaleńczym wybrykiem. Niedźwiedź, który zbierał siły do ataku na bombardierów, został na miejscu, ale jego cielsko drżało w dzikim zapamiętaniu. Wielkie pazury orały ziemię, czarne oczy gorzały wściekłością pod żelaznym hełmem.

– Kim jesteś? Czego chcesz?! – ryknął po angielsku, ponieważ Will przemówił w tym języku.

Inni popatrzyli po sobie ze zdumieniem, a ci, którzy rozumieli, przetłumaczyli dla pozostałych.

– Będę z tobą walczył w pojedynku – krzyknął Will – a jeśli ustąpisz, walka musi się skończyć!

Niedźwiedź nawet nie drgnął. Natomiast ludzie, gdy tylko zrozumieli słowa Willa, zareagowali szyderczym śmiechem i urągliwymi okrzykami. Ale nie na długo, ponieważ Will odwrócił się twarzą do tłumu i stał spokojny, opanowany, w absolutnym bezruchu, mierząc ich zimnym spojrzeniem, aż śmiechy ucichły. Czuł, jak Balthamos drży na jego ramieniu.

Kiedy ludzie zamilkli, krzyknął:

– Jeśli zmuszę niedźwiedzia do odwrotu, zgodzicie się sprzedać im paliwo! Wtedy odpłyną i zostawią was w spokoju. Musicie się zgodzić. Jeśli nie, one zniszczą was wszystkich!

Wiedział, że potężny niedźwiedź stoi zaledwie kilka metrów za nim, ale nie odwracał się; patrzył, jak mieszkańcy miasta rozmawiają, kłócą się, gestykulują. Po chwili jakiś głos zawołał:

– Chłopcze! Niech niedźwiedź się zgodzi!

Will odwrócił się, przełknął z trudem, odetchnął głęboko i zawołał:

– Niedźwiedziu! Musisz się zgodzić. Jeśli ustąpisz przede mną, walka się skończy, kupicie paliwo i spokojnie odpłyniecie w górę rzeki!

– Niemożliwe! – ryknął niedźwiedź. – Wstyd byłoby z tobą walczyć. Jesteś słaby jak ostryga wyłuskana ze skorupy. Nie mogę walczyć z tobą.

– Zgadzam się – odparł Will, skupiając uwagę na stojącej przed nim groźnej bestii. – To wcale nie jest uczciwy pojedynek. Ty masz zbroję, a ja nie. Możesz urwać mi głowę jednym machnięciem łapy. Więc wyrównajmy szanse. Daj mi jedną część twojej zbroi, którą chcesz. Na przykład hełm. Wtedy walka będzie uczciwsza i nie będziesz się wstydził.

Z warknięciem wyrażającym wściekłość, nienawiść i pogardę niedźwiedź sięgnął wielkim pazurem i odpiął łańcuch, który przytrzymywał jego hełm.

A wtedy na całym nabrzeżu zapadła głęboka cisza.

Nikt się nie odezwał, nikt się nie poruszył. Wiedzieli, że dzieje się coś, czego jeszcze nigdy nie oglądali, chociaż tego nie rozumieli. Słychać było tylko plusk wody o drewniane nabrzeża, turkotanie silnika statku i niespokojne krzyki mew w górze, a potem donośny brzęk, kiedy niedźwiedź cisnął swój hełm pod stopy Willa.

Will odłożył plecak i dźwignął hełm. Ledwie mógł go unieść. Hełm składał się z jednego arkusza żelaznej blachy, ciemnej i powgniatanej, z otworami na oczy u góry i masywnym łańcuchem pod spodem, długim jak przedramię Willa i grubym jak jego kciuk.

1 ... 18 19 20 21 22 23 24 25 26 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)