Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Wieczorem, kiedy po raz pierwszy wyciągnęli katamaran na brzeg, zdarzył się dziwny wypadek, który mocno Burtona zastanowił. Kazz zszedł właśnie na ląd, pomiędzy zaciekawionych ludzi, kiedy nagle coś go poruszyło. Zaczął wykrzykiwać w rodzinnym języku i próbował złapać stojącego w pobliżu mężczyznę. Tamten cofnął się i szybko zniknął w tłumie.
Burton próbował się dowiedzieć, o co chodzi, ale niewiele z Wyjaśnień Kazza zrozumiał.
— On nie mieć. … no… jak nazywać?… tego… tego… — i wskazał palcem czuło, po czym narysował w powietrzu jakieś dziwne symbole.
Burton chciał wyjaśnić tę sprawę, lecz Alicja nagle i podbiegła do jakiegoś człowieka. Najwyraźniej sądziła, że to jej syn, zabity podczas I wojny światowej. Powstało zamieszanie; Alicja przyznała, że musiała się pomylić, potem trzeba było zająć się innymi rzeczami. Kazz nie wrócił już do sprawy i Burton zapomniał o wszystkim. Miał to sobie jednak przypomnieć.
Dokładnie w 415 dni później minęli 24.900 kamieni obfitości stojących na prawym brzegu Rzeki. Halsując, płynąc pod prąd i wiatr, robiąc średnio sześćdziesiąt mil dziennie, zatrzymując się w czasie dnia, by napełnić swoje rogi i na noc, by się przespać. Czasem urządzali całodzienny postój, by rozprostować kości i pogadać z kimś spoza załogi. W ten sposób przebyli 24.900 mil. Na Ziemi była to mniej więcej długość równika. Gdyby ułożyć Mississipi z Missouri, Nil, Kongo, Amazonkę, Yangcy, Wołgę, Amur, Huang, Lenę i Zambezi jedna za drugą, tworząc jedną wielką rzekę, to jeszcze nie byłaby tak długa, jak odcinek Rzeki, który poznali. A przecież Rzeka płynęła dalej, wciąż dalej, wielkimi łukami wiła się tam i z powrotem. I wszędzie nad brzegiem widzieli równinę, za nią porośnięte lasem wzgórza i niebotyczne, niezdobyte, nieprzerwane pasmo gór.
Czasem równina zwężała się i wzgórza podchodziły do samego brzegu; czasem Rzeka rozlewała się i stawała jeziorem szerokim na dwie mile, a nieraz trzy, pięć, sześć mil. Tu i tam pasma gór zbliżały się do siebie i łódź płynęła przez kaniony, gdzie woda pieniła się w wąskim korycie, gdzie niebo było błękitną nitką wysoko, wysoko nad głowami, a czarne ściany pochylały się nad nimi.
Wszędzie też byli ludzie. Mężczyźni, kobiety i dzieci dzień i noc tłoczyli się na brzegach Rzeki, a jeszcze więcej ich było między wzgórzami.
Żeglarze poznali już rozkład populacji. Ludzkość została wskrzeszona nad Rzeką w porządku mniej więcej chronologicznym i narodowym. Łódź minęła obszary zamieszkałe przez Słoweńców, Włochów i Austriaków, umarłych w ostatniej dekadzie dziewiętnastego wieku, minęła Węgrów, Norwegów, Finów, Greków, Albańczyków i Irlandczyków. Czasem zatrzymywali się tam, gdzie żyli ludzie z innych czasów i miejsc. Raz był to dwudziestomilowy odcinek wybrzeża, zamieszkały przez australijskich Aborygenów, którzy na Ziemi nigdy nie widzieli Europejczyka. Innym razem obszar stu mil zaludniony przez Tocharyjczyków, współplemieńców Loghu. Pochodzili z początków naszej ery i z terenów późniejszego Chińskiego Tumanu. W owym czasie reprezentowali oni najbardziej na wschód wysuniętą grupę używającą języka indoeuropejsltiego. Ich kultura przez pewien czas kwitła, by w końcu zginąć pod atakiem pustyni i barbarzyńców.
Badania Burtona, choć powierzchowne i niepewne, wykazywały, że na każdym terenie żyło na ogół 60 procent ludzi jednej narodowości i z jednego stulecia, 30 procent innych, zwykle z innego czasu, zaś pozostałe 10 procent było dobrane zupełnie losowo.
Wszyscy mężczyźni powstali z martwych byli obrzezani. Wszystkie kobiety wskrzeszono jako dziewice. Dla większości z nich, zdaniem Burtona, stan ten trwał tylko do pierwszej nocy.
Jak dotąd nie widzieli ani nie słyszeli o kobiecie ciężarnej. Ktokolwiek ich tu umieścił, musiał ich także wysterylizować, co było rozsądnym posunięciem. Gdyby ludzie mogli się rozmnażać, to przed końcem pierwszego stulecia dolina Rzeki byłaby zapchana zwartym tłumem.
Z początku wydawało się, że prócz człowieka nie ma w tym świecie żadnego życia zwierzęcego. Teraz wiadomo już było, że nocą wypełzają z ziemi różne robaki. W samej Rzece żyło co najmniej sto gatunków ryb, od małych, długości sześciu cali, do stworów wielkości kaszalota, „rzecznych smoków”, mieszkających przy dnie, tysiąc stóp pod powierzchnią. Frigate twierdził, że zwierzęta spełniają określone cele. Ryby oczyszczają wody Rzeki, niektóre typy robaków zjadają odpadki i trupy, inne pełnią normalne funkcje dżdżownic.
Gwenafra urosła, podobnie jak wszystkie dzieci. Jeśli wszędzie panowały warunki podobne do obserwowanych dotychczas, to za dwanaście lat w całej dolinie nie będzie ani jednego dziecka czy podrostka. Burtom zastanawiał się nad tą sprawą.
— Ten szanowny Dodgson, twój przyjaciel — odezwał się do Alicji. — Ten, który kochał tylko małe dziewczynki. Znajdzie się tutaj w irytującej sytuacji, prawda?
— Dodgson nie był zboczeńcem — wtrącił się Frigate. — Ale co z tymi, dla których dzieci są jedynym obiektem seksualnym? Co będą robić, gdy tych dzieci zabraknie! Albo ci, których podnieca męczenie i torturowanie zwierząt? Wiesz, kiedyś żałowałem, że nie ma tu psów, kotów, niedźwiedzi, słoni… Lubiłem zwierzęta. Oprócz małp; są zbyt podobne do ludzi. Teraz się cieszę, że ich nie ma. Nikt nie może się nad nimi znęcać. Wszystkie te bezradne istoty, cierpiące ból, pragnienie i głód z powodu bezmyślności lub okrucieństwa ludzi… Już nie.
Pogłaskał Gwenafrę po jasnych włosach, opadających na ramiona.
— Czuję to samo jeśli chodzi o bezradne i krzywdzone maluchy.
— Co to za świat, w którym nie ma dzieci? — odezwała się Alicja. — Zresztą, co to za świat bez zwierząt? Nie można ich krzywdzić i znęcać się nad nimi, ale nie można też pieścić i kochać.
— Jedna rzecz równoważy drugą — rzekł Burton. — Nie ma miłości bez nienawiści, łagodności bez złośliwości, pokoju bez wojny. Zresztą nie mamy wyboru. Niewidzialni Władcy tego świata zdecydowali, że nie będziemy mieli zwierząt i że kobiety nie będą rodzić dzieci. Niech więc tak będzie.
Poranek czterysta szesnastego dnia podróży nie różnił się od innych poranków. Słońce wzeszło ponad szczytami gór po lewej, wiatr wiał jak zawsze w dół Rzeki z szybkością około piętnastu mil na godzinę. Temperatura wzrastała, by mniej więcej o drugiej po południu osiągnąć w przybliżeniu 85° Fahrenheita. Burton stał na „mostku” halsującego katamarana, ściskając obiema rękami długi, gruby sosnowy rudel. Skórę miał ogorzałą od słońca i wiatru; ubrany był w kilt w czerwono — czarną kratę, sięgający prawie do kolan, a na szyi nosił naszyjnik z nierównego, lśniącoczarnego kręgosłupa rogacza. Była to ryba długości sześciu stóp, z której czoła wystawał sześciocalowy róg, podobnie jak u jednorożca. Rogacze żyły mniej więcej sto stóp pod powierzchnią i trudno było je złapać. Za to ich kręgosłupy znakomicie nadawały się na naszyjniki, a odpowiednio wyprawiona skóra na sandały, pancerze i tarcze. Można też było przerobić ją na liny i pasy. Mięso rogacza smakowało wspaniale. Najcenniejszy jednak był róg — gotowy grot do włóczni i strzał albo — umocowany do drewnianego uchwytu — ostrze sztyletu.
W uchwytach koło Burtona, owinięty w przezroczysty rybi pęcherz, stał łuk z zakrzywionych kości, wystających po bokach paszczy ryby — smoka. Nacięto je tak, że wsuwały się jeden w drugi. W rezultacie powstała podwójnie zakrzywiona broń. Tylko bardzo silny mężczyzna potrafił napiąć cięciwę z jelit smoka. Burton dostrzegł łuk czterdzieści dni temu i zaproponował za niego właścicielowi czterdzieści papierosów, dziesięć cygar i trzydzieści uncji whisky. Oferta została odrzucona. Powrócił więc z Kazzem późną nocą i ukradł go. A raczej zamienił, gdyż zostawił na miejscu swój cisowy łuk.