Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
— Żonie?
— Nie. Dziewczynie, która umarła, zanim zdążyłem ją poślubić.
— A jak długo byłeś żonaty?
— Dwadzieścia dziewięć lat, choć to nie twoja sprawa.
— Na rany Boga! I cały czas ani razu nie powiedziałeś, że ją kochasz!
— To nie było konieczne — oświadczył i odszedł. W chacie, którą sobie wybrał, mieszkali Monat i Kazz. Kazz chrapał, Monat wsparty na łokciu palił marihuanę. Wolał ją od papierosów, ponieważ bardziej przypominała tytoń z jego planety. Nie miała zresztą na niego wpływu, za to tytoń przynosił czasem ulotne, lecz niezwykle barwne wizje.
Burton postanowił zaoszczędzić resztę „gumy snów”, jak ją sobie nazwał. Zapalił, choć wiedział, że marihuana jeszcze bardziej pobudzi jego gniew i frustrację. Porozmawiał z Monatem o jego ojczyźnie, Ghuurrkh. Interesowało go to, ale narkotyk zadziałał i Burton odpłynął w pustkę, a głos Cetańczyka stawał się coraz cichszy i cichszy…
— …zamknijcie oczy, chłopcy! — polecił Gilchrist zaciągając po szkocku.
Richard spojrzał na Edwarda. Tamten uśmiechnął się i zakrył oczy dłońmi. Na pewno wyglądał przez szpary między palcami. Richard także, zakrył oczy i dalej stał na palcach. Wprawdzie stanęli bratem na skrzynkach, ale i tak musieli się wyciągać, żeby widzieć coś ponad stojącym z przodu tłumem dorosłych.
Głowa kobiety spoczywała już na pniu: długie, kasztanowe włosy zakryty twarz. Żałował, że nie widzi jej oczu, wpatrzonych w czekający na nią, a raczej na jej głowę, kosz.
— Nie podglądać teraz, chłopcy! — powtórzł Gilchrist.
Rozległ się stuk werbli, pojedynczy krzyk i ostrze spadło; potem wrzask tłumu, kilka jęków, stęknięć i głowa potoczyła się. Szyja trysnęła strumieniem krwi, który nie miał końca. Lał się, pokrył cały tłum i chociaż Richard stal co najmniej pięćdziesiąt jardów od pnia, krew uderzyła go w dłonie, przesączyła się przez palce, zalała mu twarz i oczy, oślepiła; wargi miał lepkie i słone. Krzyknął…
— Obudź się, Dick! — powtórzył Monat. — Zbudź się? Dręczył cię jakiś koszmar!
Burton usiadł, drżący i mokry. Roztarł ręce, dotknął twarzy. Były wilgotne. Ale — od potu, nie od krwi. — Miałem sen — powiedział. — Jako sześciolatek mieszkałem w Tours we Francji. Mój nauczyciel, Jolin Gilchrist, zabrał mnie i mojego brata Edwarda na egzekucję kobiety, która wytruła swoją rodzinę. To będzie przeżycie, powiedział. Byłem strasznie podniecony i podglądałem przez palce, chociaż zakazał nam patrzeć na ostatnie sekundy, kiedy ostrze gilotyny spada w dół. Ale patrzyłem. Nie mogłem się powstrzymać. Pamiętam, że było mi trochę niedobrze, ale poza tym ten ponury widok wcale na mnie nie podziałał. Miąłem wrażenie, że oddzieliłem się od niego, jakbym widział wszystko przez grubą szybę. Jakby to nie było rzeczywiste. Albo jakbym ja nie był rzeczywisty. Tak, że naprawdę się nie przestraszyłem.
Monat zapalił papierosa z marihuany. Płomień dał dość światła, by Burton dostrzegł, jak kręci głową.
— Co za barbarzyństwo. Chcesz powiedzieć, że nie tylko zabijaliście swoich przestępców, ale ucinaliście im głowy? Publicznie? I do tego pozwalaliście dzieciom na to patrzeć!
— W Anglli byli trochę bardziej humanitarni — stwierdził Burton. — Tam wieszali.
— Francuzi przynajmniej pozwalali, by ludzie byli w pełni świadomi, że przelewają krew swych przestępców — odparł Monat. — Że ta krew plami ich ręce. Najwyraźniej jednak ten aspekt sprawy nikomu nie przyszedł do głowy. Przynajmniej nie świadomie. A teraz, po ilu to latach? sześćdziesięciu trzech? wypalasz trochę marihuany i znów przeżywasz zdarzenie, które, jak uważałeś, nie miało na ciebie żadnego wpływu. Tyle, że jeszcze teraz wzdrygasz się ze zgrozy. Wrzeszczałeś jak przerażone dziecko. Zareagowałeś tak, jak powinieneś zareagować wtedy. Można uznać, że narkotyk usunął głębokie zahamowania i odkrył grozę, zagrzebaną przez sześćdziesiąt trzy lata.
— Być może — zgodził się Burton.
Z dali dobiegł głos gromu i błyskawica rozświetliła noc. Potem rozległ się szum i uderzenia kropel o dach. Mniej więcej w tym samym czasie, koło trzeciej nad ranem, padało także poprzedniej nocy. Deszcz zmienił się w ulewę, ale dach był gęsty i nie przepuścił ani kropli. Trochę wody przeciekło jednak pod tylną ścianą stojącą nieco wyżej rozlało się po podłodze, ale to im nie przeszkadzało — posłania z trawy i liści miały po dziesięć cali grubości.
Burton i Monat rozmawiali jeszcze z pół godziny, póki deszcz nie ustał. Potem Cetańczyk zasnął. Kazz w ogóle się nie obudził. Burton nigdy jeszcze nie czuł się tak samotny. Próbował usnąć, ale nie mógł. Bał się, że powróci tamten koszmar. Po jakimś czasie wstał, wyszedł i ruszył w stronę chaty, w której mieszkała Wilfreda. Poczuł dym tytoniowy zanim jeszcze stanął w drzwiach. Koniec jej papierosa żarzył się w ciemności. Dostrzegł jej sylwetkę, siedzącą na stosie trawy i liści.
— Witaj — powiedziała. — Czułam, że przyjdziesz.
— Chęć posiadania to instynkt — oświadczył Burton.
— Wątpię, czy człowiek ma taki instynkt — sprzeciwił się Frigate. — W latach sześćdziesiątych, to znaczy sześćdziesiątych dwudziestego wieku, pewni ludzie próbowali wykazać, że człowiek posiada instynkt, który nazywali imperatywem terytorialnym. Ale…
— Podoba mi się ta nazwa — stwierdził Burton. — Dobrze brzmi.
— Wiedziałem, że ci się spodoba: Audrey i inni uważali jednak, że człowiek nie tylko instynktownie uznaje pewien obszar za swoją własność, ale także, że pochodzi od drapieżnej małpy. I że odziedziczył po niej silny instynkt zabijania. Co tłumaczy istnienie granic państwowych, patriotyzm narodowy i lokalny, kapitalizm, wojny, morderstwa, przestępczość i tak dalej. Inna szkoła, myśli albo inklinacji temperamentu, utrzymywała, że wszystko to wynika z uwarunkowań cywilizacyjnych, z kulturowej ciągłości społeczeństw, od najdawniejszych czasów kultywujących wrogość plemienną, wojnę, mordy, przestępstwa i tak dalej. Zmień kulturę, a drapieżna małpa zniknie. Zniknie, ponieważ nigdy jej nie było, tak jak skrzata w sieni. Drapieżne było społeczeństwo i to ono właśnie wychowywało nowych drapieżców z każdego miotu dzieci. Istniały jednak społeczeństwa, prehistoryczne, co prawda, ale jednak społeczeństwa, które nie wychowywały drapieżców. I one dowodzą, że człowiek nie pochodzi od drapieżnej małpy. To znaczy, może i pochodzi, ale nie przenosi już genów zabójcy. Tak, jak nie przenosi genów wysuniętych łuków brwiowych, owłosionej skóry, grubych kości czy czaszki o pojemności tylko 650 centymetrów sześciennych.
— Wszystko to jest niezwykle interesujące — oświadczył Burton. — Innym razem może omówimy tę teorię dokładniej. Pozwól jednak sobie przypomnieć, że prawie każdy członek wskrzeszonej ludzkości pochodzi ze społeczeństwa, które zachęcało do wojny, mordu, przestępstw, gwałtów, kradzieży i szaleństwa. Tacy są ludzie, wśród których się znaleźliśmy i którymi musimy żyć. Może kiedyś nadejdzie nowa generacja. Nie wiem. Za wcześnie na przewidywania, jesteśmy tu przecież dopiero siedem dni. Ale, chcesz czy nie, nasz świat zaludniony jest przez istoty, które często zachowują się tak, jakby były drapieżnymi małpami. Tymczasem wróćmy do naszego modelu.
Siedzieli na bambusowych stołkach przed chatą Burtona. Na niedużym bambusowym stoliku leżał przed nimi model łodzi z sosnowego drewna i bambusa. Miała podwójny kadłub, na którym umieścili otoczoną niskim relingiem platformę. Na środku wznosił się pojedynczy, bardzo wysoki maszt z gaflowym żaglem i wielkim sztakslem oraz lekko podwyższony mostek z kotem sterowym. Zrobili ten model używając kamiennych noży i ostrzy nożyczek. Burton postanowił, że gdy katamaran będzie gotowy, nazwie o „Hadżi”. Popłynie na pielgrzymkę, choć nie Mekka miała być jej celem. Miał zamiar pożeglować łodzią w górę Rzeki, jak daleko się uda (w ciągu minionego tygodnia rzeka stała się Rzeką).