Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]

Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:

Sir Richard Burton, dziewiętnastowieczny angielski podróżnik, pisarz i awanturnik, umiera. Jednak śmierć nie jest końcem, jest początkiem. Budzi się w dziwnym świecie — ogromnej krainie, będącej doliną nieskończenie długiej rzeki. Krainie zamieszkanej przez wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli i umarli na ziemi — od neandertalczyków po kluczowe postacie naszej historii. Wraz z grupką niezwykłych towarzyszy wyrusza w podróż ku źródłom Rzeki w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania zasadnicze — czym jest ten świat, kto go stworzył i kto w nim ustanawia prawa. Powieść, rozpoczynająca jeden z najsłynniejszych cykli fantastycznych, zdobyła nagrodę Hugo (1972) i uznanie czytelników na całym świecie.
1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 55
Перейти на страницу:

Ludzkość zbiorowo jęknęła z zachwytu na widok tych „ręczników”. Wprawdzie mężczyźni i kobiety przyzwyczaili się już, a przynajmniej pogodzili z nagością, lecz osobnicy obdarzeni głębszym zmysłem estetycznym lub mniejszą zdolnością adaptacji wciąż uznawali powszechny widok ludzkich genitaliów za niezbyt piękny, czy wręcz odrażający. Teraz mieli kilty, biustonosze i turbany. Te ostatnie postanowiono nosić do czasu kiedy odrosną włosy, lecz później stały się powszechnym nakryciem głowy. Włosy rosły wszędzie z wyjątkiem twarzy.

Burton odczuwał zawód. Zawsze był dumny ze swych długich wąsów i rozwidlonej brody; twierdził, że bez nich czuje się bardziej nagi niż bez spodni.

Wilfreda śmiała się z niego.

— Cieszę się, że ich nie masz — mówiła. — Nie cierpiałam męskiego zarostu. Całować faceta z brodą to tak, jakby wsadzić twarz w połamane sprężyny łóżka.

13

Minęło sześćdziesiąt dni i katamaran przetoczono przez równinę na wielkich bambusowych rolkach. Przyszedł czas wodowania. „Hadżi” miał około czterdziestu stóp długości i składał się właściwie tylko z dwóch połączonych platform bambusowych kadłubów o ostrych dziobach, bukszprytu i pojedynczego masztu z żaglami z plecionych włókien bambusa. Sterowano nim przy pomocy wielkiego, sosnowego wiosła, gdyż koło okazało się niepraktyczne. Liny wykonali doraźnie z plecionej trawy, lecz mieli nadzieję zastąpić je wkrótce rzemieniami z wyprawionej skóry i jelit większych ryb. Dłubankę z sosnowego pnia, dzieło Kazza, przywiązano w przedniej części pokładu.

Tuż przed spuszczeniem katamaranu na wodę Kazz zaczął się denerwować. Potrafił się już posługiwać kilkudziesięcioma słowami łamanego angielskiego. Nauczył się też od Burtona paru przekleństw w arabskim, baluchi, suahili i włoskim.

— Musi trzeba… jak nazywać?… wallah!… jakie słowo? zabić kogoś zanim rzucić łódź do wody… wiesz… merda… brak słowa, Burton — naq… słowo… słowo… zabić człowieka, żeby bóg Kabburquanaqruebemss… bóg wody… nie topić łódź… gniewać się… utopić nas… zjeść.

— Ofiara? — podpowiedział Burton.

— Cholerne dzięki, Burton — naq. Ofiara! Przeciąć gardło… zanieść na łódź… wetrzeć w drzewo… wtedy bóg wody nie gniewać się…

— Nie robimy tego — oświadczył Burton.

Kazz sprzeczał się, ale w końcu wszedł na pokład. Był jednak niespokojny i przestraszony. Burton próbował go uspokoić, przekonując, że nie jest przecież na Ziemi. Jest w innym świecie, co może bez trudu stwierdzić, jeśli spojrzy wokół siebie, zwłaszcza na gwiazdy. Żadni bogowie nie mieszkają w tej dolinie. Kazz słuchał i uśmiechał się, wciąż jednak sprawiał wrażenie, że tylko czeka aż z głębin wynurzy się ohydna zielonobroda twarz Kabburquanaqruebemssa z wyłupiastymi rybimi oczyma.

Wokół miejsca wodowania zebrał się tłum. Cała ludność w promieniu wielu mil zgromadziła się tutaj, szukając tak rzadkiej odmiany. Wszyscy pokrzykiwali, śmiali się i żartowali. Niektóre komentarze były złośliwe, ale wszystkie wygłaszano wesołym tonem. Zanim katamaran zsunął się z brzegu do wody, Burton stanął na „mostku” — podwyższonej nieco platformie — i podniósł rękę. Kiedy gwar tłumu przycichł, przemówił po włosku.

— Współ — łazarze, przyjaciele, mieszkańcy tej doliny w Ziemi Obiecanej! Za kilka minut opuścimy was…

— Jeżeli łódka nie wywróci się do góry dnem — mruknął Frigate.

— …by popłynąć w górę Rzeki, pod prąd i wiatr. Wybieramy trudną trasę, gdyż trudności obiecują najwspanialszą nagrodę. Tak twierdzili wszyscy moraliści na Ziemi, a wiecie już, jak bardzo należy im wierzyć.

Śmiechy, a tu i tam ponure spojrzenia zatwardziałych bigotów.

— Na Ziemi, jak może niektórzy z was wiedzą, prowadziłem kiedyś ekspedycje w najdalsze, najciemniejsze zakątki Afryki, by odkryć źródła Nilu. Nie dotarłem tam, choć byłem blisko, a z zasłużonej nagrody okradł mnie człowiek, który wszystko mi zawdzięczał, niejaki John Hanning Speke. Jeśli spotkam go w mej podróży w górę Rzeki, będę wiedział, jak z nim postąpić.

— Dobry Boże! — zawołał Frigate. — Chcesz, żeby zabił się jesz raz, dręczony wstydem i wyrzutami sumienia?

— Rzecz jednak w tym, że ta Rzeka może być o wiele, wiele dłuższa od Nilu, który, o czym może wiecie, był najdłuższą rzeką na Ziemi, wbrew czczym pretensjom Amerykanów, wysuwających swoją Amazonkę i Mississipi wraz z Missouri. Niektórzy z was spytają, po co ruszamy do celu, który leży nie wiedzieć jak daleko, a może wcale nie istnieje. Odpowiem wam: stawiamy żagle, ponieważ istnieje Nieznane, a my chcemy uczynić go Znanym. To wszystko! Tutaj, w przeciwieństwie do Ziemi, pieniądze nie są potrzebne, ani na ekwipunek, ani na podróż. Król Szmal nie żyje i do diabla z nim! By dostać zgodę na rejs w górę Rzeki nie musimy wypisywać setek petycji i formularzy, ani wyczekiwać na audiencję u osób wpływowych i drobnych biurokratów. Nie ma granic państwowych…

— …na razie — wtrącił Frigate.

— …ani paszportów do okazywania, ani urzędników czekających na łapówki. Zbudowaliśmy łódź, na co nie potrzebowaliśmy licencji i odpływamy nie potrzebując pozwolenia żadnego durnia na wysokim, średnim czy niskim stołku. Po raz pierwszy w historii jesteśmy wolni. Wolni! I teraz mówimy żegnajcie! Nie chcę mówić: do widzenia…

— Nigdy nie mówisz — mruknął Frigate.

— . … gdyż może wrócimy tu dopiero za tysiąc lat! Więc mówię: żegnajcie, załoga woła: żegnajcie, dziękujemy za waszą pomoc w budowie łodzi i za pomoc w jej wodowaniu. Niniejszym przekazuję swą godność Konsula Jej Brytyjskiej Wysokości w Trieście temu, kto ma ochotę ją przyjąć i ogłaszam, że jestem wolnym obywatelem świata Rzeki! Nie będę nikomu składał hołdów, nie będę niczyim poddanym, będę wierny tylko sobie!

— Czyń, co ci męstwo czynić każe, od siebie tylko czekaj braw.

Ten pięknie żyje i umiera, kto według własnych żyje praw — zadeklamował Frigabe.

Burton spojrzał na niego spod oka, ale nie przerwał swej mowy. Amerykanin przytoczył dwuwiersz z jego poematu, „The Kasidah of Haji Abdu Al — Yazdi”. Nie pierwszy raz już cytował prozę czy poezję Burtona. I choć ten często stwierdzał, że Frigate go irytuje, to nie mógł gniewać się na człowieka, który podziwiał go do tego stopnia, że nauczył się na pamięć jego słów.

Kilka minut później, gdy grupa kobiet i mężczyzn zepchnęła łódź na Wodę i tłum urządził owację, Frigate znów go zacytował. Patrzył na zebrane przy brzegu tysiące przystojnych młodych ludzi, na ich brązową od słońca skórę, na kilty i staniki, na barwne, rozwiane turbany. Powiedział Wtedy:

Piękny był dzień gdy słońce lśniło, gdy bryza grała, gdy tłum w zawody Śpiewał i tańczył nad rzeki brzegiem, kiedym był młody, kiedym był młody.

Prąd i wiatr odwróciły dziób łodzi w dół Rzeki, lecz zaraz na rozkaz Burtona wciągnięto żagle, a on sam naparł na wielkie wiosło. Katamaran obrócił się i ruszył ostro pod wiatr. unosił się i opadał na falach, woda szumiała rozcinana przez podwójny dziób, słońce grzało mocno, a lekka bryza chłodziła ich ciała. Byli szczęśliwi, choć czuli lekki niepokój, gdy znajome brzegi i twarze ginęły w dali. Nie mieli map, nie znali opowieści wędrowców, które mogłyby ich poprowadzić; z hardą miną tworzyli cząstkę nowego świata.

1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 55
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)