Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]
- Автор: Фармер Филип Хосе
- Год: 1997
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-86572-27-2
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Gdzie wasze ciała porzucone [To Your Scattered Bodies Go - pl]». Краткое содержание книги:
Nie byli jednak tacy odważni. Monat przestraszył ich samym spojrzeniem. Poza tym mieliśmy — noże i włócznie. Mimo to dowódca namawiał ich do ataku — i wtedy przyjrzałem się bliżej jednemu z nich. Brakowało mu gęstych, czarnych włosów. Kiedy go znałem miał trzydzieści pięć lat i nosił okulary w rogowej oprawie. Nie widziałem go od czterdziestu pięciu lat. Podszedłem bliżej, spojrzałem na jego gębę, wyszczerzoną jak u przysłowiowego skunksa, tak samo jak wtedy, i powiedziałem: „Lem? Lem Sharkko? Jesteś Lem Sharkko, prawda?” On wytrzeszczył oczy, wyszczerzył zęby jeszcze bardziej, złapał mnie za rękę, za moją rękę, po tym wszystkim, co mi zrobił, i krzyknął, jakbyśmy byli rozłączonymi przed laty braćmi: „Tak, to ja! A to Peter Frigate! Boże mój, Peter Frigate!”
Niemal się ucieszyłem, że go spotkałem, z tego samego powodu co on. Ale potem powiedziałem sobie: „Oto nieuczciwy wydawca, który wykiwał cię na 40000 dolców, kiedy byłeś początkującym pisarzem i zrujnował twoją karierę na całe lata. Oto obrzydliwy handlarz chłamu, który okradł ciebie i co najmniej czterech innych autorów, po czym ogłosił bankructwo i zniknął. Potem odziedziczył kupę szmalu po swoim wuju i żył sobie w luksusie dowodząc, że zbrodnia jednak popłaca: Oto człowiek, któremu nie możesz wybaczyć nie tylko ze względu na to, co ci zrobił, ale także ze względu na wszystkich innych nieuczciwych wydawców, jakich w życiu spotkałeś”.
— Powiedziałem kiedyś, że księża, politycy i wydawcy nigdy nie przestąpią bram niebieskich — uśmiechnął się Burton. — Myliłem się. To znaczy myliłem się, jeżeli to jest niebo:
— Tak, wiem — mruknął Frigate. — Nigdy nie zapomniałem, że powiedziałeś coś takiego. W każdym razie stłumiłem naturalną radość na widok znajomej twarzy i powiedziałem „Sharkko…”
— Jak mogłeś mu zaufać, z takim nazwiskiem? — zdziwiła się Alicja.
— Powiedział, że pochodzi od czeskiego słowa, oznaczającego godzienzaufania. To było kłamstwo, podobnie jak wszystko, co mi mówił. W każdym razie już prawie przekonałem sam siebie, że razem z Monatem powinniśmy się wycofać. Przegonilibyśmy ich, kiedy byście wrócili od kamienia obfitości. Pomysł był całkiem niezły, ale kiedy poznałem Sharkko, dostałem szału. Uśmiechnąłem się i powiedziałem: „O rany! To świetnie zobaczyć znowu twoją twarz po tylu latach. Zwłaszcza tutaj; gdzie nie ma sądów ani glin!” Po czym walnąłem go prosto w nos. Padł na plecy i krew mu siknęła. Rzuciliśmy się na pozostałych. Kopnąłem jednego, a potem ktoś przyłożył mi cylindrem w policzek. Trochę mnie ogłuszyło, ale wtedy Monat jednego powalił drzewcem włóczni, a drugiemu połamał żebra; jest chudy, ale niesamowicie szybki i wie chyba wszystko o samoobronie… o ataku też! Sharrko się podniósł, więc dołożyłem mu drugą ręką, ale wyszło mi tylko takie muśnięcie w szczękę. Bardziej zabolało mnie niż jego. Odwrócił się i zaczął uciekać, a ja za nim. Reszta też pobiegła. Monat gonił ich i tłukł włócznią. Dopadłem Sharkko na zboczu i dołożyłem mu porządnie! Czołgał się i jęczał o litość, więc tylko dałem mu jeszcze porządnego kopniaka w tyłek, aż wrzasnął i sturlał się na sam dół.
Frigate drżał cały z podniecenia, ale wyraźnie był z siebie dumny.
— Trochę się bałem, że stchórzę. W końcu to wszystko zdarzyło się tak dawno i w innym świecie. Może sprowadzono nas tu po to, byśmy mogli wybaczyć naszym wrogom — niektórym przyjaciołom także — i zyskać przebaczenie? A może właśnie po to, żeby choć trochę odpłacić za to, co nas Spotkało na Ziemi. Co ty na to, Lev? Co byś powiedział, gdybyś mógł podpiec Hitlera na wolnym ogniu? Nie miałbyś ochoty powolutku obracać go nad ogniskiem?
— Nie wydaje mi się, żeby można porównać Hitlera z nieuczciwym wydawcą, odparł Ruach. — Nie, nie chciałbym przypiekać go nad ogniem. Wolałbym może zagłodzić go na śmierć, albo dawać mu tylko tyle jedzenia, żeby nie umarł. Ale, nie zrobiłbym tego. Co by to dało? Czy zmieniłby zdanie o jakiejkolwiek sprawie, czy uznałby Żydów za istoty ludzkie? Nie, gdyby znalazł się w mojej mocy, nic bym mu nie zrobił. Zabiłbym go tylko, żeby nie mógł krzywdzić innych. Chociaż nie jestem pewien, czy zabity pozostałby martwy. Nie tutaj.
— Mówisz jak prawdziwy chrześcijan — uśmiechnął się Frigate.
— A myślałem, że jesteś moim przyjacielem — burknął Ruach.
12
Już po raz drugi Burton usłyszał nazwisko: Hitler. Postanowił dowiedzieć się o nim czegoś więcej, ale na razie trzeba było skończyć z gadaniem i zabrać się do stawiania dachów. Wszyscy wzięli się raźnie do ścinania trawy małymi nożyczkami, które znaleźli w rogach obfitości. Niektórzy wspięli się na żelazne drzewa i zrywali wielkie, czerwono żyłkowane liście. Dachy pozostawiały wiele do życzenia. Burton zamierzał rozejrzeć się za zawodowym dekarzem i nauczyć się od niego właściwych metod. Co do łóżek, to na razie musiały im wystarczyć stosy trawy przykryte co bardziej miękkimi liśćmi żelaznych drzew. Za koce miały służyć takie same liście.
— Dzięki Bogu czy Komu tam — stwierdził z ulgą Burton — że nie ma tu żadnych insektów.
Podniósł metalowy kubek, w którym pozostały jeszcze dwie uncje najlepszej szkockiej, jaką kiedykolwiek kosztował.
— Jego zdrowie. Gdyby wskrzesił nas, do życia na dokładnej kopii Ziemi, dzielilibyśmy nasze legowiska z dziesięcioma tysiącami gatunków gryzącego, drapiącego, żądlącego, kąsającego, łaskoczącego i ssącego krew paskudztwa.
Wypili. Potem, siedząc wokół ogniska, palili papierosy i rozmawiali. Mrok pogłębiał się, niebo utraciło swój błękit, rozkwitły ogromne gwiazdy i plamy świecącej mgły, które przed zmierzchem były tylko niewyraźnymi widmami. Nieboskłon błyszczał w glorii.
— Jak ilustracja Sime'a — mruknął Frigate.
Burton nie wiedział, kto to jest Sime. Połowa rozmów z ludźmi pochodzącymi z innych niż on czasów składała się z wyjaśnień, do czego właściwie robią aluzje.
Wstał, obszedł ognisko i przykucnął obok Alicji. Właśnie wróciła, położywszy do łóżka małą Gwenafrę. Podsunął jej kawałek gumy.
— Właśnie zjadłem pół porcji — powiedział. — Masz ochotę na resztę?
Spojrzała bez wyrazu.
— Nie, dziękuję.
— Mamy osiem chat — mówił dalej. — Wiadomo, kto będzie z kim mieszkał, z wyjątkiem ciebie, mnie i Wilfredy.
— Nie wydaje mi się, żeby były jakieś niejasności — oświadczyła.
— A więc śpisz z Gwenafrą?
Ciągle nie chciała na niego spojrzeć. Po chwili milczenia wstał, wrócił na drugą stronę i usiadł obok Wilfredy.
— Nie ma pan tu czego szukać, sir Richardzie — wydęła wargi dziewczyna. — Na rany Boga, nie mam ochoty służyć za namiastkę. Mogłeś pan ją spytać jak nikt was nie widział. Mam swoją dumę.
Milczał przez chwilę. W pierwszej chwili chciał odpowiedzieć jej jakąś ostrą, obraźliwą uwagą… ale miała rację. Za bardzo ją lekceważył. Nawet jeśli była dziwką, to miała prawo być traktowana jak człowiek. Zwłaszcza że — jak utrzymywała — to głód popchnął ją do prostytucji. W tej właśnie kwestii Burton pozostał sceptyczny. Zbyt wiele dziewcząt starało się jakoś wyjaśnić swoje zajęcie, zbyt wiele wymyślało kłamstwa, usprawiedliwiające podjęcie tego zawodu. Z drugiej strony jej wściekłość i zachowanie w starciu ze Smithsonem sugerowały, że jest szczera.
Wstał.
— Nie chciałem ranić twych uczuć — powiedział.
— Kochasz ją? — spytała Wilfreda.
— Tylko jednej kobiecie powiedziałem, że ją kocham — odparł.