Vaterland [Fatherland - pl]
- Автор: Харрис Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Ksi
- ISBN: 978-83-245-7646-3
- Переводчик: Adnrzej Szulc
- Жанр: Альтернативная история
Электронная книга - «Vaterland [Fatherland - pl]». Краткое содержание книги:
Szczegółów było niewiele, ale wystarczyły, żeby March zorientował się, z kim ma do czynienia. Wiecznie skacowany i agresywny, chaotyczny uliczny polityk. W dodatku oportunista. Podobnie jak tysiące innych Luther wstąpił do partii parę tygodni po dojściu Hitlera do władzy.
Przerzucił szybko kartki, szukając Stuckarta. Wilhelm Stuckart, doktor prawa. Portret zrobiony w profesjonalnym atelier, twarz skryta w półcieniu niczym na fotosie filmowego gwiazdora. Facet był próżny, nie było co do tego wątpliwości. Dziwna mieszanka: kręcone, szpakowate włosy, przenikliwe oczy, mocno zarysowana szczeka. A jednocześnie pełne, prawie lubieżne usta. March notował dalej.
Urodzony 16 listopada 1902 w Wiesbaden. Studiował prawo i ekonomię na uniwersytetach w Monachium i Frankfurcie nad Menem. W czerwcu 1928 ukończył z wyróżnieniem studia. Do partii wstąpił w 1922 w Monachium. Pełnił różne funkcje w SA i SS. W 1933 wybrany na burmistrza Szczecina. 1933-1953 sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Publikacje: „Komentarz na temat niemieckich praw rasowych” (1936). W 1944 otrzymał honorowy stopień Obergruppenführera SS. W 1953 powrócił do prywatnej praktyki adwokackiej.
To był ktoś, kto zupełnie nie przypominał Luthera. Intelektualista; alter Kämpfer, podobnie jak Buhler; facet, który mierzył wysoko. Żeby w wieku trzydziestu jeden lat zostać burmistrzem Szczecina, prawie trzystutysięcznego portowego miasta… Nagle March uświadomił sobie, że wszystko to całkiem niedawno gdzieś czytał. Ale gdzie? Nie mógł sobie przypomnieć. Zamknął oczy. Gdzie to było?
Z „Wer Ist’s” nie dowiedział się nic więcej oprócz tego, że Stuckart był kawalerem, a Luther żył aktualnie ze swoją trzecią żoną. Znalazł w notesie dwie nie zapisane kartki i podzielił je na trzy kolumny. Umieścił na górze nazwiska Buhlera, Luthera i Stuckarta i zaczął wpisywać do każdej z nich daty. Porównywanie chronologii było jego ulubionym zajęciem, metodą, dzięki której odnajdywał logiczny wzór w tym, co na pierwszy rzut oka wydawało się zbiorem przypadkowych faktów.
Wszyscy urodzili się z grubsza w tym samym czasie. Buhler miał sześćdziesiąt cztery lata, Luther sześćdziesiąt osiem, Stuckart sześćdziesiąt jeden. W latach trzydziestych wszyscy przeszli na państwowe posady — Buhler w 1939, Luther w 1936, Stuckart w 1935. Wszyscy pełnili mniej więcej podobne stanowiska — Buhler i Stuckart byli sekretarzami stanu, Luther podsekretarzem. Wszyscy przeszli na emeryturę w latach pięćdziesiątych — Buhler w 1951, Luther w 1955, Stuckart w 1953. Wszyscy musieli się wzajemnie znać. Wszyscy spotkali się o godzinie dziesiątej rano w zeszły piątek. Gdzie krył się wzór?
March przechylił się do tyłu na krześle i wlepił wzrok w biegnące pod sufitem rury.
Nagle przypomniał sobie.
Poderwał się z krzesła.
Obok wejścia leżały zszywki „Berliner Tageblatt”, „Völkischer Beobachter” oraz wydawanego przez SS „Das Schwarzes Korps”. Przerzucił szybko kartki „Tageblatt”, cofając się do wczorajszego wydania, do działu nekrologów. Po chwili znalazł to, czego szukał. Czytał ten nekrolog nie dalej jak wczoraj.
Towarzysz partyjny Wilhelm Stuckart, były sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, zmarł nagle na atak serca w niedzielę, 13 kwietnia. Oddany bojownik Narodowego Socjalizmu, pozostanie na zawsze w naszej pamięci…
Miał wrażenie, że ziemia usuwa mu się spod nóg. A potem zdał sobie sprawę, że przygląda mu się archiwistka.
— Źle się pan czuje, Herr Sturmbannführer?
— Nie, nic mi nie jest. Wyświadczy mi pani przysługę? — Wziął z jej biurka rewers i napisał na nim pełne nazwisko Stuckarta i jego datę urodzenia. — Może pani sprawdzić, czy mamy akta tej osoby?
Przyjrzała się rewersowi i wyciągnęła rękę.
— Przepustka.
Dał jej przepustkę. Polizała językiem czubek ołówka i wpisała do odpowiedniej rubryki dwunastocyfrowy numer służbowy Marcha. Dzięki temu wiadomo będzie, kto poprosił o dostęp do akt i o której to było godzinie. Gestapo mogło dowiedzieć się, czym interesował się inspektor March w osiem godzin po odebraniu mu sprawy Buhlera. Kolejny przejaw braku narodowosocjalistycznej dyscypliny. Nic nie był w stanie na to poradzić.
Archiwistka wyciągnęła długą drewnianą szufladę i przejechała kwadratowymi palcami po kartach katalogowych.
— Stroop… — mruczała. — Strunck. Struss. Stülpnagel…
— Minęła go pani — powiedział March. Odchrząknęła i wyjęła z szuflady różową kartę.
— Stuckart Wilhelm. — Podniosła wzrok. — Akta wypożyczone.
— Komu?
— Niech pan sam zobaczy.
March pochylił się. Akta Stuckarta wypożyczył Sturmbannführer Fiebes z departamentu VB3. Departamentu przestępstw seksualnych.
Whisky i suche powietrze sprawiły, że zachciało mu się pić.
W korytarzu przed wejściem do archiwum był kranik z zimną wodą. Nalał sobie filiżankę i zastanawiał się, co począć.
Co zrobiłby na jego miejscu każdy rozsądny człowiek? Nietrudno było zgadnąć. Rozsądny człowiek zrobiłby to, co każdego dnia robił Max Jaeger. Nałożyłby na głowę kapelusz i wróciłby do domu, do żony i dzieci. Ale March nie miał takiej możliwości. Puste mieszkanie przy Ansbacher Strasse, kłócący się piętro niżej sąsiedzi i leżąca na podłodze wczorajsza gazeta — to wszystko wcale go nie pociągało. Ograniczył swoje życie do tego stopnia, że pozostała mu tylko praca. Co się stanie, jeśli i ona okaże się nic niewarta?
I było coś jeszcze, coś, co kazało mu każdego ranka zrywać się z łóżka na spotkanie kolejnego ponurego dnia. Tym czymś była ciekawość. W pracy policjanta istnieje zawsze jakieś kolejne skrzyżowanie, kolejny róg, zza którego wyłania się nowy widok. Kim była rodzina Weissów i co się z nią stało? Do kogo należały zwłoki wyłowione z jeziora? Co łączyło śmierć Buhlera i Stuckarta? Ciekawość utrzymywała go przy życiu, była jego błogosławieństwem i przekleństwem. I dlatego tak naprawdę nie miał teraz żadnego wyboru.
Rzucił papierową filiżankę do kosza na śmieci i ruszył po schodach na górę.
6
Walter Fiebes siedział popijając sznapsa w swoim gabinecie. Ze stołu przy oknie spoglądało na niego pięć ludzkich głów — białe gipsowe odlewy z uniesionymi niczym deski klozetowe skalpami, pod którymi widać było pomalowane na czerwono i szaro sekcje mózgu — pięć czaszek, na których opierało się niemieckie imperium.
Umieszczone pod spodem tabliczki opisywały je od lewej do prawej, w kolejności, którą wyznaczał malejący stopień akceptacji władz. Kategoria pierwsza: czysty nordyk. Kategoria druga: osobnik o dominujących cechach nordyckich bądź falickich. Kategoria trzecia: łagodny mieszaniec z niewielką domieszką alpejsko-dynarską bądź śródziemnomorską. Przedstawiciele tych trzech grup mogli wstępować do SS. Pozostali nie mogli sprawować żadnych publicznych urzędów i gapili się z wyrzutem na Fiebesa. Kategoria czwarta: mieszaniec z dominującą domieszką bałtycką bądź alpejską. Kategoria piąta: mieszaniec pochodzenia pozaeuropejskiego.
March należał do kategorii pierwszej lub drugiej, Fiebes, paradoksalnie, sytuował się na pograniczu trzeciej. Ale prawdziwych fanatyków rasizmu rzadko można było spotkać wśród niebieskookich aryjskich supermenów; zbyt często, mówiąc słowami „Des Schwarzes Korps” „traktowali oni swą przynależność do narodu panów za coś oczywistego”. Bagniste pogranicze niemieckiej rasy patrolowali zamiast nich ci mniej przekonani o czystości własnej krwi. Poczucie braku bezpieczeństwa czyniło z nich dobrych strażników. Komiczny w swoich skórzanych krótkich spodniach, z których wyłaniały się iksowate nogi, dyrektor szkoły z Frankonii; spoglądający na świat przez grube soczewki okularów bawarski sklepikarz; nie potrafiący opanować nerwowego tiku i żywiący skrytą słabość do młodszych członków Hitlerjugend rudy księgowy z Turyngii; ludzie kulawi i brzydcy, najbardziej wybrakowane egzemplarze narodowego miotu — ci właśnie byli najgłośniejszymi obrońcami czystości rasy.