Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]
- Автор: Лори Хью
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Albatros
- ISBN: 978-83-06-03097-1
- Переводчик: Jacek Konieczny
- Жанр: Шпионские детективы
Электронная книга - «Sprzedawca broni [The Gun Seller - pl]». Краткое содержание книги:
Wielkooka blondynka w ciuchach Ralpha Laurena wzięła ode mnie kask i wskazała na stolik przy oknie. Zamówiłem tonik dla siebie i dużą wódkę dla bólu pod pachą. Czas do przyjścia Woolfa mogłem spędzić na lekturze przewodnika Ewana lub menu. Menu wydawało się nieco dłuższe, więc zacząłem od niego.
Pierwsze danie stawało w szranki pod nazwą „Crostini Mielonego Tarroce z Ziemniakami Benatore”. Liczono sobie za nie imponujące dwanaście funtów sześćdziesiąt pięć pensów. Blondynka w ciuchach Ralpha Laurena podeszła i zapytała, czy może mi pomóc w wyborze dania. Poprosiłem, aby wyjaśniła mi, co to są ziemniaki. Nie rozbawiło jej to.
Właśnie zacząłem zgłębiać opis drugiego dania, którym, na ile mogłem się zorientować, mogli być bracia Marx ugotowani w koszulkach, kiedy dostrzegłem przy wejściu Woolfa, który z całych sił starał się nie wypuścić z rąk aktówki, podczas gdy kelner rozbierał go z płaszcza.
I wtedy, dokładnie w tym samym momencie, kiedy zauważyłem, że nasz stolik został nakryty dla trzech osób, dojrzałem wyłaniającą się zza jego pleców Sarę.
Wyglądała — przepraszam, że o tym wspominam — fantastycznie. Absolutnie fantastycznie. Wiem, że to banał, nie są takie chwile, kiedy człowiek uświadamia sobie, dlaczego banał jest banałem. Miała na sobie zwykłą sukienkę z zielonego jedwabiu, która leżała na niej w sposób, w jaki wszystkie sukienki chciałyby leżeć, gdyby tylko dano im taką szansę — nieruchoma w miejscach, w których powinna pozostać nieruchoma, zwiewna w miejscach, gdzie ruch był dokładnie tym, co chciało się zobaczyć. Praktycznie wszyscy obserwowali Sarę, jak szła w kierunku stolika, a kiedy Woolf podsunął jej krzesło, na sali zaległa cisza.
— Cieszę się, że pan przyszedł, panie Lang — powiedział Woolf senior.
Skinąłem głową.
— Zna pan moją córkę?
Spojrzałem przez stół na Sarę, która w skupieniu wpatrywała się w serwetkę przy swoim talerzu. Nawet jej serwetka wyglądała lepiej niż jakakolwiek serwetka na sali.
— Ależ oczywiście — odparłem. — Niech się zastanowię. Wimbledon? Królewskie regaty w Henley? Ślub Dicka Cavendisha? Ach nie, już sobie przypominam. Wylot lufy, to właśnie tam się ostatnio widzieliśmy. Miło znów panią spotkać.
W zamierzeniu miało to być powitanie przyjazne, wręcz żartobliwe, ale kiedy nadal nie podnosiła wzroku, zorientowałem się, że moje słowa zabrzmiały raczej agresywnie, i żałowałem, że się nie zamknąłem i nie ograniczyłem do uśmiechu. Sara ułożyła sztućce w szyk, który najwyraźniej wydawał jej się ładniejszy.
— Panie Lang — odezwała się. — Przyszłam tu za namową ojca, aby wyrazić swój żal. Nie dlatego, abym uważała, iż postąpiłam niesłusznie, ale dlatego, że pan ucierpiał, do czego nie powinno było dojść. Z tego powodu jest mi przykro.
Czekaliśmy z Woolfem na dalszy ciąg, ale najwyraźniej musiało nam wystarczyć to, co powiedziała. Siedziała tam i grzebała w torebce, szukając pretekstu, aby nie spojrzeć mi w oczy. Najwyraźniej znalazła w środku jeszcze kilka innych pretekstów, co było o tyle dziwne, że miała dość małą torebkę.
Woolf przywołał gestem kelnera i odwrócił się w moim kierunku.
— Miał pan już okazję przejrzeć menu?
— Tylko rzuciłem okiem — odparłem. — Podobno mają tu znakomite jedzenie.
Zjawił się kelner. Woolf poluzował trochę krawat.
— Dwa razy martini — zaordynował. — Bardzo wytrawne i…
Spojrzał na mnie pytająco.
— Wódka z martini — powiedziałem. — Niesamowicie wytrawne. Z cukrem pudrem, jeżeli można.
Kelner czmychnął, a Sara zaczęła rozglądać się po sali, jakby rozmowa zdążyła ją już znudzić. Miała piękne ścięgna szyi.
— A więc, Thomas… — zaczął Woolf. — Nie masz nic przeciwko temu, że będę zwracał się do ciebie Thomas?
— Nie ma problemu. W końcu to moje imię.
— Dobrze. Thomas. Po pierwsze, jak tam twoje ramię?
— W porządku — mruknąłem; wyglądał, jakby mu ulżyło. — Znacznie lepiej niż pacha, w którą zostałem postrzelony.
W końcu, no w końcu! odwróciła głowę i spojrzała na mnie. Jej oczy wyglądały dużo łagodniej, niż starała się wyglądać reszta jej ciała. Pochyliła nieznacznie głowę do przodu i odezwała się niskim, łamiącym się głosem:
— Powiedziałam, że jest mi przykro.
Rozpaczliwie chciałem coś odpowiedzieć, coś miłego i łagodnego, ale miałem pustkę w głowie. Nastąpiła chwila ciszy, która mogłaby się skończyć w jakiś niemiły sposób, gdyby Sara się nie uśmiechnęła. Ale jednak się uśmiechnęła i duża ilość krwi zawrzała nagle w okolicach moich uszu, bulgocząc i wydzielając ogromne ilości pary. Odwzajemniłem uśmiech. Cały czas patrzyliśmy sobie w oczy.
— Trzeba, jak sądzę, uczciwie powiedzieć, że mogło być gorzej — dodała.
— Oczywiście, że mogło — odparłem. — Gdybym był znanym na całym świecie modelem prezentującym pachy, nie mógłbym pracować przez kilka miesięcy.
— Tym razem się zaśmiała, naprawdę się zaśmiała, a ja poczułem się, jakbym zdobył wszystkie medale olimpijskie, jakie kiedykolwiek wybito.
Zaczęliśmy od zupy, którą podano w miskach wielkości mniej więcej mojego mieszkania. Smakowała wybornie. Niewiele rozmawialiśmy. Okazało się, że Woolf również pasjonuje się wyścigami konnymi i że tego popołudnia obejrzałem jedną z jego gonitw w Doncaster, więc przez chwilę gawędziliśmy na ten temat. Zanim podano drugie danie, nadawaliśmy ostateczny szlif trzyminutowej wymianie okrągłych zdań na temat nieprzewidywalności angielskiego klimatu. Woolf ugryzł kęs jakiejś mięsnej, polanej sosem potrawy, po czym wytarł usta serwetką.
— A więc, Thomas — powiedział. — Domyślam się, że chciałbyś mnie zapytać o kilka spraw.
— W rzeczy samej — zgodziłem się i również wytarłem usta. — Przepraszam, że powiem coś przewidywalnego, ale co pan, kurwa, wyprawia?
Ludzie siedzący przy sąsiednim stoliku wstrzymali oddech, ale Woolf i Sara zachowali kamienne twarze.
— W porządku — skinął głową. — Słuszne pytanie. Po pierwsze, wbrew temu, co mogli panu naopowiadać ludzie z Ministerstwa Obrony, nie mam absolutnie nic wspólnego z narkotykami. Nic. Brałem kiedyś penicylinę, ale to wszystko. I kropka.
Nie, to mi z pewnością nie wystarczało. Ani trochę. Zakończenie wypowiedzi słowami „i kropka” nie czyni jej niepodważalną.
— No cóż — powiedziałem — proszę wybaczyć mój typowo angielski cynizm, ale czy nie mamy tu do czynienia z przypadkiem „Cóż innego mógłbym w tej sytuacji powiedzieć?”
Sara spojrzała na mnie z rozdrażnieniem i przyszło mi do głowy, że być może trochę przesadziłem. Ale natychmiast pomyślałem, że co tam, piękne ścięgna pięknymi ścięgnami, ale pewne rzeczy wymagają wyjaśnienia.
— Przepraszam, że podniosłem tę kwestię, zanim w ogóle zaczął pan swoje wyjaśnienia — kontynuowałem — ale zakładam, że spotkaliśmy się, aby szczerze sobie pomówić. A więc mówię szczerze.
Woolf odgryzł kolejny kęs i utkwił wzrok w talerzu. Dopiero po chwili zorientowałem się, że odpowiedź na moje pytanie pozostawił Sarze.
— Thomas — podjęła, a ja zwróciłem na nią wzrok. Jej oczy były duże, okrągłe i rozciągały się między dwoma krańcami wszechświata. — Miałam brata. Michaela. Cztery lata starszego ode mnie.
O rany! Miała.
— Michael zmarł, będąc na pierwszym roku Bates University. Amfetamina, metakwalon, heroina. Miał dwadzieścia lat.
Zamilkła, a ja musiałem coś powiedzieć. Coś. Cokolwiek.