Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]
- Автор: Шоу Боб
- Год: 1987
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Malgorzata Grabowska
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Milion nowych dni [One Million Tomorrows - pl]». Краткое содержание книги:
— Rozumiesz po angielsku? — spytał niepewnie.
Tubylec uniósł głowę i przeszył go spojrzeniem, oddzielony od niego muren milczącej wrogości, a potem obrócił się twarzą do ściany.
— Przepraszam — powiedział ni w pięć, ni w dziewięć Carewe. Zamierza właśnie wrócić do swoich, kiedy z chaty z zastraszającą szybkością wybiegła kobieta. Dopadła go z błyskiem stali w ręku, a potem odstąpiła. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w jej triumfującą twarz, zanim przeniósł wzrok na tkwiący we własnych piersiach nóż.
Kiedy przybiegli po niego członkowie ekipy Współnarodów, klęczał w błocie, wciąż z niedowierzaniem potrząsając głową.
Rozdział dziewiąty
— To był bardzo stary nóż — oznajmił Storch. — I to pana uratowało. Carewe patrzył spokojnie w sufit przyczepy, w której leżał.
— Co ze mną? — spytał.
— Wyliże się pan. Nóż był tak zużyty od ostrzenia, że przypominał cienki szpikulec, a to akurat nie jest najskuteczniejsza broń.
— Na nic nie narzekam.
Ponieważ nic go nie bolało, Carewe spróbował unieść się na pryczy.
— Nie tak prędko — powstrzymał go Storch, ujmując go zdecydowanie za ramiona i kładąc z powrotem. — Przekłuto panu płuco i lekarz musiał zrobić zapad płuca.
— Zapad płuca? Czy to znaczy…?
— To chwilowa sprawa. Żeby płuco odpoczęło, nic więcej. — Storch obejrzał się za siebie na kogoś, kto znajdował się poza zasięgiem wzroku Carewe’a. — Prawda, doktorze?
— Oczywiście — odpowiedział męski głos. Nie ma powodu do niepokoju, panie Carewe. Pańskie płuco krwawiło przez jakiś czas, ale zatamowaliśmy krwotok i ściągnęliśmy krew. Teraz tylko trzeba dać mu odpocząć.
— Rozumiem.
Carewe’owi zrobiło się trochę słabo na myśl, że jedno płuco spoczywa zwiotczałe w jego piersiach. Oddychając, skupił się na swoich doznaniach wewnętrznych i po raz pierwszy w życiu zdał sobie sprawę, że wdech bierze swój początek nie w płucach, ale w mięśniach klatki piersiowej. Żebra unoszą się, rozciągając przymocowane do nich żywe worki, dzięki czemu przez usta i nos wpada do środka nie znoszące próżni powietrze. W jego przypadku funkcjonowało jednak tylko jedno płuco. Nieledwie spodziewając się, że zabraknie mu powietrza, podczas transportowania go na noszach z przyczepy do ambulansu starał się oddychać miarowo.
Po powrocie do bazy przeniesiono go do średniej wielkości kopułodomu, gdzie mieścił się punkt pomocy medycznej. W jednej jedynej sali oprócz jego łóżka stały jeszcze trzy wolne, a w popołudniowym powietrzu brzęczały cisza i spokój. Co pół godziny wpadała do niego pielęgniarka, dwa razy też zajrzał lekarz o nazwisku Redding, żeby dowiedzieć się o jego samopoczucie, i zawiadomił go, że nazajutrz zostanie stąd odesłany. Oboje odnosili się do niego z zawodową uprzejmością, co tylko wywoływało w nim przygnębienie i uczucie bezradności. Powszechnie wiadomo było, że brygady antynaturystyczne na całym świecie odczuwają brak chętnych do pracy i rzadko rezygnują ze zdatnego do służby ochotnika, a mimo to od samego początku czuł, że stare wygi uważają się za zawodowców, którzy co jakiś czas zmuszeni są godzić się na współpracę z pełnymi dobrych chęci amatorami. Kendy nazywał to syndromem Beau Geste’a. Carewe nie miał pojęcia, kto to jest Beau Geste, lecz przeczuwał, że z nadejściem wieczoru jego poranny wyczyn wywoła salwy śmiechu przy ogromnym okrągłym barze w klubie Współnarodów. Poddał się ogarniającej go senności w nadziei, że przyśni mu się Atena i dawne dobre czasy…
Wieczorem, kiedy o szyby tłukły się siwe ćmy, przewinęła się przez jego salę procesja gości, a wśród nich Kendy, Parma i kilka twarzy, które pamiętał jak przez mgłę ze swojego inauguracyjnego ochlaju. Jeden jedyny Parma chyba szczerze wyraził żal z powodu jego zaplanowanego wyjazdu, z uroczystą i poważną miną na posrebrzonej zarostem twarzy proponując mu, że przemyci z baru do szpitala trochę piwa na pożegnalne przyjęcie. Carewe grzecznie mu podziękował i po jego wyjściu poprosił pielęgniarkę o coś na uspokojenie. Połknął prążkowaną kapsułkę i czekając, aż zacznie działać, wpatrywał się ze stoickim spokojem w sufit.
Po upływie długiego czasu ocknął się z uczuciem dziwnego niepokoju. Spojrzał na przegub ręki i przez chwilę wpatrywał się w gładką skórę, zanim uprzytomnił sobie, że rejon Nouvelle Anvers leży za daleko od nadajnika czasu, żeby jego zegarek działał. Koło łóżka rozległy się czyjeś kroki. Młody człowiek o śniadej cerze, ubrany w biały strój lekarski, podał mu szklankę wody i jasnoniebieską tabletkę.
— Przepraszam, że pana niepokoję, panie Carewe — odezwał się cicho przybysz. — Ale pora na pigułkę wzmacniającą.
— A po co? — spytał sennie Carewe.
— Doktor Redding woli nie ryzykować, w tutejszym klimacie rany są niebezpieczne.
— Wobec tego chyba… — Carewe podparł się na łokciu i sięgnął po szklankę wody. Bez słowa przyjął pigułkę i już niósł ją do ust, kiedy spostrzegł, że nieznajomy ma żałobę za paznokciami. Wytężył zmętniały wzrok i w słabym świetle ujrzał na wierzchu jego dłoni utrwaloną siateczkę brudu.
— Chwileczkę — powiedział, z ogromnym wysiłkiem otrząsając się z oszołomienia wywołanego środkiem uspokajającym. — Jest pan pewien, że doktor Redding polecił mi zażyć ten lek?
— Jak najbardziej.
— A gdybym odmówił, to co wtedy?
— Panie Carewe — rzekł nieznajomy z lekkim zniecierpliwieniem — proszę nie utrudniać nam życia i zażyć lekarstwo, dobrze?
— Zażyję,ale po rozmowie z doktorem Reddingiem — odparł Carewe, próbując przyjrzeć się twarzy nieznajomego, ale jego ramiona i głowa znajdowały się poza stożkiem światła z nocnej lampki.
— Jak pan chce, panie Carewe, nie będę się z panem wykłócał. Nieznajomy wyciągnął rękę i Carewe położył mu na dłoni pastylkę.
W następnej sekundzie został przygwożdżony do łóżka ciężarem ciała w bieli, a na jego ustach zacisnęła się silna ręka. Pigułka zgrzytnęła mu o zęby. Z mrożącą krew w żyłach pewnością, że umrze, jeżeli tabletka znajdzie się na języku, usiłował zrzucić z siebie napastnika, ale nogi uwięzły mu w pościeli. Twarda ręka ścisnęła mu nos pozbawiając go dopływu powietrza, a to oznaczało, że wytrzyma najwyżej jeszcze kilka sekund. Przed oczami zaczęły mu już latać czerwone płaty, kiedy uzmysłowił sobie, że ma w ręku gładki przedmiot — szklankę z wodą. Trzymając ją od spodu zadał nią cios, celując w majaczącą mu przed oczami twarz. Szkło rozprysło się na kawałki, po ręce spłynęła mu woda i nagle poczuł, że znów oddycha. Nieznajomy z jękiem odskoczył do tyłu, jedną ręką trzymając się za zraniony policzek, a drugą sięgając po nóż. Carewe jak szalony odrzucił pościel, stoczył się z łóżka po przeciwnej stronie, zerwał na równe nogi i bez zatrzymywania popędził do drzwi, słysząc tuż za sobą goniące go kroki. Coś łopotało mu w piersiach niczym mokra szmata. Zaświtała mu w głowie paskudna myśl, że to jego nieczynne płuco, ale resztę uwagi skupił całkowicie na tym, żeby uciec przed pchnięciem nożem w plecy. Wypadł przez wahadłowe drzwi, zobaczył następne prowadzące do pokoju służbowego i naparł na nie ramieniem.