Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
Zamiast umieścić ambonę jak zwykle z prawej strony, umieszczono ją z lewej zamiast chóru, co z kolei wymusiło przestawienie Loży Patrona także w lewo, jako że tradycyjnie zawsze była w pobliżu ambony. Dzięki temu znalazła się tuż obok Nawy Gości — czyli Honor siedziała bardzo blisko miejsca przeznaczonego dla patrona.
Jej samej nawet by do głowy nie przyszło cokolwiek zmieniać, ale była wzruszona tą troską, jak i tym, że nikt tego nie skomentował. W końcu mieszkańcy stolicy mogli poczuć się urażeni, a okazało się, że byli dumni: to przecież oni mieli jedyną inną niż tradycyjne katedrę, co podkreślali na każdym kroku. Koronnym argumentem było to, że dzięki tej modyfikacji znacznie poprawiła się akustyka.
Przed ołtarzem pojawił się tymczasem wielebny Hanks. Zmierzał ku ambonie. Każda z osiemdziesięciu domen miała w stolicy katedrę i zgodnie z odwieczną tradycją zwierzchnik Kościoła co niedzielę celebrował mszę w innej.
Dawniej musiało to być niezwykle męczące, dopiero nowoczesne środki transportu ułatwiły całą operację. Mimo to wielebny musiał zmienić cały plan wizyt, by zjawić się dziś w katedrze Harrington, i Honor podobnie jak reszta zgromadzonych zastanawiała się, dlaczego zadał sobie tyle trudu.
Hanks wdrapał się na ambonę i rozejrzał po zebranych. Biel i szkarłat szaty najwyższego kapłana zdawały się płonąć w świetle wpadającym przez witraż, kiedy dostojnymi ruchami otwierał oprawną w skórę księgę i pochylił głowę.
— Wysłuchaj nas, o Panie — jego głos był wyraźnie słyszalny nawet bez elektronicznego wzmocnienia — aby nasze słowa i myśli były Tobie znane. Amen.
— Amen — zawtórowali obecni.
Hanks uniósł głowę.
— Dzisiejsze kazanie pochodzi z Medytacji Szóstej, rozdział trzeci, wersy od dziewiętnastego do dwudziestego drugiego z Księgi Nowej Drogi — powiedział ciszej, odchrząknął i zacytował z pamięci. — „Sławić winny nas nasze czyny i nasze słowa, które są odbiciem naszych myśli. Dlatego zawsze prawdę powiadajcie, nie bojąc się tych myśli okazać, bowiem nie wszyscy są dziećmi bożymi, a nikt nie jest bez błędu. I niech nikt się nie waży atakować słowem brata swego czy siostry, lecz dyskutuje z nim i próbuje przekonać, albowiem pamiętajcie, że powiedzieć możecie wszystko, a Bóg i tak znać będzie myśli wasze. Nie próbujcie tedy oszukać Go ani nauczać nienawiści, ubierając kłamstwo w słowa Jego, gdyż wszyscy ludzie prawego ducha, nawet obcy Nowej Drodze, są Jego dziećmi. Każdy kto z nienawiści czy strachu chce krzywdę wyrządzić bożemu dziecku, sługą zła i zepsucia jest i ohydny staje się w oczach Tego, który Ojcem jest nas wszystkich”.
Hanks umilkł. Katedrę wypełniała cisza absolutna, a wszyscy odruchowo spojrzeli na Honor, bo nikt, kto był świadkiem czy choćby słyszał o ostatnim ataku na nią, nie mógł nie zrozumieć, dlaczego Hanks wybrał ten właśnie tekst i po czyjej opowiada się stronie. Sama zaś Honor odruchowo wstrzymała oddech, czekając, co będzie dalej.
— Bracia i siostry — podjął Hanks po chwili. — Cztery dni temu w tym mieście sługa boży zapomniał, jakie są jego obowiązki. Pełen gniewu zapomniał, że wszyscy jesteśmy dziećmi bożymi, i zamiast dyskutować, zaatakował, zapominając o słowach świętego Austina, który wyraźnie mówi, że człowiek, tak mężczyzna, jak i kobieta, nie musi być naszej wiary, by być dzieckiem bożym. Różne bowiem są ścieżki Pana i w różny sposób poznać Go można. My znamy tylko jeden taki sposób, ale w przeciwieństwie do Boga nie jesteśmy ani wszechwiedzący, ani wszechmocni. Zbyt łatwo zapominamy, że istnieją inne sposoby, i nie zawsze pamiętamy, jak ograniczone są nasze zmysły. On w przeciwieństwie do nas widzi serca wszystkich ludzi i wie, kto jest Jego dzieckiem, obojętne jak inny czy dziwny ten ktoś mógłby nam się wydać.
Wielebny ponownie umilkł, pokiwał głową z namysłem i dodał wolno, a wyraźnie:
— Trudno jest odruchowo nie traktować czegoś czy kogoś „odmiennego” jako „złego”. Wszystkim nam jest trudno, ale ci z nas, którzy poczuli powołanie, by służyć Bogu jako kapłani, wzięli też na siebie specjalne obowiązki. Naturalnie wszyscy popełniamy błędy, bo wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Nawet mając jak najlepsze chęci, można popełnić błąd. Zwracamy się do Niego w modłach i medytacjach, ale zdarza się, że nasz strach staje się nietolerancją, a nawet nienawiścią, bo nawet w modlitwie możemy pomylić własny brak zaufania do tego nowego czy innego z boskim. I tak właśnie stało się w waszym mieście, bracia i siostry. Kapłan nie poradził się Boga, lecz własnego strachu i nienawiści. Zmiany, które widział wokół, przerażały go, wyzwalały jego uprzedzenia i strach przed tymi zmianami uznał za głos Boga, pozwalając, by strach pchnął go w służbę zła i korupcji. Opętany własną nienawiścią zapomniał o najważniejszej, najbardziej podstawowej z nauk świętego Austina: że Bóg jest większy niż zdoła to objąć ludzki umysł, a Nowa Droga nie ma końca. Zawsze będziemy uczyć się czegoś nowego o Bogu i Jego woli. Musimy przetestować każdą nową lekcję nie pasującą do prawd, których Bóg już nas nauczył, ale sprawdzić, to nie znaczy po prostu mówić: „Nie! To jest dziwne i obce, a więc jest to przeciw prawom boskim!”. Brata Marchanta przerażały zmiany, które widział wokół i o których wiedział, że czekają nasz świat. Mogę go zrozumieć, bowiem zmiany zawsze przerażają. Ale jak napisał święty Austin: „Niewielka zmiana od czasu do czasu jest bowiem przypomnieniem danym od Boga, że nie wiemy jeszcze wszystkiego i nie wszystkiego żeśmy się już nauczyli”. Brat Marchant zapomniał o tym i opętany strachem wziął własny osąd za osąd boski. Nie szukał sposobu, by przetestować zmiany, lecz zakazać ich, a kiedy okazało się, że nie zdoła ich zakazać, wpadł w grzech nienawiści jeszcze groźniejszy niż poprzednie. I ta właśnie nienawiść doprowadziła go do ataku na niewinną kobietę, dobrą i miłą Bogu. O tym, jaka jest jego ofiara, mieliśmy wszyscy okazję przekonać się cztery lata temu, kiedy to gołymi rękoma obroniła naszego Protektora, a potem uratowała cała naszą planetę. Nie należy do naszego kościoła, a przecież nikt w całej historii Graysona nie bronił nas bardziej bohatersko przed wszystkimi, którzy chcieli nas zniszczyć. Wasza Patronka, bracia i siostry, jest osobą nową i dziwną dla nas wszystkich. Wyrosła w wierze, której nie znamy, i nie zmieniła jej na naszą, przez co niektórym z nas wydaje się zagrożeniem. Znacznie jednak większym zagrożeniem jest zapomnieć o Teście i odwrócić się od zachodzących zmian tylko dlatego, że są zmianami. Najpierw należałoby się zastanowić, czy może przez tę kobietę obcego pochodzenia Bóg nie mówi nam, że zmiany są konieczne. A czyż nie gorzej by o niej świadczyło, gdyby udawała i jedynie dla świętego spokoju wstąpiła do naszego kościoła? Czyż nie winniśmy szanować jej za uczciwość, za odkrycie tego, co naprawdę myśli i czuje?
Przerwał, a katedrę wypełnił cichy, ale wyraźny pomruk zgody.
— Podobnie jak wy, bracia i siostry, i podobnie jak brat Marchant, ja także jestem omylny i boję się zmian, które nadejdą po sprzymierzeniu się z obcym państwem, w którym panują inne niż nasze przekonania. Widzę jednak zmiany, które już zaszły, i uważam, że są one dobre. Nie zawsze są miłe czy wygodne, ale Bóg nigdy nie obiecywał, że Jego próby będą łatwe. Mogę być naturalnie w błędzie, sądząc, że te, które nas jeszcze czekają, także okażą się dobre, ale jeśli tak jest, z pewnością Bóg pokaże mi to w miarę, jak będę je poznawał. A jak długo to nie nastąpi, moim obowiązkiem jest służyć Mu, tak jak przysiągłem, przyjmując powołanie, a powtórzyłem przysięgę, gdy wyniesiono mnie do godności wielebnego. Nie dlatego, że zawsze będę postępował słusznie, ale dlatego, że zawsze będę próbował tak postępować… i zawsze będę sprzeciwiał się złu, gdziekolwiek bym go nie spotkał i jakiej by nie przybrało formy. — Hanks przerwał na moment, po czym kontynuował poważniej i dobitniej: — Niełatwo jest, bracia i siostry, uznać, że sługa boży popełnił błąd. Nikt z nas nie chce uwierzyć, że kapłan może popełnić błąd, a tym trudniej jest w to uwierzyć innym kapłanom. Obawiamy się bowiem otworzyć drogę schizmie i kusi nas wybranie łatwiejszego sposobu. Jeśli bowiem unikniemy próby i ukryjemy przed naszymi oczyma taki wewnętrzny podział, nie stracimy nic na autorytecie. A przecież nasz autorytet, podobnie jak całego Kościoła Ludzkości Uwolnionej, zależy wyłącznie od Boga i przynależy kościołowi tylko tak długo, jak długo szczerze robimy, co możemy, by poznać i wypełnić Jego wolę. I dlatego mamy obowiązek zignorować takie obawy i uporządkować świątynię Pana, jeśli wkradł się do niej bałagan, najlepiej jak możemy, ufając, że Bóg pomoże nam rozróżnić tych, którzy naprawdę służą Jego woli, od tych, którzy tylko myślą, że to robią. I wypełniając ten obowiązek, przybyłem do was dziś, by ogłosić wam dekret władz Kościoła.