Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
Rozbić system… śmiechu warta naiwność! Wybił stare władze jedną salwą zdalnie sterowanych rakiet wystrzeloną w idealnie wybranym momencie. Jej resztki wyrżnął w serii przeprowadzonych z całą bezwzględnością pogromów. Zniszczył stary korpus oficerski tak Ludowej Marynarki, jak i Korpusu Piechoty Morskiej. Zdławił każde ognisko zorganizowanego oporu. Częściowo zniszczył, częściowo podporządkował sobie niezliczone odmiany służb bezpieczeństwa, wywiadów, policji i kontrwywiadów, tworząc jeden wszechpotężny Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. I to wszystko osiągnął w mniej niż rok standardowy kosztem takiej liczby zabitych, że wolał nie próbować jej zapamiętać. A system istniał sobie dalej, miał się dobrze i był niczym bolesne szyderstwo.
Był kiedyś taki czas, gdy Republika Haven — nie „Ludowa”, tylko zwyczajna, normalna Republika — stanowiła inspirację dla kilku najbliższych sektorów. Była niczym jasno świecąca latarnia, oaza dobrobytu, wiedzy i spokoju, której wysoce produktywny renesans rywalizował z kulturą i intelektualnymi osiągnięciami samej Ziemi. Była to jednak przeszłość dawno miniona i to bynajmniej nie z powodu obcego najazdu czy rodzimego barbarzyństwa, ale z powodu stagnacji i otępienia potrafiących pokonać wszystko. Republika poświęciła się na ołtarzu równości i to nie równości sposobności, ale efektów. Przyjrzała się własnemu bogactwu i istniejącym w każdym normalnym systemie społecznym nierównościom i zdecydowała się je zlikwidować. Co było kolejnym dowodem na to, że nawet najlepsze wariatkowo w sprzyjających warunkach potrafią opanować pacjenci. Pacjenci, którzy dobrali się do władzy w Republice, przezwali ją Ludową i zrobili z dobrze prosperującego państwa chory twór, gwarantując wszystkim, że będą mieli więcej niż mają niezależnie od własnego wkładu w cały system. Niejako przy okazji zbudowali biurokratycznego tyrana i wysłali go w podróż ku samozagładzie. Tytan ów zdolny był łykać reformatorów niczym komary, nawet nie zdając sobie sprawy, że to robi.
Rob Pierre rzucił tytanowi wyzwanie. Zmasakrował tych, którzy ponoć nim kierowali, i posiadł więcej władzy niż ktokolwiek z nich kiedykolwiek marzył. I nie miało to żadnego znaczenia, bo okazało się, że to system nim kierował, a nie na odwrót. A system pozostał. Czuł się niczym mucha bzycząca nad pełnym robactwa ścierwem niegdyś wspaniałej istoty. Miał żądło i korzystał z niego, ale naraz mógł użądlić tylko jednego robala, a na miejsce każdego zabitego lęgło się tuzin nowych.
Zaklął cicho i uniósł zaciśnięte w pięści dłonie, opierając je nad głową o szybę. Przycisnął twarz do chłodnej powierzchni, zamknął oczy i puścił taką wiązankę, że aż uszy więdły. Zgnilizna zaszła za daleko. Poprzednie pokolenia rządzących zredukowały zbyt wielką liczbę robotników w imię „równości” i zmasakrowały system nauczania w imię „demokracji”, by dało się to odwrócić. Nauczono Dolistów, że ich jedynym obowiązkiem jest żyć i regularnie odbierać dolę, a jedynym celem szkół, do których chodzą za młodu, jest dać im uprawomocnienie (cokolwiek by to do cholery znaczyło), a nie wykształcenie. A kiedy autorzy tego idiotyzmu zorientowali się, że zarżnęli własną gospodarkę i że jej całkowity upadek to kwestia najbliższych kilkunastu lat, jeśli nie odkręcą „reform”, zabrakło im na to odwagi.
Być może wówczas dałoby się jeszcze naprawić zniszczenia i wrócić do normalności. Nie zrobiono tego jednak. W obawie przed politycznymi konsekwencjami spowodowanymi demontażem systemu kupowania głosów za chleb i igrzyska szukano innego sposobu napełnienia pustego skarbca. I jakiś półgłówek go znalazł, też nie biorąc pod uwagę konsekwencji. W efekcie Ludowa Republika stała się agresorem i zdobywcą. Połknęła wszystkich drobnych sąsiadów, łupiąc ich niemiłosiernie, by reaktywować trupa zwanego niegdyś Republiką. Na krótki czas — kolejne kilkadziesiąt lat wystarczyło.
A potem wyszły na jaw problemy, z którymi nikt się nie liczył. Podbijając każdy układ planetarny, równocześnie eksportowano do niego własny system. Nie było innej możliwości, bo zwycięzcy nie znali innego systemu polityczno-gospodarczego. I w krótkim czasie rozkładało to każdą idealną gospodarkę tak, jak wcześniej ich własną, a dzięki rabunkowej polityce następowało to wcześniej. Powodowało to konieczność dalszego podbijania sąsiadów i stanowiło swoistą kwadraturę koła, czyli sytuację bez wyjścia. Każda ofiara dawała krótkotrwałą, iluzoryczną poprawę, dopóki sama nie zwiększyła obciążenia. Przypominało to próbę przegonienia entropii. A jedynym wymiernym skutkiem był niebywały wzrost terytorium Ludowej Republiki Haven i sił potrzebnych tak do jej obrony, jak i do pilnowania zdobyczy, które miały przedziwny zwyczaj buntowania się przy lada okazji.
Reszta galaktyki widziała jedynie wzrost Ludowej Republiki i jej olbrzymi potencjał wojenny. A sąsiedzi trzęśli się ze strachu, że teraz ich kolej. Nikt nie zauważał, że gospodarka giganta jest w opłakanym stanie i lada moment może się do reszty rozsypać przeciążona z jednej strony kosztami doli, z drugiej utrzymywania olbrzymiej floty. A jeśli nawet ktoś to zauważał, to milczał. Ludowa Republika stała się olbrzymim pasożytem potrzebującym wciąż nowych ofiar, by przetrwać. A liczba tych ostatnich była ograniczona i gdy wszystkie padną jej łupem, będzie musiała zginąć.
Pierre rozumiał to i próbował zapobiec nieuniknionemu. I nie zdołał i teraz gimnastykował się niczym akrobata na drucie żonglujący tuzinem granatów. Kontrolował system, ale był też jego ofiarą… Odwrócił się od okna i wrócił za biurko, kolejny raz przebiegając w myślach listę możliwych posunięć.
Mógł się pocieszać osiągnięciem, które wcześniej nikomu się nie udało — wyrwał Dolistów z apatii, ale ci zachowywali się niczym pijane dzieci we mgle. Za długo wbijano im do głów, że tak powinno wszystko wyglądać, więc ich furia nie była ukierunkowana przeciw złemu systemowi, który należy zniszczyć, by stworzyć nowy, normalny porządek, lecz przeciw tym, którzy ich „zdradzili”, „ograbiając” z „ekonomicznego prawa należnego z tytułu urodzin”. Tych złodziei i zdrajców należało ukarać i Doliści zapałali słusznym klasowo gniewem.
Może była to jego wina — może zabrakło mu odwagi, gdy stwierdził, jakiego potwora dosiadł, i dlatego użył sprawdzonych metod. By przetrwać, uciekł się do retoryki mówców takich jak Cordelia Ransom, ponieważ posługiwali się językiem zrozumiałym dla motłochu, a on bał się motłochu. A tym właśnie byli Doliści — tępym, zaślepionym i roszczeniowym motłochem. Gardził nimi i równocześnie bał się ich. A całkowitą klęską byłoby przyznanie, że nie ma szybkich i łatwych rozwiązań, bo wówczas potwór zwróciłby się przeciw niemu i pożarł go.
Miał zamiar wprowadzić prawdziwe reformy, tylko coraz rzadziej o tym myślał, bo sprawa stawała się coraz mniej realna. Motłoch chciał prostych rozwiązań i nieskomplikowanych odpowiedzi i nic go nie obchodziło, ze prawdziwy świat w ten sposób nie funkcjonuje. Co gorsza — motłoch zakosztował krwi i odkrył przyjemność, jaką daje unicestwianie wrogów. I być może zaczął sobie niejasno zdawać sprawę z własnej potęgi. Przypominał chorego psychicznie, maniakalnego mordercę, którym kierują niezrozumiałe zachcianki i który nie ma dość samodyscypliny, by nad nimi zapanować, a zupełnie nie przejmuje się przy tym konsekwencjami swych czynów. Jedynym sposobem, by nie stać się jego celem, jest pokazanie mu innych celów.