Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2002
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-162-5
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor na wygnaniu [Flag in Exile - pl]». Краткое содержание книги:
Spokój jednak nie jest pisany — z jednej strony atakują wrogowie wewnętrzni, dla których kobieta — patron stanowi obrazę, z drugiej zewnętrzni: zrewolucjonizowana Ludowa Republika Haven kolejny raz próbuje zdobyć system Yeltsin. Na drodze do zwycięstwa jednych i drugich stoi tylko jedna przeszkoda — admirał lady Honor Harrington. Admirał, ale nie Królewskiej Marynarki…
Honor zmarszczyła brwi — dzięki więzi z Nimitzem, który nie przestawał informować ją o uczuciach rozmówcy, wiedziała, że Matthews mówi czystą prawdę. Nigdy zaś nie rozważała spraw Marynarki Graysona pod tym kątem. Zawsze widziała determinację, z którą flota rozbudowywała się i poznawała nowe uzbrojenie, i nigdy nie przyszło jej do głowy, jak wielkim skokiem w nieznane musiało to być dla wszystkich. Sama została wyszkolona i wychowana we flocie mającej liczącą pięćset standardowych lat tradycję jako jedna z najlepszych w galaktyce. Oprócz znacznie lepszego uzbrojenia flota ta dysponowała bogatym materiałem historycznym, bohaterami i zwyczajami, doktryną taktyczną i strategiczną — i to wszystko wpoiła jej wraz z pewnością siebie i zaufaniem do RMN. Marynarka Graysona liczyła niespełna dwieście lat, a przed zawarciem sojuszu z Królestwem Manticore była typową, przestarzałą i nieliczną flotą systemową. Nie miała doświadczeń i zaplecza historyczno-teoretycznego, które dla każdego oficera Royal Manticoran Navy były czymś tak oczywistym, że nawet nie zwracał uwagi na jego istnienie.
A teraz w ciągu niespełna czterech standardowych lat flota ta zmuszona została do wzięcia udziału w wojnie toczącej się na liczącym setki lat świetlnych teatrze działań i powiększyła się w tym czasie w sposób niewyobrażalny. Jej korpus oficerski musiał być świadom własnych braków i rzeczywiście desperacko potrzebował każdego doświadczonego dowódcy.
— Nigdy nie pomyślałam o tym aspekcie sprawy, admirale Matthews — przyznała w końcu. — Jestem tylko kapitanem i zawsze koncentrowałam się na własnym okręcie albo co najwyżej na eskadrze, której był jednostką flagową.
— Wiem o tym, milady. Ale pani dowodziła eskadrą. A oprócz mnie i admirała Garreta nikt z naszych oficerów nie robił tego przed przyłączeniem się do Sojuszu. A w tej chwili mamy jedenaście superdreadnaughtów, nie licząc mniejszych jednostek.
— Rozumiem… — Honor zastanowiła się jeszcze przez moment i dodała z westchnieniem, ale bez oskarżenia w głosie. — Wie pan, które guziki przycisnąć i to w odpowiedniej kolejności… to się zdaje nazywa „manipulator”, prawda?
Matthews uśmiechnął się niewinnie i wzruszył ramionami.
— Zgoda. Jeżeli naprawdę potrzebuje pan jednego mocno zużytego kapitana, to go pan ma — stwierdziła. — I co pan planuje z nim zrobić?
— Cóż… — Matthews próbował ukryć radość graniczącą z euforią, ale była to próba z góry skazana na fiasko, jako że Nimitz natychmiast bleeknął radośnie i nastawił uszy. — Terrible w przyszłym miesiącu opuszcza stocznie po naprawach i modernizacji. To ostatni z prezentów od admirała White Haven i tak sobie myślałem, żeby dać go pani.
— Superdreadnoughta? — Honor przekrzywiła głowę i przyznała z uśmiechem: — Niezły awans: nigdy nie dowodziłam niczym większym niż krążownik liniowy.
— Wydaje mi się, że niedokładnie się zrozumieliśmy, milady. Nie zamierzam dać pani dowództwa Terrible. Albo raczej powinienem powiedzieć, że nie zamierzam dać pani jego bezpośredniego dowództwa.
— Przepraszam?! — Honor zamrugała zaskoczona. — Sądziłam, że…
— Powiedziałem, że dam pani Terrible, ale nie jako dowódcy — przerwał jej Matthews z szerokim uśmiechem. — dowodził nim będzie pani oficer flagowy, admirał Harrington. Bo pani będzie dowodziła Pierwszą Eskadrą Liniową!
ROZDZIAŁ VII
Mężczyzna siedzący za zbyt wielkim biurkiem był średniego wzrostu, miał ostre rysy i był ciemnowłosy, choć na jego skroniach zaczęły się pojawiać pierwsze oznaki siwizny — został więc poddany prolongowi jako pierwsze lub drugie pokolenie. Mógłby być naukowcem czy biznesmenem, bowiem nic w jego wyglądzie nie zwracało uwagi. Dopóki nie spojrzało się w jego oczy. Były ciemne, przenikliwe i niebezpieczne. Co pasowało do najpotężniejszego człowieka w całej Ludowej Republice Haven.
Nazywał się Robert Stanton Pierre i był przewodniczącym Komitetu Bezpieczeństwa Publicznego utworzonego po zamachu na dziedzicznego prezydenta Sidneya Harrisa, w którym zginął on sam wraz z całym rządem i głowami ważniejszych rodów legislatorskich. Zabili go spiskujący w celu przejęcia władzy oficerowie Ludowej Marynarki — o tym wiedzieli wszyscy. Mniej niż trzydzieści osób (spośród jeszcze żyjących naturalnie) wiedziało, że zamach zorganizował Pierre, a przeprowadzili go jego ludzie.
Odchylił się na oparcie fotela i wpatrzył w sięgające od podłogi do sufitu okno, za którym rozciągała się panorama Nouveau Paris. Zmrużone oczy barwy krzemienia wskazywały, że myśli nad czymś intensywnie. Rozmyślał o swych dokonaniach i nie były to zbyt wesołe myśli. Jak dotąd udało mu się przeprowadzić nader skomplikowaną operację i to na olbrzymią skalę, ale nie zmieniało to faktu, że czuł rosnące zdesperowanie, ponieważ coraz wyraźniej widać było, że jest ona skażona błędem. A do tego trudno się było przyznać nawet przed samym sobą.
Naturalnie niczego by nie osiągnął, gdyby rządów legislatorów nie toczyła zgnilizna i korupcja rozprzestrzeniająca się na resztę Republiki. Mimo to czynnik umożliwiający ich obalenie równocześnie uniemożliwiał fundamentalne zmiany systemu, który tworzyli przez dwieście lat. Stworzyli olbrzymią, stale pozbawioną pracy klasę uzależnioną całkowicie od potężnej machiny opieki społecznej. I posiali w ten sposób ziarno zniszczenia, bowiem nikt nie był w stanie wysłać dwóch trzecich populacji całej planety na zasiłek i utrzymywać ich w nieskończoność bez zawalenia się całego systemu. Problem, z którym on miał do czynienia, był nieco inny — jak pozbawić nierobów zasiłku i to tak, by im się to spodobało.
Z westchnieniem wstał i podszedł do okna. Zapadał zmrok i w stolicy zaczynały zapalać się światła. Nigdy, ani wcześniej, ani teraz nie był w stanie zrozumieć, co skłoniło twórców systemu zasiłków do stworzenia tego ekonomicznego upiora i logicznego nonsensu. Patrząc na olbrzymie, oświetlone wieże mieszkalne dumnie odcinające się od złocistoczerwonego nieba, czuł, jak jego determinacja przegrywa powoli nierówną walkę z olbrzymim systemem napędzanym siłami, których prawie już nie sposób było skalkulować. On sam był produktem starego reżimu, nie tylko jego katem. Miał dziewięćdziesiąt dwa standardowe lata i tęsknił do czasów młodzieńczej pewności, kiedy to system ten działał przynajmniej pozornie. Zdawał sobie co prawda sprawę już wtedy, że to nie może być prawda, bo system został skazany na klęskę, zanim jeszcze powstał i na długo przedtem, nim on sam się urodził, ale przynajmniej na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że nie ma racji. Młody Pierre z początku uwierzył w kłamstwo głoszące, iż państwo potrafi zapewnić każdemu obywatelowi określony poziom dostatniego życia niezależnie od tego, czy dany obywatel będzie pracował czy też nie. I właśnie dlatego tak się wściekł, gdy odkrył, że jest to kłamstwem. Wściekłość ta w połączeniu z ambicją stały się jego motorem — dzięki nim wyrwał się z tłumu zwykłych Dolistów i stał najpotężniejszym z menadżerów. Ta sama wściekłość pchnęła go do ukarania systemu za kłamstwo, a śmierć jedynego syna stanowiła kroplę, która przepełniła czarę. Zaczął działać. Zamierzał rozbić system i to właśnie był ów błąd, z którego z początku nie zdawał sobie sprawy, a z którym teraz nie wiedział co począć.