Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Космическая фантастика » Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]

Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:

Trafiamy oto na Ziemię dalekiej przyszłości. Nie wiemy dokładnie, który to rok, lecz „czytając między wierszami” przypuszczam, że akcja rozgrywa się w okolicach przełomu trzeciego i czwartego tysiąclecia. Ludzie osiągnęli technologiczne szczyty. Na Ziemi kontrolują pogodę, w kosmosie, dzięki silnikom wykorzystującym tzw. efekt Taniewa, poruszają się z prędkością wielokrotnie przewyższającą szybkość światła. Krótkodystansowa komunikacja odbywa się za pośrednictwem fal mózgowych, a na obiekty fizyczne wpływać można dzięki swobodnie generowanym polom siłowym. Uporano się ze wszystkimi wielkimi plagami ludzkości, takimi jak katastrofy naturalne, głód, choroby… I nie, nie ma żadnego „ale”. Homo sapiens osiągnął ostateczną formę dobrobytu oraz szczęścia na Ziemi i zajął się zaawansowaną eksploracją Wszechświata. Nawiązano kontakt z wieloma inteligentnymi rasami, ale żadna z nich nie dorównuje poziomem zaawansowania technicznego człowiekowi. Wygląda więc na to, że ludziom przypadła rola przodowników kosmosu. Do czasu… Na arenie międzygwiezdnych zdarzeń pojawiają się potężni i zagadkowi Galaktowie oraz złowrodzy Niszczyciele. Bohaterowie wyruszają na sztuczną planetę Orę, gdzie odbyć ma się wielka konferencja z udziałem wszystkich zjednoczonych pod przewodnictwem człowieka inteligentnych gatunków. Jej uczestnicy zadecydują, jakie kroki należy podjąć w związku z odkryciem nowych ras i na jakich zasadach spróbować nawiązać z nimi kontakt.
1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 71
Перейти на страницу:

— Dla takiego zwierzyńca nie warto było chyba organizować konferencji międzygwiezdnej.

Marcin Spychalski powiedział głośno:

— O czym pan myśli, młodzieńcze? Proszę nastroić deszyfrator na mowę dźwiękowo-barwną.

Przenieśliśmy się w inny świat. Początkowo było ciemno. Dokoła wznosiły się jedynie rośliny: wysokie drzewa, gęste zarośla krzewów i korzennie pachnące kwiaty. Nagle wszędzie zamigotały pomarańczowe ogniki, blade jak wszystko w tym mrocznym ogrodzie. Płomyki szybko przesuwały się na tle drzew. Coś mnie ścisnęło za gardło, nie mogłem przemówić słowa z zachwytu i zdumienia. Patrzyła na mnie ludzka twarz. Rozejrzałem się dokoła. Takie same twarze widniały z boków i z tyłu. Otaczały nas istoty tak nieprawdopodobnie ludzkie, że omal nie krzyknąłem z przestrachu. Wprawdzie przypominały czymś węże, ale nie to rzucało się w oczy. Wegańczycy mieli wężowo giętki korpus uwieńczony ludzką twarzą i rękami, nieco tylko krótszymi i cieńszymi od naszych. Później dojrzałem, że nie mają nóg: ich tułów kończy się pojedynczą stopą. Poruszają się wirując na tej stopie tak szybko, że wyglądają jak połyskliwa kolumna. Początkowo nie widziałem tego, nie zauważyłem nawet, że zbliżają się wirując. Spostrzegłem ich dopiero wtedy, kiedy stali tuż obok i witali nas głosem i blaskiem. Oczarowany nie mogłem oderwać od nich wzroku.

Powiedziałem, że ich twarze przypominają ludzkie, i jest to prawda, lecz niepełna. Ogólny kształt twarzy, zarys głowy, oczy, usta i nos są identyczne z naszymi. Ale wszystko to składa się na całość bez porównania bardziej harmonijną i delikatną. Ziemska królowa piękności nawet nie może marzyć o takiej matowej, atlasowo gładkiej cerze policzków, takich różowych wargach, wspaniałych brwiach i długich rzęsach… Zresztą nie to jest ważne, mówię o głupstwach. Weganie ubrani są w różnobarwne, półprzezroczyste szaty, suknie czy też płaszcze… Nie, również nie o to chodzi! Najniezwyklejsze są ich oczy, rozbłyskujące i gasnące, nieustannie zmieniające barwę. Mieszkańcy układu Wegi mówią blaskiem swoich oczu!

— Zaczynamy! — powiedziała Wiera. — Chciałabym się dowiedzieć, jak czują się nasi goście?

Choć to było zwykłe, standardowe pytanie, ręce mi zadrżały, kiedy unosiłem deszyfrator. Kula zamigotała i rozśpiewała się, polały się z niej kaskady dźwięków i barw. A w odpowiedzi jeden z Wegan zaśpiewał i zamigotał oczami. To było tak piękne, że aż nieprawdopodobne. Deszyfrator przełożył jego mowę na ludzki, szary język, wygłosił nieco ochrypłym, ludzkim głosem uprzejme, jednakowe we wszystkich gwiezdnych światach podziękowanie:

— Czujemy się tu cudownie. Dziękujemy za gościnę. Opowiemy naszemu ludowi o tym, jacy ludzie są dobrzy i potężni.

Jeden z przybyszów z Wegi, a właściwie jedna, gdyż była to dziewczyna, z zaciekawieniem wpatrywała się we mnie. Ja też nie spuszczałem z niej wzroku. Nawet wśród pięknych Wegan dziewczyna wyróżniała się niezwykłą urodą.

— Jak się nazywasz? — zapytałem.

Zaśpiewała swoje imię subtelnym głosem przypominającym dźwięki fletu i możliwym do oddania jedynie nutami, a nie literami. Równocześnie jej oczy rozbłysły fioletowym ogniem. Wykrzyknąłem:

— Fiola! Cóż za piękne imię! w Wszyscy roześmiali się, nawet Wiera się uśmiechnęła. W oczach dziewczyny również zamigotał błękitnoróżowy śmiech.

— Fiola — powtórzyłem w zmieszaniu. — Czyżbym źle wymawiał?

— Fiola — zaskrzypiał maszynowy głos deszyfratora. — Fiola.

— Niech będzie Fiola — powiedziała Wiera. Imię równie piękne jak dziewczyna. Ale czas wrócić do rozmów. Eli, staraj się nie rozpraszać!

Ale nie potrafiłem się skupić i chociaż byłem ciekaw, czego potrzebują i do czego dążą te wspaniałe istoty, nie mogłem oderwać się od Fioli. Zbliżyłem kulę deszyfratora do tego Weganina, z którym rozmawiała Wiera, lecz patrzyłem tylko na Fiolę. Ona również patrzyła tylko na mnie, rozmawiała ze mną rozbłyskującymi i gasnącymi, zmieniającymi barwę oczami. Wiera nie była jeszcze w połowie swoich rozmów i pytań, a ja już nauczyłem się rozumieć ten zachwycająco malowniczy język. Nie, nie mogłem odpowiadać takim samym blaskiem oczu, najprawdopodobniej po prostu gapiłem się głupio na Fiolę, ale Fiola pojmowała moje milczące, nieśmiałonamiętne wyznania. Rozumieliśmy się bez słów.

Jesteście zadziwiającymi stworzeniami — mówiła Fiola — a ty jesteś najpiękniejszym z ludzi. Masz dobrą twarz, jesteś zgrabny i piękny, tak czule patrzysz na mnie, że zapragnęłam, abyś objął mnie swoimi wielkimi rękoma. Wszyscy macie wielkie, silne ręce, ale ty jesteś najsilniejszym z Ziemian. Tak, oczywiście — odpowiedziałem — to znaczy wręcz przeciwnie, wcale nie jestem najsilniejszy i najpiękniejszy, ja i piękny, uśmiać się można! Ale za to ty jesteś cudowna, nawet nie przypuszczałem, że mogą istnieć takie istoty, drżę z radości, kiedy patrzysz na mnie swoimi wspaniałymi oczami! Tak, będę patrzył i ty patrz na mnie, nie lękaj się, nie odejdę od ciebie, zostanę, ja chcę, bardzo chcę zostać z tobą, Fiolo!…

— Ocknij się, Eli — powiedziała Wiera. — Rozmowa skończona.

— Trzeba już iść? Naprawdę musimy już iść?

— A ty myślałeś, że tu zamieszkamy?

Obróciłem się ku Spychalskiemu.

— Marcinie Julianowiczu!… czy Ziemianie mogą odwiedzać ten hotel?

Jego twarz znów wykrzywiła się w uśmiechu i nagle pojąłem, że jest to dobry człowiek.

— Ten hotel jest jedynym miejscem, gdzie na ludzi nie czyhają żadne niebezpieczeństwa prócz urody jego mieszkańców.

Chwyciłem rękę Fioli i zajrzałem w jej oczy. Były ciemne.

— Fiolo! — powiedziałem zapominając o deszyfratorze. — Ja tu jeszcze przyjdę. Czekaj na mnie!

Powtarzałem: „Ja tu przyjdę”, póki czarne oczy Fioli nie zapłonęły barwą morskiej wody rozświetlonej słońcem. Romero pociągnął mnie za sobą.

Za bramą hotelu Wiera udzieliła mi nagany. Ileż to razy słyszałem w dzieciństwie ten surowy głos!

— Jestem z ciebie niezadowolona, Eli. Czemu tak się gapiłeś na tę biedną dziewczynę?

— Zachwycałem się nią, Wiero. Nie chciałem jej peszyć, po prostu wpatrywałem się w nią pełen zachwytu!

— Odtrącać wszystkie ziemskie dziewczyny, aby zadurzyć się w pierwszej napotkanej Niebiance, kto w to uwierzy, Eli?

— Najważniejsze, abym ja uwierzył! — mruknąłem.

Romero powiedział z przekąsem:

— W starych podaniach mówi się, że wąż skusił pramatkę ludzi, niejaką Ewę. Biedny Eli dał się chyba uwieść pięknej i podstępnej wężycy.

Patrzyłem na niego w milczeniu. Słyszałem głos dobiegający z mego starego świata, podczas gdy ja sam byłem już w nowym. Romero opierał się na idiotycznej laseczce, wyniosły i pyszałkowaty. Spostrzegłem też, jakby po raz pierwszy, że Paweł bardzo dba o swą urodę, że jego krótka broda jest pieczołowicie pielęgnowana. Między nami coś się zerwało. Romero przestał być moim przyjacielem.

27

— Teraz Anioły z Hiad — powiedziała Wiera. — W społeczeństwie tych skrzydlatych istot zachowały się antagonistyczne klasy.

— Niedorzeczny ludek — potwierdził Spychalski. — Każdego dnia wszczynają bójki. Pióra lecą z nich niczym puch z topoli.

— Jest ich bardzo dużo, sto siedem gęsto zamieszkałych planet, dwadzieścia trzy zaludnione układy. Żadne z rozumnych plemion tak się nie rozmnożyło, prawie czterysta miliardów…

1 ... 20 21 22 23 24 25 26 27 28 ... 71
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)