Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]
- Автор: Снегов Сергей Александрович
- Серия: Ludzie jak bogowie #1
- Год: 1972
- Язык: польский
- Год: Iskry
- Переводчик: Tadeusz Gosk
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Dalekie szlaki [Галактическая разведка - pl]». Краткое содержание книги:
W parku lśniło to samo przytłumione do księżycowego blasku słońce, co i na zewnątrz. Nawet w ciągu dnia wszystko rozpływało się tu w półmroku, a co dopiero w nocy! Szedłem po omacku, wpadając na drzewa. W oddali pojawił się i przemknął różowy słup czy-wicher, jaskrawy i nieuchwytnie szybki. Potem rozpłomienił się drugi i zniknął. Zatrzymałem się, chcąc się zorientować, w. jakim miejscu się znajduję. Spadła na mnie dławiąca ciemność wypełniona sennym szelestem liści i niespokojnym pomrukiem moich własnych myśli.
— Fiolo! — zawołałem półgłosem. — Fiolo!
Z czerni krzewów znów wychynął w przelocie lśniący wir. Zabrzmiał cichy śpiew. Wpatrywałem się w gwałtownie wirującą pochodnię ginącą za drzewami i wsłuchiwałem się w śpiew. Pienia umilkły wkrótce. Cisza dzwoniła w uszach. Nagle wpadłem w gniew. Zacząłem głośno tupać nogami, a petem bezceremonialnie wtargnąłem pomiędzy krzewy. Chciałem zrobić jak najwięcej hałasu, aby zaniepokoić Wegan. Jeśli są na tyle nieuprzejmi, że uciekają nie pytając, co mnie do nich sprowadza, to ja również nie muszę się nimi krępować.
— Fiolo! — wrzasnąłem. — Fiolo!…
I znów nikt mi nie odpowiedział, jedynie w oddali zapalały się i gasły rozjarzone świetliście słupy. Doznałem zawrotu głowy, zaschło mi w gardle, każda komórka ciała dygotała jak w febrze. To chyba silna woń nieznanych kwiatów tak mnie oszołomiła.
— Filo! — ryczałem. — Fiolo!
Runąłem do przodu. Coś zastąpiło mi drogę, krzew lub istota, odepchnąłem to coś. Parłem w czujną, bojaźliwą ciszę. Pohukiwałem dla dodania sobie animuszu i rwałem do przodu odrzucając na boki wszystko, co mi przeszkadzało, potykałem się, przewracałem, znów podrywałem, kopałem nogami krzewy i biegłem dalej.
W jakimś zakątku ogrodu przewróciłem się i już tak pozostałem. Leżałem popłakując z wściekłości i poczucia bezsiły. Byłem zwyciężony.
— Fiolo! — szeptałem. — Fiolo!
Podniosłem się z trudem. Nie mogłem utrzymać się na nogach. W głowie mi huczało. Ogarniał wstyd. Ja, dumny ze swego rozumu człowiek, zachowałem się jak dziki zwierz lub nieokrzesany barbarzyńca gotowy bić i tratować. I to w dodatku nie wśród ludzi, lecz w domu gości przekonanych o potędze i dobroci człowieka! Co oni teraz o nas pomyślą?
— Wybaczcie, przyjaciele! — powiedziałem. Wybaczcie.
Teraz myślałem tylko o jednym: jak najprędzej wydostać się z milczącego ogrodu. W oszalałym biegu wśród krzewów zapędziłem się zbyt daleko. Korony drzew łączyły się nad moją głową tak, że nie widziałem nieba. Przypomniałem sobie, jak nieoczekiwanie pojawiała się awionetka i wezwałem w myśli dyspozytornię planety. Nikt się nie zjawił, nikt nie odezwał. Nie było łączności z tym ogrodem. Ruszyłem wybierając drogę na los szczęścia. Wkrótce drzewa rozstąpiły się, ukazując niebo z gasnącym księżycem. Wyszedłem na drogę.
Tam znów usłyszałem śpiew i przez chwilę stałem, usiłując określić kierunek, z którego dobiegał. Pienia nasilały się, dźwięczał w nich niepokój ustępujący miejsca dyskusji lub nawet kłótni. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie. I nagle park rozświetlił się, pomiędzy drzewami zamigotały ogniki, które zbliżały się do mnie dźwięcząc w wysokich rejestrach. Później z krzewów wytrysnął słup tęczowego blasku i jak wicher pomknął ku mnie. Ledwie utrzymałem się na nogach i objąwszy Weganina zawirowałem wraz z nim. Nie od razu spostrzegłem, że to była Fiola.
— Fiolo! — powiedziałem. — Fiolo…
Trzymałem ją w objęciach, a ku nam ze wszystkich stron pędzili jej świetliści współbracia. Nie zdążyłem ochłonąć po spotkaniu z dziewczyną, a już byłem otoczony tłumem Wegan. Teraz widziałem, że świecą nie tylko ich oczy, ale również całe ciało. To, co za dnia wydawało się zabarwieniem ich odzieży, okazało się ich własnym blaskiem swobodnie przenikającym przez szaty, światłem znacznie jaskrawszym niż za dnia. Weganie nie tylko rozjaśniali ciałami ciemność, tak że w parku stało się tak jasno jak w pełnym słońcu, ale oburzali się tym jarzeniem, atakowali nim mnie i Fiolę, czynili gwałtowne wyrzuty. To było gniewne światło, tak jak u nas bywa gniewny głos. Jakaś siła, wielekroć potężniejsza od mojej, odrywała mnie od Fioli. Nasze dłonie rozwarły się i Fiola wyślizgnęła się z mych objęć. W jej śpiewie zabrzmiał szloch. Rzuciła się ku mnie, lecz znów coś ją powstrzymało.
— Fiolo, co się dzieje? — wykrzyknąłem zapominając, że nie rozumie języka ludzi. Uspokoiłem się i zacząłem chłodno rozumować. Te istoty najwyraźniej dysponowały polami ochronnymi, podobnymi do mojego, lecz chyba słabszymi, gdyż dopiero wspólnym wysiłkiem tłumu były zdolne oddziaływać na mnie. Zorientowałem się, co robić, aby przeciwstawić się im, a jednocześnie nie odrzucić Fioli wraz z innymi. Wybrawszy odpowiednią chwilę uchwyciłem ją obiema rękami i natychmiast przywołałem pole. Gdybym nie był tak zdenerwowany, wybuchnąłbym śmiechem, kiedy Weganie rozpierzchli się niczym zdmuchnięci i zaczęli gasnąć ze strachu. Pospiesznie cofnąłem pole, aby nie porozbijali się o drzewa. Fiola tuliła się do mnie. Drżała. Oczy miała ciemne. Uchwyciła mój wzrok i głęboko westchnęła. Pogładziłem ją po włosach.
Weganie nie rozbiegli się, na co liczyłem, lecz znów zaczęli zbliżać się do nas. Posuwali się ostrożnie, wolnymi obrotami ciał, jednakże dwukrotnie szybciej od ludzkiego biegu. Widziałem w ich twarzach przerażenie, najwidoczniej uznali mnie za potwora, wszechpotężnego i nieubłaganego. Z przestrachu blask ich oczu przygasł, za to śpiew, smutny nawet dla ludzkiego ucha, zabrzmiał głośniej. Ogarnęła mnie fala czułości dla tych wrażliwych, słabych fizycznie, lecz silnych duchem istot, które odważnie zbliżały się ku mnie, aby „wyzwolić” swoją siostrę, choć były przekonane, że idą na śmierć.
— Głuptasy — powiedziałem. — Czemu wy się mnie boicie?
Śpiew umilkł. Weganie starali się zrozumieć moje słowa. Uśmiechnąłem się, znów pogładziłem włosy Fioli i podałem rękę jednemu z nich. Weganin pospiesznie odskoczył, ale pozostali zachowywali się już inaczej. Otaczali mnie ciasnym kręgiem, lecz już nie nacierali, nie usiłowali oderwać mnie od Fioli.
— Wierzcie mi — mówiłem — że prędzej bym się zabił, niż wyrządził zło Fioli lub któremuś z was.
Nie wiem, czy mnie zrozumieli, ale śpiew, który zadźwięczał w odpowiedzi, nie był już tak beznadziejnie smutny. Weganie znów rozjarzyli swoje ciała, oczy im rozbłysły, a głosy stały się bardziej zróżnicowane: dyskutowali między sobą, przekonywali się o czymś nawzajem. I wtedy znów włączyła się Fiola.
Oczy rozbłysły jej fioletowym płomieniem, który przemienił się w purpurę, a później w błękit opalizujący wszystkimi barwami i odcieniami. Równocześnie dziewczyna zaśpiewała. W moich uszach zabrzmiał chór srebrnych dzwonków powtarzających dwukrotnie tę samą frazę muzyczną, popartą zimnym blaskiem oczu. Zrozumiałem, że rozkazuje swym pobratymcom: „Odejdźcie! Odejdźcie!” Weganie przygaśli, zamilkli i z napięciem wpatrywali się we mnie i w Fiolę. Powtórzyłem łagodnie:
— Fioli nic złego się nie stanie.
A jednak nie mogli się zdecydować na pozostawienie nas samych. Jarzyli się, podźwiękiwali słabiutkimi głosikami, ale nie ruszali się z miejsca. W oczach Fioli zapłonęły zimne płomienie, w głosie odezwał się gniew. Rozumiałem każdy jej rozbłysk, każdą nutkę. „Czemu nie odchodzicie?! — oburzała się. — Odejdźcie, proszę was!” Dopiero kiedy kilkakrotnie powtórzyła swoje żądanie, tłum powoli zaczął się rozpraszać. Najpierw zawirował ktoś na skraju, za nim odsunął się w ciemność jego sąsiad, aż wreszcie stopniowo rozproszyli się pozostali. Między drzewami zamigotały oddalające się świetliste kolummy na kilka sekund wszystko znów rozjarzyło się niezwykłymi ogniami, które zgasły po chwili i dokoła zapanowała nieprzenikniona, atramentowoczarna, dławiąca się własnymi woniami ciemność obcego, niepojętego parku. Nie bałem się już jednak, gdyż obok mnie była Fiola. Uśmiechała się i ja się uśmiechnąłem do niej. Przypomniałem sobie, że jesteśmy przecież dla siebie niemi i chwyciłem za zapomniany deszyfrator w nadziei, że on nam trochę pomoże.